Czy Chiny kolonizują Afrykę?

Autor obrazka: Artur Rogalski

W zglobalizowanym świecie państwami rządzą nie ludzie, lecz interesy. Uwidoczniło się to przy okazji zmiany warty w Białym Domu, gdy okazało się, że polityka zagraniczna Baracka Obamy nie odbiega znacznie od stanowiska George’a W. Busha w kwestiach kluczowych dla Stanów Zjednoczonych. Istotą jest bowiem dbałość o interes narodowy. Naturalnie, każdy może samemu zdefiniować, gdzie leżą punkty zapalne oraz co winno stać się priorytetem dla danego kraju, niemniej jednak, pewne kwestie pozostają pozą dyskusją. Podobnie jest z działalnością Chin, których interes leży w Afryce – najczęściej głęboko pod ziemią.

XXI wiek powołano na świadka powrotu historii. Świat podzielony jest na dwa przeciwstawne ideologicznie bloki: demokratyczny oraz autokratyczny. Chiny stanowią naturalne przywództwo w kręgach wszelakich dyktatur. Nie powinno wobec tego dziwić, że w przesiąkniętym konfucjańskim pragmatyzmem państwie chińskim, rzeczą całkowicie zrozumiałą, a nawet pożądaną, jest prowadzenie ożywionej wymiany handlowej z wszelkiej maści krajami wyłączonymi poza nawias życia politycznego przez blok demokratyczny.

Chiński premier Wen Jiabao zobowiązał się w listopadzie 2009 roku udzielić afrykańskim państwom pożyczki w wysokości 10 miliardów dolarów, a wcześniej Chiny umożyły dług narodowy ponad trzydziestu krajom Afryki. Państwa Zachodu oskarżają przy tej okazji Państwo Środka o grabieżcze plądrowanie źródeł minerałów Czarnego Lądu w celu zaspokojenia potrzeb chińskiej gospodarki przy jednoczesnym przymykaniu oczu na precedens łamania praw człowieka przez państwa – kontrahentów. Podobnie jak Stany Zjednoczone wspierają ustrój demokratyczny na całym globie, tak samo Chiny sprzyjają wszelkim formom rządów, jeśli tylko rysuje się w tle ekonomiczna korzyść. Abstrahując od czysto materialnych aspektów, złudnie liczyć, aby jakakolwiek dyktatura miała potępiać podobne sobie władze w innych częściach świata.

Zachód jest zazdrosny o zacieśniające się więzi pomiędzy Chinami i Afryką. Obfitujący w złoża minerałów Czarny Ląd jest nie lada gratką dla posiadających mocarstwowe aspiracje państw. Chińska ideologia wygrywa na tym tle wojnę z demokracjami, które w imię wyższych zasad nie prowadzą często interesów z dyktaturami afrykańskimi, tracąc przy tym możliwości inwestycji. W tą wolną przestrzeń bez większych oporów wchodzą firmy z Chin, które wydobywają miedź, kobalt, ropę, czy cynk, a następnie eksportują je do ojczyzny. Rosnąca w bezprecedensowym tempie gospodarka Chin czuje niepohamowany głód na surowce mineralne, a Chińska Partia Komunistyczna musi stale zabiegać, aby nie spadło zadowolenie społeczne w kraju, które mogłoby spowodować trudne do przewidzenia konsekwencje z rewolucją w tle.

Chiny w pewnym sensie kolonizują Afrykę, ale w znacznej mierze odbywa się to w wymiarze ekonomicznym. Stanowi to część geoekonomicznej strategii Państwa Środka, które w ten sposób buduje swoją mocarstwowość. Inaczej niż Stany Zjednoczone, Imperium Brytyjskie, czy carska Rosja, Chiny stawiają na kolonizację gospodarczą z wyłączeniem podboju militarnego. Pragną stać się imperium finansowym. Poniekąd staje się to faktem już teraz, centra finansowe świata znacznie przesunęły się na wschód, a wśród miast o największym potencjale gospodarczym globu, znajduje się kilka miast chińskich.

Państwo Środka wyprzedziło w tym roku Stany Zjednoczone i Francję stając się największym partnerem handlowym dla Afryki. Szacuje się ponadto, że Chiny zwiększają swój obrót z państwami Czarnego Lądu o 50% każdego roku. Ten trend musi się kiedyś zatrzymać, nie mniej jednak świadczy to o swoistej kolonizacji ekonomicznej tego kontynentu i sytuacja ta nie prędko ulegnie zmianie. Już dziś dla wielu krajów Afryki takich jak Republika Południowej Afryki, czy Angola, Chiny są najbliższym partnerem w handlu. Z kolei dla marginalizowanych dyktatur pokroju Zimbabwe, czy Sudanu, Państwo Środka stanowi ostatnią deskę ratunku poza kontynentem.

W skali makro taki proceder eksploatowanego handlu umacnia blok państw autokratycznych, zaś w skali mikro potęguje wzrost ekonomiczny Chin i ucisza niezadowolenie społeczne tak w Państwie Środka jak i na Czarnym Lądzie. Można przewidzieć, że obecny trend wymiany na linii Afryka – Chiny utrzyma się jeszcze długo, a kolejne państwa Afryki dołączą niebawem do grona gospodarczych partnerów Chińskiej Republiki Ludowej, wskutek czego na znaczeniu utraci Ameryka, a kto wie, czy w postaci skutku ubocznego nie ucierpi prezentowany przez nią system wartości z wolnością i demokracją na czele. Doktrynalnie Chiny są z pewnością o wiele bardziej elastyczne od Stanów Zjednoczonych, co na dłuższą metę może przysporzyć im zwolenników po obydwu stronach konfliktu ideologicznego i przesądzić w najbliższych latach o ich przewadze geopolitycznej – choć opartej na ekonomii – nad Ameryką.

Afryka czerpie na tym jedynie korzyści. Któż bowiem gardziłby pieniądzem, szczególnie jeśli brać pod uwagę, że państwa na Czarnym Lądzie nie należą do potentatów finansowych świata, którzy mogliby kręcić nosem i wybrzydzać, co do tego, kto ich sponsoruje. Dla Afryki zmieniają się realia. Juan zastępuje dolara, gospodarki kwitną, dyktatury nie są piętnowane. Afryka staje się powoli czerwona – w metaforycznym ujęciu powiązań handlowych. Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo ukryte w tym dobrobycie. Jeśli Chinom poza juanem uda się ponadto wyeksportować na kontynent afrykański swoją ideologię, a zastraszane przez Zachód autokratyczne reżimy uznają Państwo Środka za gwarant bezpieczeństwa, to niebawem nad Kilimandżaro może powiewać chińska flaga, a sama Afryka stać się czymś na wzór kolonialnego protektoratu zamorskiego Chin.