Proliferacja – niedocenione zagrożenie

nucleardangerDoradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Stanów Zjednoczonych gen. James Jones wskazał na proliferację broni masowego rażenia jako  najpoważniejsze, a jednocześnie niedoceniane zagrożenie. W programie Johna Kinga „State of the Union” na antenie stacji CNN stwierdził, że o proliferacji niewiele się mówi, a jest to bardzo poważny problem.

Słowa Jones’a padają w symbolicznym momencie. Wkrótce minie rok od zakończenia polityczno-prawnych batalii o amerykańsko-indyjskie porozumienie dotyczące współpracy w dziedzinie energetyki jądrowej. Dzięki układowi z Ameryką Indie stały się pierwszym i jedynym krajem, który nie będąc sygnatariuszem traktatu NPT  (Non-Proliferation Treaty), został dopuszczony do traktowania na równi z jego sygnatariuszami. Mówiąc językiem dla prawniczych laików, Indie są traktowane tak samo jak ci, którzy dobrowolnie poddali się wymaganiom traktatu o nieproliferacji broni jądrowej. Co więcej, część dzisiejszego reżimu kontroli atomowej powstała w reakcji na indyjską próbę jądrową z 1974 roku (konkretnie chodzi o Nuclear Suppliers Group, kartel zrzeszający eksporterów paliwa i technologii jądrowej).

Porozumienie Waszyngtonu z New Dehli było przełomem. Dla niektórych także wyłomem w i tak niedoskonałym systemie powstrzymywania proliferacji broni A. Omawiany układ pozwolił na dokooptowanie de facto kolejnej uznanej przez świat potęgi atomowej, pierwszej nie wymienionej w NPT. Jest to sytuacja o tyle trudna, że może podkopywać reżim NPT i zachęcać inne kraje do podążenia drogą Indii, tj. kategorycznego odrzucania dotychczasowego układu i dążenia do wyprodukowania broni jądrowej. Oprócz Indii tylko Izrael i Pakistan pozostają wierne swojej polityce odrzucania  NPT i wezwań do przystąpienia do traktatu.

Kłopot w tym, że brak woli politycznej do poszerzenia uznanych potęg atomowych o państwa, które od momentu wejścia NPT w życie weszły w posiadanie broni jądrowej. Tym samym wymaga się od Indii i Pakistanu (pośrednio od Izraela, gdyż kraj ten nigdy nie potwierdził, że posiada głowice atomowe) niemożliwego – rozbrojenia nuklearnego i przystąpienia do NPT w charakterze państwa nie posiadającego broni A. Z drugiej strony, dlaczego Iran, Korea Północna czy inne kraje mają pozwolić na nierówne traktowanie i uznać przypadek Indii za jedyny swego rodzaju wyjątek (jak niektórzy chcieliby widzieć przyznanie niepodległości Kosowu)?

Gdy administracja Georga W. Busha i prezydent osobiście robili wszystko, aby porozumienie z Indiami weszło w życie, wielu ekspertów oraz polityków wyrażało poważne wątpliwości. Uprzywilejowanie Indii, ich zdaniem, efektywnie niszczy system walki z proliferacją broni jądrowej. Zarzucano Bushowi, że na ołtarzu strategicznych interesów Stanów Zjednoczonych (zbliżenie z Indiami, wkrótce więcej na ten temat, a także o wzrastającej roli Azji), w postaci konieczności zbilansowania rosnących Chin, kładzie tak istotną sprawę jak proliferacja.

Sceptycy chyba nie mieli racji, choć wysuwali masę interesujących i celnych argumentów. Wydaje się jednak, że tak jak niektóre banki okazały się w kryzysie zbyt duże, by upaść, tak układ USA z Indiami był zbyt poważny, aby go blokować. Bez wątpienia Bush poszedł na duże ustępstwa, m.in. godząc się na poddanie kontroli Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA) tylko 14 z 22 indyjskich reaktorów. Fakty są jednak takie, że Bush musiał o Indie zabiegać, nie mógł więc być twardym negocjatorem. Jak zauważa Bill Emmott w swojej książceRivals. How the power struggle between China, India and Japan will shape our next decade„, wydanej w 2008 roku, niewielu współczesnych obserwatorów uważa Georga W. Busha za wizjonerskiego prezydenta. Nie dał po temu wielu powodów. Jednak układ z Indiami stanowi osiągnięcie, które przez kolejnych lokatorów Białego Domu będzie rozwijane, a polityka Busha na tym odcinku kontynuowana.

Nie ulega jednak wątpliwości, że z traktatem NPT oraz systemem walki z proliferacją broni jądrowej należy coś zrobić. Owe „coś” to reforma, która uwzględni rzeczywistość i wyzwania XXI wieku, modyfikując liczący już cztery dekady tekst traktatu. Warto byłoby uwzględnić fakty i poszerzyć grono potęg atomowych. Lepiej bowiem mieć jakąkolwiek, nawet niepełną kontrolę nad reaktorami i arsenałami jądrowymi większości (idealnie – wszystkich) państw, które je posiadają, niż nie mieć jej w ogóle. Po drugie, IAEA potrzebuje większego budżetu, aby móc efektywnie wykonywać swoją trudną i wielce odpowiedzialną misję. Po trzecie, można rozważyć zwiększenie wagi pomocy technicznej państwom, które wyrażą wolę pokojowego korzystania z energii jądrowej. Gdyby łatwiej było wykorzystać atom dla celów pokojowych ze wsparciem wspólnoty międzynarodowej, mniejsza byłaby zachęta do prowadzenia tajnego programu atomowego.

Oprócz reformy NPT, wzmocnienia IEAE oraz ułatwień dla państw zainteresowanych energetyką atomową, państwa posiadające głowice jądrowe powinny konsekwentnie dążyć do zmniejszania ich ilości. Nie jestem takim optymistą jak prezydent Obama, według którego dalekosiężnym (osiągalnym) celem jest całkowite rozbrojenie. Powiem więcej, uważam ideę całkowitego rozbrojenia atomowego za szkodliwą z punktu widzenia globalnego bezpieczeństwa (walor odstraszający broni A). Trudno jednak zaprzeczyć oczywistym faktom – obecna ilość głowic znajdujących się w posiadaniu mocarstw atomowych jest zbyt duża. O wiele mniej głowic wystarczy, aby zadać ogromne straty wszelkim przeciwnikom, a mówiąc bardziej „poetycko”, unicestwić życie na większej części naszej planety.

Należy jednocześnie nadmienić, że proliferacja nie łączy się jedynie z bronią jądrową. Są inne rodzaje broni masowego rażenia – chemiczna i biologiczna – które również powinny znajdować się pod ścisłą kontrolą, a ich arsenały powinny ulegać systematycznej redukcji. Produkcja broni chemicznej i biologicznej jest o wiele łatwiejsza i mniej kosztowna od opanowania cyklu atomowego, miniaturyzacji głowic oraz technologii rakietowych. I choć większość państw związało się dwiema konwencjami dotyczącymi odpowiednio broni chemicznej i biologicznej, reżim kontrolny jest przeciętny.

Jak zawsze w sprawach bezpieczeństwa, ważna jest ocena ryzyka. Przywołany we wstępie do niniejszego wpisu gen. James Jones mówił o ryzyku ataków terrorystycznych z wykorzystaniem broni masowego rażenia (zwanej też bronią masowej zagłady). Jego zdaniem, gdyby radykalni terroryści weszli w posiadanie BMR, nie zawahaliby się przed jej użyciem. Nie trzeba przypominać, że oznaczałoby to śmierć najpewniej wielu tysięcy ludzi, w większości przypadkowych cywilów. Wykorzystanie BRM przez państwa jest bardzo mało prawdopodobne.

Pojawia się pytanie, jak można zapobiec najgorszemu scenariuszowi, tj. skutecznej proliferacji groźnych dla ludzkości materiałów, zdobyciu ich przez terrorystów. Czy istnieje konieczność zwiększenia nadzoru nad istniejącymi zapasami broni B i C? Czy można przyspieszyć proces niszczenia tej broni? Czy jest w ogóle sens podejmowania takich działań, gdy naukowcy mogą bez większych trudności opracować nowe szczepy bakterii czy wirusy? Trzeba pamiętać, że nauka może łatwo zostać wykorzystana do przysłowiowych „niecnych” celów na polu broni biologicznej.

Przy tak istotnym problemie jak proliferacja broni masowego rażenia ważna jest współpraca jak najszerszego grona państw oraz zrozumienie przez rządzących powagi sytuacji. Nikt nie chce zmierzyć się z zagrożeniem użycia na jego terytorium BMR, którego skutkiem mogłaby być śmierć tysięcy ludzi. Nawet kraje wspierające bądź popierające rozmaite ruchy (bojowników, rebeliantów czy po prostu terrorystów) powinny mieć na uwadze ryzyko użycia broni masowego rażenia.

Doniesienia sił wywiadowczych wielu państw wskazują, że terroryści dążą do zdobycia takiej broni. Stąd ważna jest nie tylko kontrola nad istniejącymi zapasami i składowiskami broni ABC, ale także efektywna współpraca odpowiednich służb wymierzona w terrorystów i inne ugrupowania, które nie liczą się z ludzkim życiem lub są gotowe poświęcić życie tysięcy ludzi dla – nie ważne jakiej – „wyższej” idei.

Walka z proliferacją BMR jest walką wielotorową, prowadzoną na kilku frontach jednocześnie. Państwom nie może zabraknąć determinacji ani funduszy w tej walce. W innym wypadku ryzyko może stać się rzeczywiste.