Sęp, głodujące dziecko i koszmary reportera

Tego zdjęcia się nie zapomina. Sęp skrada się za głodującym dzieckiem. Miliony płakały oglądając fotografię. Kevin Carter, rok po uchwyceniu tego obrazu, popełnił samobójstwo. Zapłacił najwyższą cenę za to, że nie odwracał wzroku.

Sudańska dziewczynka chwiejmy krokiem zmierza do punktu żywnościowego. Trudno ocenić jej wiek. Nie jest chuda, jest przerażająco wychudzona. Ciemna skóra opina się na drobnym szkielecie, który z trudem dźwiga nieproporcjonalnie dużą główkę. W pewnym momencie braknie jej sił, przykuca na środku wypalonej słońcem łąki. Jest głodna, wycieńczona, odwodniona. Bez opieki.
Bacznie przygląda jej się sęp, ptaszysko z ogromnymi skrzydłami i zakrzywionym dziobem. W tej scenie wygląda niczym stwór z piekieł. Na dziecko zwrócił uwagę również Kevin Carter, młody, lecz popularny już fotoreporter z RPA. Przyleciał tu wraz ze znajomym fotografem Joao Silvą, podpięli się pod ekipę z ONZ. Nigdy wcześniej nie widział na własne oczy ofiar klęski głodu.

Kevin z aparatem przy twarzy czeka, aż sęp, szykując się do ataku, rozłoży skrzydła. Taki obraz poruszyłby miliony, wyrył się w pamięci każdego człowieka, który zobaczyłby to zdjęcie. Byłby jak oskarżycielski palec wymierzony w każdego, kto bez opamiętania zanurza się w konsumpcyjnym stylu życia. We mnie, w Ciebie, w nich.

Ptaszysko jednak tylko obserwuje, ani drgnie. Jest cicho. Ta cisza musi być przerażająca, trudniejsza do zniesienia niż najbardziej natarczywy hałas. Carter po 20 minutach nie wytrzymuje napięcia i robi mniej efektowną fotografię niż planował. Nie szkodzi, to zdjęcie i tak wstrząśnie światem. Ten bezruch zapiera dech w piersi.

Kevin przegania stwora. Dziewczynka chwiejnym krokiem rusza w swoją stronę. Czy dotarła? Nie wiadomo. Jej rozwój został całkowicie zaburzony przez niedożywienie we wczesnych latach życia, więc nawet jeśli nadal żyje…

Susan D Moeller w książce “Compassion Fatigue: How the Media Sell Disease, Famine, War and Death” pisze, że po tym wydarzeniu Carter ,,usiadł pod drzewem, rozmawiał z Bogiem, płakał i myślał o swojej córce, Megan”.

Był to 11 marca roku 1993. Nieco ponad rok później, w maju 1994 roku, za fotografię dziewczynki z Sudanu i sępa Carter otrzymał nagrodę Pulitzera.

Minęły dwa miesiące. 27 lipca 1994 roku ciało fotografa odnaleziono w jego pick-upie. Popełnił samobójstwo, zatruł się toksycznymi gazami. Miał 33 lata, osierocił córkę. Napisał kilka pożegnalnych słów do rodziny i bliskich.

Nie wyciągajmy jednak łatwych konkluzji.

Droga do zatracenia

W 1993 roku Carter nie był nowicjuszem. Wcześniej już widział i fotografował niewyobrażalne cierpienie i okrucieństwo. Od 1984 roku udokumentowywał południowoafrykański apartheid. Był pierwszym fotoreporterem, który zrobił zdjęcia tzw. naszyjnikowania (ang. necklacing). Była to metoda zabijania polegająca na wciśnięciu na klatkę i ramiona ofiary nasączonej benzyną opony samochodowej tak, by nieszczęśnik nie miał możliwości ucieczki z pułapki. Po podpaleniu gumy, człowiek żyje jeszcze około 20 minut, umiera w mękach. W latach 80. i 90. w RPA używały tej metody obie strony konfliktu.

– Byłem przerażony tym, co oni robili. Byłem przerażony tym, co ja robiłem. Ale po jakimś czasie ludzie zaczęli rozmawiać o tych zdjęciach… Wtedy poczułem, że to co robię może wcale nie jest takie złe. Bycie świadkiem czegoś tak okropnego wcale nie musi być złym czynem – powiedział potem w jednym z wywiadów.

Carter wybijał się spośród innych fotoreporterów nie tylko talentem i odwagą, ale także tym, iż pokazywał apartheid z obu stron. – Życia niektórych białych również są utrudnione lub nawet zniszczone przez ten eksperyment społeczny – mówił swojemu szefowi Scottowi MacLeaodowi – chcę pokazać także tą stronę apartheidu.

Carter zajmował się sytuacją w RPA wraz z trójką przyjaciół-reporterów – Kenem Oosterbroekiem, Gregiem Marinovichem i Joao Silvą. Prasa nazywała ich grupę Bang Bang Club. Oosterbroek i Carter byli sobie najbliżsi, Kevin traktował Kena jak mentora. – Byli kompletnymi przeciwieństwami. Ken miał kochającą żonę i ułożone życie. Carter skakał od romansu do romansu i samotnie wychowywał nieślubną córkę. – wspominał magazynowi „Time” James Natchwey, wieloletni współpracownik Bang Bang.

W 1990 roku Marinovich otrzymał Pulitzera, zwiększając tym samym popularność całej grupy i ilość zamówień. Widzieli i fotografowali coraz więcej.

Carter był znany w środowisku jako osoba wrażliwa, uczuciowa. W wywiadzie dla The New York Times Jimmy Carter, ojciec fotografa, powiedział, że ,,syn zawsze nosił w sobie koszmary pracy, którą wykonywał”. Znanym jest fakt, że w poradzeniu ze stresem pomagał mu alkohol, marihuana i ,,białą fajka”, popularny w RPA, silny ,,dopalacz”.

W 1993 roku Carter czuł, że musi odizolować się od ciągłego widoku egzekucji, segregacji rasowej i strzelanin. W marcu dołączył do operacji „Lifeline Sudan”, która zmierzała na południe tego kraju, od 1983 roku wstrząsanego wojną domową. Liczył, że fotografowanie innego świata pomoże mu odpocząć. Nie pomogło.

Osławione zdjęcie ukazało się na okładce ,,New York Times” 26 marca 1993 roku. Wywołało ogromne poruszenie na całym świecie, zostało przedrukowane przez wiele innych tytułów. Redakcje otrzymywały tysiące telefonów z pytaniem o dalszy los dziewczynki.

Po powrocie z Sudanu Carter był w coraz gorszym stanie. Jako freelancer zaczął przygotowywać się do udokumentowania wyborów planowanych na 1994 rok. Przedwyborcze walki w RPA stały się wyjątkowo brutalne. Przyjaciele Cartera cytowani przez „Time” zwracali uwagę, że fotoreporter miał coraz więcej trudności z pogodzeniem się z tym, co widział. Również pod względem zawodowym szło mu coraz gorzej – przez błędy stracił wiele dobrych ujęć. Zaczął popadać w kłopoty finansowe i coraz mocniejsze uzależnienie od ,,dopalaczy”. Rozpadał się jego roczny związek z nauczycielką Cathy Davidson

Nagroda Pulitzera mogła być „światełkiem w tunelu” dla pogrążającego się w depresji mężczyzny. Patricia Gird Randburg, siostra Cartera, w liście do Time napisała, że ,,nagroda była dla niego potwierdzeniem, że jego praca jest wartościowa”. Gazeta sugerowała natomiast, że Pulitzer był przyczyną jego późniejszej śmierci, gdyż sprowadził na niego falę krytyki za ,,nieczułość wobec losu dziewczynki”.

Radość z wyróżnienia nie trwała długo. 18 marca ekipa Bang Bang Club została zaatakowana w okolicach miasta Tokoza. Carter parę godzin wcześniej wrócił do hotelu – nie podobało mu się światło tego dnia. W strzelaninie zginął Ken Ooesterbroek, a Greg Marinovich został ciężko ranny. Informacje o incydencie Kevin usłyszał w radiu.

Po tym wydarzeniu nie zdołał już się otrząsnąć.

Zawód: reporter

Zawód reportera jest bardzo specyficzny. Zarówno tego, który pisze o sprawach drobniejszych, o tragediach ludzi ze ,,swojego podwórka” czy wypadkach samochodowych, jak i tego opisującego krwawe konflikty, w których giną tysiące.

Reporter obserwuje cierpienie częściej niż inni ludzie. Przedstawia je za pomocą słów lub obrazów. Jednak czy ludzie chcą wiedzieć o bólu innych? Czy jest to nam potrzebne, czy jest to pożyteczne? A może w ten sposób reporter daje upust jakiejś chorej potrzebie nachalnego epatowania przemocą i okrucieństwem.

Znany polski reportażysta, Wojciech Tochman, w tekście ,,Cali biali” o ludobójstwie w Ruandzie również staje przed tym dylematem. I pisze słowa, które są doskonałym komentarzem dla wszystkich, którzy odwracają wzrok lub nie chcą słuchać:

„Ten, który mi powie: epatujesz dziecięcym cierpieniem, nie o mnie będzie mówił. Raczej o sobie: tego, co opowiadasz, nie potrafię przyjąć, brzuch mnie boli, przestań, nie ma we mnie na to miejsca”.

Jeśli o czymś nie mówimy, nie znaczy to, iż problemu tego nie ma. Znaczy to tylko tyle, że o nim nie mówimy.

Gdy zdjęcie dziewczynki i sępa zostało opublikowane, świat spojrzał inaczej na konflikt w Sudanie. Organizacje humanitarne otrzymały datki od tysięcy ludzi poruszonych losem tego konfliktu. Jedno zdjęcie sprawiło, że świat na chwilę zwolnił, zreflektował się, zapragnął pomóc. To chyba dużo jak na jedną fotografię, prawda?

Kolejnym dylematem, przed którym stają reporterzy jest kwestia dystansowania się do opisywanej historii. Gdzie przebiega linia, za którą reporter przestaje być obserwatorem akcji i staje się jej uczestnikiem?

Carter wielokrotnie był krytykowany za to, iż nie pomógł dziewczynce. Że nie przepędził sępa od razu. Że nie zaprowadził do punktu żywnościowego. Że nie adoptował i nie podarował nowego, łatwiejszego życia…

Reporterzy są naszymi oczami na świat. W naszym imieniu są świadkami wydarzeń, które na stałe zostają w ich pamięci. My widzimy tylko ułamek tragedii, które obserwuje korespondent. Oczekiwanie, że będą próbowali polepszyć życie każdej napotkanej osoby jest najzwyklejszą niesprawiedliwością. To tak, jakby od strażaka wymagać, że wejdzie do pomieszczenia trawionego przez płomienie. Reporterzy, szczególnie wojenni, i tak płacą ogromną cenę wykonując swój zawód.

Amerykański psychiatra, Anthony Feinstein, w ksiązce ,,Journalists Under Fire: The Psychological Hazards of Covering War“ z 2006 roku przedstawia wyniki badań nad psychologicznymi efektami pracy jako reporter wojenny.

Według naukowca, ludzie relacjonujący konflikty bardzo często cierpią na depresję, uzależnienia, napady agresji, retrospekcje (flashbacks), nadmierną czujność (hypervigilance), problemy ze snem, nieufność wobec innych. Mają problemy w życiu rodzinnym, poza strefą wojny brakuje im adrenaliny i ekstremalnych doznań. Reporterzy wojenni giną nie tylko od kul i wybuchów bomb, niektórzy, jak Carter, popełniają samobójstwo.

– To powoli odbiera Twój uśmiech – powiedział Feinstienowi Joao Silva.

Badacz dokładnie zdiagnozował 110 mężczyzn i 30 kobiet – doświadczonych reporterów wojennych. U 29 procent występowały symptomy syndromu stresu pourazowego (PTSD).

– Nie łudź się myśląc, że możesz wskakiwać i wyskakiwać z wojen innych ludzi nie będąc przez nie dotkniętym – ostrzegł Allan Little z BBC.

Einstein notował wyznania wielu z nich. Brytyjski fotoreporter Jon Jones ciągle widzi okaleczoną główkę dziecka pod swoją kołdrą, gdy kładzie się spać. Innego weterana męczą postacie poległych kolegów z pracy idących w jego stronę. Anthony Loyd z London Times jest nawiedzany przez Czeczenkę trzymającą oderwaną nogę członka rodziny. Obserwator ludobójstwa w Ruandzie czuje zapach trupów na całym swoim ciele, szczególnie, gdy pije szampana.

Kevin Carter nie popełnił samobójstwa z powodu widma małej sudańskiej dziewczynki, której nie wyciągnął w piekła. Jego śmierć była efektem 11 lat życia na krawędzi, które odbiło się na nim i jego bliskich oraz odejścia najlepszego przyjaciela. W pełni poświęcił się dla pokazywania światu jego brutalniejszej strony. Christiane Amanpour, korespondentka CNN, rozmawiając z Amy Eldon w filmie dokumentalnym ,,,Dying to Tell the Story” stwierdziła, że ,,są ludzie, który robią to, co robią i nie da się tego wyjaśnić”. Sama Eldon straciła starszego brata Dana, który wraz z 3 kolegami został rozszarpany w 1993 przez wściekły tłum w Somalii, gdzie pracował jako fotoreporter.

Carter za robienie tego, co robił zapłacił cenę najwyższą. W pożegnalnym liście napisał:

„Jestem w depresji, bez telefonu, pieniędzy na czynsz, pieniędzy dla dziecka, pieniędzy na długi…Pieniędzy!!! Jestem nawiedzany przez żywe wspomnienia zabójstw i trupów i gniewu i bólu… głodujących lub rannych dzieci, szaleńców, często policjantów, uwielbiających pociągać za spust, zabójców-katów… Odchodzę, by dołączyć do Kena, o ile będę miał tyle szczęścia”

Tekst po raz pierwszy ukazał się na portalu wiadomosci24.pl

  • Ola

    Ten człowiek sam był potworem!! Zobaczył omdlałe z głodu dziecko i jego jedynym dylematem było zrobienie mniej lub bardziej efektownego zdjęcia! Nie mógł jej wziąć na ręce i udzielić pomocy? DWADZIEŚCIA MINUT patrzył na nią bez ruchu, czekając aż sęp rozłoży skrzydła, żeby tym zdjęciem bardziej poruszyć ludzi i zwrócić ich uwagę na biedę? Niech zacznie od siebie!! Jezu, to niewyobrażalne okrucieństwo, to, co ten człowiek zrobił.

    • Klaudia

      „Reporterzy są naszymi oczami na świat”.

      Oni nie mają pomagać, bo nie od tego mamy oczy, żeby działały, tylko żeby pokazały nam, co robić. Gdyby odrzucił aparat wziął na ręce i udzielił pomocy, i gdyby zrobił tak każdy z fotoreporterów, to pewnie nigdy byś się nie dowiedziała, jak wygląda głodujące dziecko, nigdy byś w coś takiego nie uwierzyła. I nie ma co się łudzić, że wtedy głodujących dzieci by nie było. A jeśli jest to okrucieństwo – to tylko wobec nas, okrutne wytknięcie palcem całego naszego zła i bezczynności wobec takich tragedii. On trwał w bezruchu 20 minut a potem pokazał połowie świata jak to wygląda naprawdę, wstrząsnął ludźmi, dzięki poruszeniu, jakie wywołał, umożliwił zebranie funduszy, a ile jeszcze będzie trwać Twoje patrzenie w bezruchu ?

      • Bardzo trafnie napisane!

      • Przemek

        mmgł po zrobieniu zdjęcia pomóc

    • Po pierwsze nic absolutnie nic nie było w stanie pomóc tej dziewczynce głównie dlatego że uszkodzenia wewnętrzne spowodowane tak długim stanem skrajnego niedożywienia były nieodwracalne a po drugie gdyby nie to zdjęcie to pewnie nie wiedziała byś Olu że istnieje coś takiego jak problem głodu na świecie i dalej przeglądała byś Internet jedząc kanapkę .. to tyle
      Ps. Zastanów się dwa albo dwadzieścia dwa razy nim nazwiesz kogoś potworem…

    • lemo

      Powiem tak , on zaplacił także najwyższą cenę. Od lat fotografując cierpienie wypacza się umysł. Człowiek zaczyna nie zwracać na to uwagi, ale potem skutki są nieodwracalne. Nie zgadzam się z twoją opinią, ponieważ jakbyś była dokładnie na jego miejscu to byś tak samo postąpiła. Pisząc dokładnie chce przekazać to, jak bys przeżyła wcześniej tyle co on! I tyle.

    • Agava

      Ola, rozumiem Ciebie. Też mnie zabolało.
      Mądrale patrzące na całokształt, a pomijające jednostkę biorą się z braku własnych doświadczeń.
      I ja pomyślałam, że
      mógł strzelić fotkę
      a potem pomóc dziecku.
      I co z tego, że była wykończona/wycieńczona/wygłodzona/itd itp.ALE MIAŁA WOLĘ ŻYCIA i choćby dlatego należała się jej pomoc.

    • Maupka

      „jeżeli chodzi o masy jednostka nie ma znaczenia”

    • ewa

      cyt. „Oczekiwanie, że będą próbowali polepszyć życie każdej napotkanej osoby jest najzwyklejszą niesprawiedliwością. To tak, jakby od strażaka wymagać, że wejdzie do pomieszczenia trawionego przez płomienie. Reporterzy, szczególnie wojenni, i tak płacą ogromną cenę wykonując swój zawód.”
      nie komentuj jeśli nie umiesz czytać tego co tu napisane

    • Katarzyna Sadok

      A Ty zatrzymujesz się przy każdym bezdomnym i pytasz, czy jest głodny?

    • Katarzyna Sadok

      To głodne dziecko było tak samo jego problemem, jak i Twoim. I moim. Na świecie jest dużo takich głodnych dzieci. O ile z nich wszyscy się tak naprawdę martwimy?

  • Goku

    Ola – pomyśl co jest lepsze: pomóc jednej osobie, która potem i tak może umrzeć z powodu niedożywienia, czy zrobić jedno sugestywne zdjęcie, które nakłoni ludzi do pomocy milionom? Zresztą zawód reportera(także fotoreportera) właśnie na tym polega – ukazujesz temat obiektywnie, nie angażując się w niego.

  • Mateusz

    Niestety Olu, Goku ma rację. Dodam tylko, że powinnaś zastanowić się nad sprawą nieco szerzej. Wiesz ile dzieciaków ma taki los albo gorszy? Ten reporter widział ich masę, nie byłby w stanie pomóc im wszystkim a gdyby nie robił zdjęć i nie zachowywał się właśnie w ten sposób my, siedząc sobie spokojnie przed kompem i popijając jakiś chłodny napój nawet nie zdawalibyśmy sobie sprawy z tego jak inni cierpią. Jego zachowanie, mimo iż tak problematyczne, ma pomóc nam otworzyć oczy. Zobaczyć jak wygląda świat nieco dalej od nas. Uzmysłowić sobie ile ludzi żyje w tak nieprawdopodobnych warunkach…

    Ten reporter zrobił to wszystko ale jak można przeczytać – nie wytrzymał nerwowo. I wcale mu się nie dziwię… Zanim nazwiesz jego potworem zastanów się dobrze nad tym co piszesz i co sama robisz aby pomóc takim ludziom. To, że nie jest się metr od tego dziecka i nie widzi się go na własne oczy wcale nie oznacza że ich nie ma czy że w żaden sposób nie można im pomóc.

  • Adam

    Praca fotografika prasowego długo służy innym – do momentu, a wreszcie on sam zaczyna chować (usprawiedliwiać) własne sumienie za swoim obiektywem. Dzieje się tak, gdy dopuścisz zamazania w sobie granicy między dobrem a złem. Carter miał przecież wybór. To co widział nie zabiłoby go – widział o wiele więcej brutalnego w swoim życiu.

    W momencie jednak, gdy zwolnił migawkę – a miał wybór -, zabił swoje sumienie i choć żył jeszcze, był już od tego momentu człowiekiem skończonym. Sam fakt, że człowiek żyje latami w depresji pod wpływem środków odurzających, a wreszcie odbiera sobie życie – do czego tak de facto nie ma prawa, gdyż sam siebie życiem nie obdarował – świadczy o tym, że już wiele lat wcześniej gdzieś zatracił sens swojego życia. Tak jak alkoholik pije, aby zapomnieć – podobnie było i tutaj – fotografik z czasem zamiast odkrywać i przekazywać prawdę, zaczyna zabijać spustem migawki. Zabijać siebie, a tym stanem swoich najbliższych.

    • Michał Gąsior

      Nie zgadzam się. Uważam, że mam egoistyczne prawo do dokonywania wyborów. Nie chce żyć, to umieram. Proste.

      Co to za farmazon podszyty katolicyzmem, że nie mam prawa odebrać sobie życia, bo nie ja je sobie dałem? Czyli mam żyć dla swoich rodziców?

      • Właściwie „egoistyczne prawo do dokonywania wyborów” też jest „farmazonem podszytym katolicyzmem”. Tak tłumaczy się z teologicznego punktu widzenia np. II Wojnę Światową (Bóg nie reagował, bo dał człowiekowi egoistyczną wolną wolę i obiecał, że nie będzie w nią ingerował).

        Jeśli chodzi o zdjęcie to Pan Michał Staniul ujął sedno problemu. Nieraz jak czytałem Kapuścińskiego to zwracał uwagę na pewną cechę charakterystyczną dla „nowicjuszy” na czarnym lądzie. Otóż chcieli początkowo wszystkich nakarmić…

        • Michał Gąsior

          W życiu nie słyszałem, aby powoływać się na Boga w kwestii II WŚ, ale może to dlatego, że w Boga nie wierzę. Wobec tego – użyję mniej kontrowersyjnego określenia – uważam, że mam INDYWIDUALNE prawo decydowania o sobie.

        • Adam

          Istota wolnej woli nie tyle polega na popadaniu ze ‚skrajności w skrajność’ – to byłoby zbyt naiwne -, lecz na powstawaniu z upadku, którego motorem jest wola życia. Droga na skróty nie zawsze prowadzi do istoty. Ta często pokazuje człowiekowi, najpóźniej wtedy, gdy się słono przeliczył, że bazował jedynie na łasce ludzkiej.

          „I nie zostało mi nic oprócz Boga” – to znaczy zostało wszystko jeśli wierzysz. [R. Kapuściński]

          Osobiście uważam, że trzeba wiedzieć – szczególnie jako zawodowiec – kiedy jeszcze pomagam, a kiedy próbuję ‚bawić się’ w Boga. Taka ‚zabawa’ być może jest zarodkiem większości ludzkich tragedii.

          Żaden spośród członków jury Nagrody Pulitzera K. Carterowi życia już nie wróci. Być może jednak jego następca poprzestanie na wstrzymaniu oddechu – w chwili, gdy wszystkie jego zmysły będą dążyć do złapania ulotnej rzeczywistości – i nie zwolni migawki aparatu fotograficznego. W zamian za tą decyzję zdobędzie sławę innym tematem, gdyż zachowa życie oraz rodzinę. Serdecznie pozdrawiam.

    • Encik

      Jako osoba wierząca napiszę, że nikt z nas nie ma prawa oceniać innych. Zwłaszcza jeśli siedzi się z pełnym żołądkiem i pomaga się, wysyłając sms!!! Masz wybór – więc jedź tam jako wolontariusz i nie oceniaj innych!!!

  • Wicio

    Adamie, sorry ale twój post to takie łzawe pierdu-pierdu. Jaki wybór miał fotograf? Co mógł zrobić? Jak pomóc? To nie było tylko jedno z wielu dzieci w okolicy bo zdjęcie zostało zrobione w miejscu gdzie OZN rozdawał Sudańczykom jedzenie. O ile mi wiadomo Carter odgonił w końcu sępa choć nie pomógł bardziej dziewczynce.

    Tak czy inaczej dzięki temu że zrobił to zdjęcie ja, ty i wielu wielu innych ludzi nadal pamięta o tym, co dzieje się w Afryce.

  • Zawodu reportera wojennego nie można oceniać w normalnych kryteriach. Większość z nich to nie sępy-papparazi czekające, aż komuś wyskoczy pierś, tylko ludzie – często idealiści – którzy podejmują tak trudną pracę, ponieważ wierzą, że ona ma sens, że ich zdjęcia mogą kogoś poruszyć, komuś pomóc. Czasem robią to, bo są wściekli na świat, który zjada własne dzieci i chcą to udokumentować. Niektórzy wierzą, że ten aparat jest ostatnią linią obrony dla tysięcy niewinnych osób – małym przedmiotem z wielkim ostrzeżeniem wykrzyczanym w stronę oprawcy: „skrzywdź ich, a na fotografii na zawsze zostaniesz mordercą. Takim cię zapamięta ludzkość”. Polecam film „War Photographer” o Jamesie Nachtwey’u, autorze chociażby tej fotografii:
    http://fmulls.files.wordpress.com/2009/10/artwork_images_113308_124987_james-nachtwey1.jpg

    Zdjęcia ofiar głodu zazwyczaj wykonywane są przy punktach żywieniowych, czyli w miejscach, w których ci ludzie mają szansę otrzymać pomoc. Co ma zrobić reporter? Każdemu dziecku rozdać po batoniku? Może zresztą wcześniej to zrobił, a może boi się, że żołądek takiego wygłodzonego brzdąca pęknie jak bańka po przyjęciu nieodpowiedniego pokarmu? Przecież oczywistym jest, że gdyby sęp nagle zerwał się w stronę dziewczynki, to Carter by go przegonił. 

    A że nie adoptował na ten przykład? No proszę, naprawdę niewielu może się w tej kwestii wypowiadać…

  • Możecie nazywać mnie potworem itp. , ale gdy pierwszy raz zobaczyłem to zdjęcie w tym demotywatorze http://demotywatory.com/219 to prawie roześmiałem się w głos.

  • cochise

    Wiecie co? Pleciecie. „Nie jego rola, nie można go oceniać normalnie…, bo to reporter…” taki, siaki czy owaki itp. Krótko: bzdury. Dlaczego? Jego rolą jest/było pomóc. Pomóc osobiście tej potrzebującej pomocy w tym momencie dziewczynce. Bez rozpatrywania czy warto, czy przeżyje, czy lepeiej uzyskać milonową pomoc dla innych…., bo co ona juz się nie liczy nie jest człowiekiem? A może jest tylko fotografią, która ma wzruszać? A czy to ważne czy ona przeżyje? Czy ludzkim odruchem nie jest pomóc bez zastanawiania sie czy warto? A ta milionowa pomoc, łatwiejsza jest na odległość? Łatwiej wrzucić kilka groszy i udawać że się wiele zrobiło zamiast samemu pobrudzić ręce? Ta cała pomoc i tak jest przechwytywana w duzej mierze przez lokalnych kacyków, a na małą dziewczynkę czeka sęp…. Lubimy się wzruszać i ulegać szlachetnym odruchom widząc takie fotki, wrzucamy potem „na pomoc” i mamy czyste sumienie. A nie widzimy człowieka w osobach które nas mijają…., bo tak łatwiej. Ola ma rację ten reporter był potworem, a my razem z nim

  • AnimaSola

    Tutaj nie ma co oceniać, czy ktoś jest potworem czy nie. To zdjęcie miało obudzić Nas i nasze sumienia. Kiedy My prowadzimy beztroskie życie, ktoś inny cierpi niedostatek i głód. Ona umiera z głodu a biali ludzie umierają z przejedzenia. Taki mały paradoks.
    Natomiast na to zdjęcie można spojrzeć z innej perspektywy. Odwrócenie ról. Tak jak ludzie zabijają zwierzęta, tak tutaj zwierzę czyha na życie człowieka…

  • zosia

    ludzie, rozumiem to, ale dlaczego nie zrobił zdjęcia szybko nie podbiegł i nie zabrał tej małer, pomugł by jej wtedy i potem wielu innym, moja ciocia była tam na misji „ratunkowej” dla tych ludzi, popełniła samobójstwo, nie mogła spac w nocy, bo naiedziały ją koszmary tych dzieci, bo widzia la dziecko z odpadającą skurą, bo wiedziała że wszystkich nie uratuje, do tej roboty trzeba miec nerwy ze stali, a no i on podobno się zabił bo przyjaciel mu zginą…

  • przemek

    Również uważam że powinien zabrać tą dziewczynkę do punktu żywieniowego, by choć przed śmiercią nie czuła głodu . To zdjęcie i tak już zrobił i faktycznie poruszyło miliony ale zabranie jej do tego punktu nie było przecież tak trudne i wymagające wysiłku. Ja odkąd zobaczyłem to zdjęcie nie potrafię sobie poradzić sam ze sobą , wciąż myślę o tym głodzie. Jak pomóc …? taka bezsilność

  • Andrzej

    Z onet.pl

    Gdy na początku lat 90. sudański reżim był zajęty prowadzeniem wojny domowej z rebeliantami z południa kraju, świat obiegały wstrząsające fotografie śmiertelnie wychudzonych z głodu Sudańczyków. Autorem najsłynniejszego z nich był południowoafrykański fotoreporter Kevin Carter. Wykonane w marcu 1993 roku zdjęcie „Sudańska dziewczynka i sęp” stało się symbolem głodu i upadku społeczeństwa w czasach wojny nie tylko w Sudanie, ale i w całej Afryce, a Carter otrzymał za nie prestiżową nagrodę Pulitzera.

    Carter niczego nie ustawiał w dosłownym sensie tego słowa. Jednak to co widać na fotografii daleko odbiegało od stanu faktycznego. Na zdjęciu widać skulone, wychudzone ciemnoskóre dziecko sprawiające wrażenie, jakby znajdowało się w stanie agonalnym. W drugim planie stoi samotny sęp. Wokół nie widać nikogo więcej, jakby dziecko było osamotnione w swoim cierpieniu. W rzeczywistości nie było mowy o jakimkolwiek zagrożeniu życia. Za plecami fotografa stał tłum ludzi oczekujących w kolejce po żywność od organizacji charytatywnej, z którą Carter przyleciał do wioski Ayod. Podczas gdy matka dziecka odeszła do kolejki, pozostało ono samo na terenie sprawiającym wrażenie bezludnego. To wtedy fotograf zauważył idealny temat: wygłodzone dziecko z sępem, który w międzyczasie przysiadł nieopodal. Jego wymowa jest jednoznaczna: oto sęp czeka na śmierć samotnego dziecka, aby pożywić się jego truchłem.

    W tym samym miesiącu zdjęcie ukazało się w „The New York Times”. W dniu kiedy je opublikowano redakcja gazety otrzymała setki telefonów od ludzi dopytujących się o losy dziecka. Kiedy redaktorzy skierowali to pytanie do Cartera, ten nie potrafił na nie odpowiedzieć. Po wykonaniu zdjęcia po prostu odszedł w poszukiwaniu kolejnych ciekawych ujęć.

    Zdjęcie nie przedstawiało stanu faktycznego, lecz spełniło swoją rolę, kierując uwagę organizacji charytatywnych na problem głodu w Sudanie i Afryce.

    • ula

      Panie Andrzeju, myślę że Pan uciął wszelkie komentarze tym opisem a że spotkałam się z zupełnie innym:
      cytat
      „Sudańska dziewczynka chwiejnym krokiem zmierza do punktu
      żywnościowego. Trudno ocenić jej wiek. Nie jest chuda, jest
      przerażająco wychudzona. Ciemna skóra opina się na drobnym
      szkielecie, który z trudem dźwiga nieproporcjonalnie dużą główkę. W
      pewnym momencie braknie jej sił, przykuca na środku wypalonej
      słońcem łąki. Jest głodna, wycieńczona, odwodniona. Bez opieki.

      Bacznie przygląda jej się sęp, ptaszysko z ogromnymi skrzydłami i
      zakrzywionym dziobem. W tej scenie wygląda niczym stwór z piekieł.
      Na dziecko zwrócił uwagę również Kevin Carter, młody, lecz popularny
      już fotoreporter z RPA. Nigdy wcześniej nie widział na własne oczy
      ofiar klęski głodu.

      Kevin z aparatem przy twarzy czeka, aż sęp, szykując się do ataku,
      rozłoży skrzydła. Taki obraz poruszyłby miliony, wyrył się w pamięci
      każdego człowieka, który zobaczyłby to zdjęcie. Byłby jak
      oskarżycielski palec wymierzony w każdego, kto bez opamiętania
      zanurza się w konsumpcyjnym stylu życia. We mnie, w Ciebie, w nich.

      Ptaszysko jednak tylko obserwuje, ani drgnie. Jest cicho. Ta cisza
      musi być przerażająca, trudniejsza do zniesienia niż najbardziej
      natarczywy hałas. Carter po 20 minutach nie wytrzymuje
      napięcia i robi mniej efektowną fotografię niż planował. Nie
      szkodzi, to zdjęcie i tak wstrząśnie światem. Ten bezruch
      zapiera dech w piersi.

      Kevin przegania stwora. Dziewczynka chwiejnym krokiem rusza w swoją
      stronę. Czy dotarła? Nie wiadomo”
      czy
      „Zdjęcie natychmiastowo trafiło na pierwszą stronę prestiżowej gazety “New York Times”. Jeszcze tego dnia pojawiły się setki telefonów ludzi, którzy pytali o zdjęcia, o dziewczynkę – czy przeżyła?

      Rok później Carter dowiedział się, że zdobył nagrodę Pulitzera za to właśnie zdjęcie, które spędzało mu sen z oczu.

      Carter wyznał w jednym z wywiadów, że po zrobieniu zdjęcia usiadł pod drzewem i długo płakał. Wiele razy pytano go, czy dziewczynka przeżyła i dlaczego jej nie pomógł. Niektórzy krytykowali reportera za bierność w tak dramatycznej sytuacji. Nawet jego przyjaciele zastanawiali się nad etyczną stroną takiego postępowania. Obrońcy zachowania Cartera tłumaczyli, że on tylko zrobił zdjęcie jednego z tysiąca umierających dzieci. Zamieszczenie go na okładce dziennika wywołało masową reakcję społeczną i zbiórkę pieniędzy na pomoc żywnościową dla krajów takich jak Sudan.

      Później jednak wyznał, że żałował, ze nie pomógł dziewczynce. Ale wtedy reporterzy byli podobno ostrzeżeni, żeby nie ingerować w ofiary głodu podczas pracy.”

      zapytam skąd Pan ma taką pewność że tak faktycznie było?
      Pierwszą myślą jak zobaczyłam to zdjęcie było pytanie co stało się z tym dzieckiem, czy fotograf mu pomógł, czy zostawił na pastwę sępów bo to oczywiste że dziecko w takim stanie nigdzie samo by nie doszło.

      Przychylam się do komentarzy że można zrobić poruszające zdjęcie (czy bardziej było by poruszające gdyby sęp rozłożył skrzydła? otóż moim zdaniem to czekanie sępa aż „ofiara” padnie jest bardziej przerażające) i można wziąć takie dziecko później na ręce i zanieść w miejsce gdzie lekarze udzielą mu pomocy, choćby ostatniej. Jedno drugiemu chyba nie przeszkadza. I powinien to być odruch, wrażliwy ludzki odruch.

  • tcz45

    czekam na dzień ponownego przyjścia Jezusa Chrystusa, dzień w którym ON otrze wszelką łzę , pocieszy smutnych itd..kiedy zło tego świata zostanie zgładzone a wraz z nim wszyscy co to zło pomnażali…

  • gość

    krótko:

    zrobić zdjęcie i szybko ratować dziecko

    czekać 20 minut ??? !!! w 45 stopniowym upale lejącym się z nieba ???

    • Sęp

      który sęp jest gorszy sęp czekajacy na posilek(bo to jego natura) czy sęp z aparatem liczący na kase (bo to jego natura)?

      • Grażyna Beia-Dziekan

        Sępowe zdjęcie! Reporter ma to, co chciał i poszedł dalej na polowanie! Obrzydliwe! Nie mówcie, że to taka praca repo
        rtera i, że on zrobił swoje. Nie poświęca się jednostki dla milionów. Ratuje się wszystkich, a przede wszystkim słabych. Jestem apostatą, ale pamiętam, że w jednej z Ewangelii pasterz zostawia całe stado i idzie szukać jednaj zbłąkanej owcy. Powiedzcie mi Mądralińscy, czyż nie robimy składek dla np. dziecka, które i tak jest roślinką. Posyłamy datki dla osób nie mających większych szans na normalne życie, bo i tak do końca życia będą wegetować w łóżku, a jednak ratujemy ich. Patrzcie w jakim zakłamaniu żyjemy! Zrobił fotkę i miał pomóc dziewczynce!!! I dobrze że skończył ze sobą. Zrozumiał swój niewybaczalny błąd!