Dni gniewu w Egipcie

Hosni Mubarak (Zdjęcie: topnews.in)
Hosni Mubarak (Zdjęcie: topnews.in)

W takich opałach w czasie swoich 30-letnich rządów Hosni Mubarak jeszcze nie był. Po raz pierwszy ludzie w tak dużej ilości i z tak jasno określonym “programem” (odejście prezydenta) wyszli na ulice. Atmosferę – i tak gorącą -dodatkowo podgrzewają media poprzez publikację informacji prawdziwych, jak liczba zabitych i rannych (ok. 100 i ok. 3000) oraz tych mniej sprawdzonych według których prezydent Mubarak miałby uciec do … Izraela. Naturalnie, taki oczywisty nonsens, jak ten z Izraelem, był powtarzany przez wszelkie media.

Mubarak do odejścia zbiera się i tak, przy okazji tegorocznych wyborów prezydenckich W wieku 82 lat człowiekowi ciężko utrzymać autorytarną władzę i w naturalny sposób opiera ją na swoich najbliższych współpracownikach, a więc na wojskowych. Sam Mubarak to były generał armii, zatem jak najbardziej reprezentuje interesy wojska. Nowy premier Szafik to również wojskowy, a powołany właśnie wiceprezydent Omar Suleiman to wpływowy szef wywiadu, jeden z najważniejszych graczy na giełdzie tych, którzy mieliby zastąpić prezydenta Mubaraka, wymieniany jak dotąd w jednym szeregu z synem obecnego przywódcy, Gamalem. Można zatem mieć poważne wątpliwości, czy wojsko będzie miało jakikolwiek interes w obaleniu władzy, która jest przecież dla niego korzystna i likwidacji układu, w którym to generałowie, notabene wspierani przez Amerykanów, rządzą w Egipcie. Bez wojska zaś żadna “rewolucja” się nie uda.

Przegranym tych protestów prawdopodobnie będzie Gamal Mubarak. Jeśli jest w Egipcie ktoś mniej popularny od obecnego prezydenta, to jest nim właśnie jego syn, którego Egipcjanie nie cierpią. Sukcesja jest w tym momencie mniej prawdopodobna, a nominacja Suleimana może być sygnałem, iż to on zostanie następcą prezydenta. Nawet jeśli udałoby się przepchnąć Gamala, to trudno oczekiwać, by miał on równie mocną pozycję, jak dotąd jego ojciec. Trudno mieć też wątpliwości, czy wojsko stanęło po stronie reżimu – przecież nie żyje około 100 osób. Powiedzenie, że wszystko jest pod kontrolą, byłoby dużą przesadą, ale na wojnę domową się nie zanosi.

W “ciekawej” sytuacji znaleźli się Amerykanie i Izraelczycy. Rząd Netanjahu stosuje sprytną taktykę niewychylania się. To jedyne słuszne rozwiązanie, bo ewentualne wyrazy poparcia dla Mubaraka byłyby tylko pocałunkiem śmierci, a prawda jest taka, iż Izrael na wszelkie zmiany władzy patrzyłby się z wielkim niepokojem. Tutaj powrócę do informacji dotyczącej ewentualnej ucieczki Mubaraka do Izraela – ona miała na celu zaszkodzić prezydentowi – wiadomo jaki efekt wywoła taka informacja wypuszczona na kairską ulicę.

Gimnastykować za to się musi prezydent Obama. Wyobraźmy sobie, iż taka sama sytuacja ma miejsce w Birmie, czy nawet bliżej Polski – na Białorusi. Długie występy, oficjalne deklaracje poparcia, może nawet jakieś poważniejsze ruchy wojsk, a wszystko przy udziale dwóch haseł: demokratyzacja i prawa człowieka.

Tutaj sytuacja jest inna, bo mowa o drugim najważniejszym sojuszniku Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, do którego idealnie pasują słowa wypowiedziane niegdyś przez prezydenta Nixona “sukinsyn, ale to nasz sukinsyn”. Przewrócenie reżimu byłoby katastrofą dla amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie. Wypowiedzi Obamy są więc ostrożne: nawołuje do reform i niestosowania przemocy, jednocześnie nie kopiąc dołków pod Mubarakiem. Niewykluczone, iż reżim będzie zmuszony do reform, ale nikt rozsądny nie będzie chciał wspierać Bractwa Muzułmańskiego, które jest potężną siłą polityczną w Egipcie. Co ciekawe,  opublikowane przez “WikiLeaks” dokumenty świadczą, iż Amerykanie również wspierali opozycję, ale działo się to raczej w ograniczonym zakresie.

Samych protestujących łączy niechęć wobec Mubaraka, ale poza tym, są podzieleni. Protestują islamiści, demokraci,rozczarowani fatalną sytuacją gospodarczą i brakiem perspektyw mieszkańcy, a swoje nakraść próbują również najzwyklejsi szabrownicy, korzystający z chaosu (np. okradziona została ekipa Al-Jazeery). Na zamieszeniu skorzystali też więźniowie z zakładu karnego, dokonując ucieczki.  Protesty nie mają przywództwa politycznego – młodzieżowy Ruch 6 Kwietnia był w stanie zainspirować rozruchy, ale po odcięciu Internetu, jego rola została bardzo ograniczona. Pod protesty próbuje się “podpiąć” Mohammad El-Baradei, ale również on nie jest ich liderem i nie panuje nad tłumami.  Pozostaje jeszcze Bractwo Muzułmańskie, ale podobnie jak jak w przypadku byłego dyrektora Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, nie kontroluje ono protestujących i nie jest dla nich autorytetem.

Najkorzystniejszym rozwiązaniem z punktu widzenia obecnej władzy, niezależnie od tego, czy Mubarak odejdzie teraz czy za jakiś czas, byłoby przeprowadzenie części reform i wciągnięcie do rządzenia El-Baradeia i ludzi z nim powiązanych. Również Amerykanom i Unii Europejskiej takie rozwiązanie byłoby na rękę, gdyż gwarantowałoby utrzymanie obecnego kursu przez Kair. Demokratyzacja jest – uczciwie mówiąc – grą hazardową, bo można wyciągnąć demokratyczną, prozachodnią władzę, nastawioną na poprawę fatalnej sytuacji gospodarczej milionów Egipcjan, ale również Bractwo Muzułmańskie, niewątpliwe gotowe na przeorientowanie polityki Egiptu.

6 thoughts on “Dni gniewu w Egipcie

  1. Jesteśmy świadkami największej mobilizacji społeczeństwa obywatelskiego w krajach arabskich. Ponadto, mobilizacja ta czerpie energię z demokratycznych wartości i praw człowieka, w tym przypadku prawa narodu egipskiego do samostanowienia i wybierania swoich przywódców, a także nadziei na godne życie. Niepokojące jest, że pomimo tego ani Stany Zjednoczone, które jeszcze dziesięć lat temu dla demokracji były gotowe wszczynać wojny, ani też znakomita państw Europejskich, uważająca się za piewców tego systemu, nie odważyła się bezpośrednio i jednoznacznie wesprzeć demonstrantów. Mowa tu nie tylko o organach państwowych, które jak zauważa autor muszą zachować powściągliwość, lecz także o opinii publicznej i mediach. Wczoraj zapytałem grupę moich przyjaciół z Londynu, czy słyszeli, co się dzieje w Egipcie, odpowiedzieli: że tak i że to straszne. Pozwoliłem sobie się z nimi nie zgodzić, i pomimo napiętej atmosfery i ofiar w ludziach uznać protesty w Egipcie za coś wyjątkowego i godnego podziwu. Nie ma nic piękniejszego niż widzieć wielkich tego świata przestraszonych przez odwagę zwykłych ludzi.

    P.S. Hosni Mubarak był oficerem Sił Powietrznych w stopniu (Air Chief Marshall). 

  2. Ta mobilizacja społeczeństwa obywatelskiego czerpie także niestety z działań radykałów – bractwa muzułmańskiego. Nie tylko aspekty demokratyczne są tu czynne.

  3. Setka: Mam wrażenie, że wielcy tego świta nie drżą z powodu „odwagi zwykłych ludzi”. Drżą, ponieważ rozważane są najgorsze scenariusze, łącznie z republiką islamską.
    Do tej pory Mubarak był „sukinsynem, ale naszym sukinsynem” .
    Niedługo może rządzić inny „sukinsyn” tylko z pod znaku islamu, na którego już zachód wpływu mieć nie będzie.

    A demokracja ? Raczej wątpliwe, aby w kontekście Egiptu warto było używać tego słowa. Obym się mylił, ale jakkolwiek się to zamieszanie zakończy zwykły Egipcjanin może zapomnieć o demokracji i prawach człowieka.
    Do tej pory była dyktatura para wojskowa, obecnie szykuje się na dyktaturę religijną.

  4. Obawiam się, że rozważanie czarnych scenariuszy idzie znacznie dalej i rodzi pytania tj np.: 1)Jak radykalizacja Egiptu wpłynie na bezpieczeństwo i płynność transportu przez Kanał Sueski, czyli czy owi „wielcy” będą musieli płacić więcej lub co gorsza zorganizować objazd? 2) Czy nowy reżim zdominowany przez Bractwo Muzułmańskie (BM) będzie nastawiony wrogo do Izraela i USA, a jeżeli tak to jak zdestabilizuje to balans siły w regionie? Warto jednak podkreślić, że zadawanie tej maści pytań i udzielanie na nich katastroficznych odpowiedzi leży w naturze neorealistycznych think tanków. Nie jestem jednak przekonany, że w przypadku rewolucji w Egipcie ich paradygmat jest najlepszym narzędziem analizy. Ale jeżeli już, to wszelakie hipotezy o rychłej radykalizacji tego państwa ignorują jego strukturę społeczną, religijną i polityczną. 

    Po pierwsze BM ma poparcie sięgające 30% i biorąc pod uwagę choćby metody działania, czy oficjalną linię ideologiczną wydaje się ruchem islamskim w swojej naturze przypominającym bardziej turecką AK niż palestyński Hamas. Po drugie, pomimo nikłej historii pluralizmu politycznego, Egipt dysponuje prężną, rozległą i dobrze wykształconą klasą średnią, która jawi się doskonałym fundamentem pod budowę nowych struktur partyjnych, zdolnych do skutecznego przeciwważenia BM w procesie demokratycznym. Po trzecie wreszcie, nie trzeba się nawet uważnie przyglądać, żeby zobaczyć, że Mubarak próbuje nastraszyć radykałami świat, szczególnie zaś USA, bez których pomocy militarne armia Egiptu nie wyglądałaby tak prężnie. 

    Podsumowując: Egipt nie zmierza w kierunku radykalizmu islamskiego. Znakomita część aktywnych politycznie Egipcjan wie co to demokracja i podejrzewam, że w niedalekiej przyszłości doświadczy pewnej jej formy. Przypuszczam jednak, że zabierze to więcej czasu niż życzą sobie protestanci. 

  5. Problem polega tylko na tym, że w Iranie również na początku fundamentaliści religijni nie byli siłą dominującą. Podobnie zresztą, jak w wielu innych miejscach na świecie.
    Zauważ, że każdy ruch oparty na religii ma jasno sprecyzowany cel i mocno stawia granicę pomiędzy „my” i „wszyscy inni”. Jasna ideologia, wierni zwolennicy plus bojówki to często był klucz do sukcesu w niestabilnych czasach.

    Inne grupy (zazwyczaj oparte na ideologii demokratycznej) chcą szukać kompromisu czy też próbować dialogu. W tym czasie fundamentaliści, którzy nie tracą energii na rozmowy, przejmują władzę i zaczyna się zastraszanie i niszczenie przeciwników.
    Można mieć tylko nadzieję, że ten scenariusz się nie powtórzy.
    —-
    Nie wiem czy porównywanie BM do AKP jest odpowiednie, ponieważ funkcjonują one w zupełnie innych warunkach.
    BM jest dużo bardziej radykalne w działaniu jak również ideologicznie z hasłem państwa wyznaniowego na czele. Jeśli tylko dojdzie do obalenia frakcji Mubaraka, to BM zostanie największą siłą w Egipcie i to ten ruch wskaże dalszą drogę dla Egiptu i raczej nie będzie to demokracja.
    —-
    Podsumowując wydaje mi się, że warto rozpatrywać pesymistyczne scenariusze i już teraz zastanowić się nad naszym zachowaniem, gdyby miały się one sprawdzić.
    Pamiętaj tylko o tym, że owi „wielcy” to tak naprawdę MY czyli ludzie zachodu. I to MY możemy najwięcej stracić na zamieszaniu w Afryce północnej.

  6. @Lu7kasz: Przypuszczam, że możemy wymieniać się argumentami bardzo długo. Nie przysłuży się to jednak jakości analizy sytuacji w Egipcie, nad którą nie mogą nagłowić się nawet eksperci regionu, masowo uciekający do ogólnych stwierdzeń o nieprzewidywalnej dynamice zmian. 
    Pomimo tego chciałem odnieść się do Twojego ostatniego akapitu. W swoich wcześniejszych wpisach zwróciłem uwagę, że neorealistyczny sposób postrzegania wydarzeń w Egipcie jest niewystarczający, a w tym przypadku prowadzi do błędnych konkluzji. Masowe protesty, strajki i obywatelskie nieposłuszeństwo to nie jest żadne cyt. zamieszanie tylko autentyczna walka Egipcjan o rozszerzenie procesu politycznego na całe społeczeństwo. Marksiści nie wahaliby się krzyknąć: rewolucja. Nie zapominajmy bowiem, że zarówno w Tunezji, Jordanii, czy ostatnio w Jemenie czynniki socjoekonomiczne odegrały istotną rolę przy inicjacji protestów. Tymczasem, ‘wielcy’, przez których rozumiem promujących Realpolitik w regionie, czyli zarówno oblegany reżim Mubarak’a jak i Izrael i USA, za wszelką cenę próbują przeforsować wizję zmian w kontekście bezpieczeństwa oraz (mniej ewidentnie) interesów ekonomicznych. Jest to myślenie niekompletne, dyskryminujące i prowadzące do błędnej konkluzji, że demokratyzacja regionu równa się jego destabilizacji. Choć istnieniu radykalnych elementów w Bractwie Muzułmańskim nie można zaprzeczyć, to nie oznacza to, że cała organizacja pójdzie śladami Hamasu. Wręcz przeciwnie, elementarne prawa polityki, sugerują, że włączenie radykałów do procesu politycznego, osłabia ich radykalizm. 
    Zgodzę się z Tobą, że należy brać pod uwagę wszystkie scenariusze, nawet te czarne. Nie jestem jednak zwolennikiem przedkładania interesów nad wartości, na których opiera się nasza cywilizacja. Dlatego uważam, że Zachód zamiast drżeć o subiektywnie postrzeganą stabilność w regionie, powinien wspierać pokojowe i demokratyczne zmiany w Egipcie. W przeciwnym razie naraża się na oskarżenie o podwójne standardy. 

Komentowanie wyłączone.