Na krawędzi ekologicznej katastrofy: Somalia, a odpady

Szkodliwe pierwiastki, toksyczne odpady, odpady przemysłowe – na wybrzeżach Somalii znajdziemy wszystkie odpadki, których nie chcą składować inne państwa. Pozbawiony rządu kraj nie jest w stanie poradzić sobie z tą katastrofą ekologiczną.

Zdjęcie: Jeremy Brooks/Flickr/CC
Zdjęcie: Jeremy Brooks/Flickr/CC

Co można zrobić z kontenerami i beczkami pełnymi niebezpiecznych odpadów? Można składować je legalnie u siebie, ale to kosztuje. Można podrzucić sąsiadowi, ale to dość ryzykowne. Lepszym rozwiązaniem jest wywiezienie ich do kraju pogrążonego w chaosie, gdzie nikt nie zorientuje się co do toksycznej niespodzianki ani tym bardziej nie będzie czynił z jej powodu wyrzutów. A jak jeszcze na dodatek uda się na tym zarobić, to już w ogóle sukces i pełnia szczęścia!

Tak jest właśnie na wybrzeżu Somalii, gdzie zalegają odpady. Ich obecność ujawniło tsunami w 2005 roku, którego fale odkryły toksyczne ładunki. Wcześniej nikt o nich nie wiedział. Co zawierają? Wszystko – szkodliwe pierwiastki, odpady pochodzące ze szpitalu i przemysłu, obróbki skóry, kleje. Co się z nimi robi? Nic. Skąd pochodzą? Nie bardzo wiadomo.

Część z nich na pewno pochodzi z czasów późnej prezydentury Mohammeda Siada Barre, którego rząd kontrolował firmę zajmującą się przejmowaniem odpadów z Włoch i Szwajcarii. Po obaleniu Barre i wybuchu wojny domowej odpady przyjmowano w zamian za broń i amunicję. Próbowano również wybudować spalarnię śmieci w pobliżu Mogadiszu, ale plany te spełzły na niczym. Całe szczęście. Przy planowaniu zakładano, że składowanie, a następnie utylizacja odpadów kosztowałaby 8 $ za tonę, 375 razy mniej niż w Europie. Inna część odpadów jest pozostałością po przynoszącym krocie biznesie Włocha Ezio Scaglione, byłego konsula honorowego Somalii, obecnie samozwańczo obejmującego tron Navazy.

Scaglione podczas swojego pobytu w Somalii w latach 90-tych nawiązał szereg intratnych znajomości, które postanowił wykorzystać do rozwinięcia swojego biznesu i szybkiego wzbogacenia. W 1996 roku namówił byłego prezydenta Somalii,  Ala Mahdiego Mohameda do przystąpienia do planu. Plan zakładał import wszelkich szkodliwych odpadów z Włoch do Somalii za 100 $ za tonę. Odpady miały być wyładowywane i składowane we wskazanych przez Mahdiego bądź jego ludzi miejscach bynajmniej nie przeznaczonych do tego celu. Zyskami przedsiębiorczy panowie mieli się dzielić między sobą i swoimi współpracownikami. Biznes kwitł kilka lat, aż sprawa się wydała. Scaglione usiłował zasłonić się immunitetem dyplomatycznym (jako samozwańczy książę utworzonego przez siebie księstwa nikłe miał szanse, że ktoś ów immunitet uzna), a kiedy mu się to nie udało – wydał współpracowników i uniknął odpowiedzialności, a odpadły zostały tam, gdzie były.

Przypadek Scaglione to jedyny udowodniony przypadek szmuglowania trucizn do Somalii, jest to też tylko wierzchołek góry lodowej. Takich jak on jest więcej – kilku, kilkudziesięciu, może kilkunastu. Nie wiadomo dokładnie ilu, bo nikt nie bada problemu, nikt się nim nie zajmuje. Społeczność międzynarodowa wysłała na miejsce ekspertów, którzy jedynie zabezpieczyli kontenery i beczki bez badania ich zawartości ani tym bardziej przetransportowania ich w bezpieczne miejsce. Leżą sobie więc te beczki tak, jak je je morze albo szmuglerzy wyrzucili. Oczywiście, nie pozostaje to bez wpływu na środowisko czy zdrowie lokalnych mieszkańców, nikt się tym jednak nie przejmuje.

Somalia, która od lat jest w stanie permanentnego rozkładu państwowości nie jest w stanie sama sobie poradzić z tym problemem. Nie dysponuje żadnymi siłami morskimi, które mogłyby patrolować wybrzeże. Rządy poszczególnych regionów autonomicznych też są bezsilne – cztery łodzie motorowe, które posiada Putland to kropla w morzu potrzeb. Nic więc dziwnego, że część Somalijczyków przejmuje sprawy we własne ręce i dokonuje samodzielnych patroli albo przyłącza się do piratów, samozwańczych obrońców morza.

Sylwia Larson