Upadek Zachodu

Dwudzieste pierwsze stulecie będzie należało do Azji. Europa i Stany Zjednoczone czeka agonia. Upadek gospodarczy pociągnie za sobą drastyczny spadek wpływów politycznych. Będziemy coraz biedniejsi i uzależnieni od innych. Scenariusz filmu katastroficznego? Nie, skądże znowu. To tylko zyskujący na popularności tok myślenia. Sami wieszczymy sobie najgorsze klęski.

Nowa odsłona plag egipskich

Stany Zjednoczone są potwornie zadłużone i zaangażowane w zbyt wiele spraw na całym świecie. Niechybnie czeka je los starożytnego Rzymu, czyli upadek z przytupem. Może to jeszcze potrwać, nawet bardzo długo, ale trajektoria jest przewidywalna i w zasadzie nieodwracalna. Amerykanie i tak mogą mówić o szczęściu, bo przez czas jakiś im się nie pogorszy. Nie to, co w Europie. Tutaj mamy już prawdziwie stary kontynent. Nieurodzaj demograficzny, skostniałe struktury państwowe, a do tego ta zbiurokratyzowana Unia Europejska. Nic tylko złożyć Europę do sarkofagu i pochować z honorami. Może zwiniemy się na tyle szybko, że nie podbiją nas hordy imigrantów z południa i ze wschodu.

Czy jest dla nas jakiś ratunek? Jeśli uwierzymy w opisaną wyżej wizję przyszłości odpowiedź może być wyłącznie negatywna. Jednak czy jest ona prawdziwa? Można odnieść wrażenie, że zamartwiamy się wszelkimi możliwymi plagami i myślami sprowadzamy je na siebie. Co więcej, nie wierzymy we własne możliwości i przewidujemy najgorszy z możliwych obrót sytuacji. I, być może najważniejsze, zapominamy o rzeczywistości. Czyż nie jesteśmy bowiem najbezpieczniejsi i najbardziej zamożni na świecie? Czy to nie inni przez lata patrzyli na nas jako na wzór i przenosili najlepsze rozwiązania do swoich państw? Nadal zresztą spoglądają, choć i inne regiony mają się czym pochwalić. Nie staliśmy się jednak globalnym zaściankiem. Nie jesteśmy nowym trzecim światem.

Słaba psychika

Przegrywamy w głowach bitwę, której nikt nam zresztą nie wydał. Sami ją sobie wydaliśmy. Wzrost Azji, rozwój Ameryki Południowej czy Afryki, ale jednak przede wszystkim chodzi tutaj o Azję, uznajemy za olbrzymie zagrożenie. Potężny ludnościowo i coraz potężniejszy gospodarczo Wschód ma nas połknąć, a najpierw jeszcze przetrąci nam kręgosłup. Dynamiczny rozwój Azjatów stawiamy w kontraście do schyłku zachodniej cywilizacji. Przegramy demograficznie, gospodarczo, politycznie, a także na polu idei. Wolności obywatelskie, prawa człowieka czy demokracja poniosą klęskę, a wraz z nimi runie nasz system wartości.

Przekonanie o tym, że porażka jest nieunikniona może sprawić, że rzeczywiście czeka nas upadek. W każdej dziedzinie nastawienie psychiczne odgrywa kluczową rolę. Gdy 29 listopada w Gran Derbi Europy spotkały się Barcelona z Realem Madryt, chłopcy Jose Mourinho dostali tęgie lanie nie dlatego, że są gorsi o pięć bramek od Katalończyków, ani nawet dlatego, że The Special Five dobrał złą taktykę. Real przegrał mecz już w szatni, jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Amerykanie także przegrali wojnę wietnamską w głowach, nie na polach bitew.

Zachód wcale się nie zwija, a przyszłość może przynieść wiele pozytywnych wydarzeń. Może, o ile odzyskamy choć trochę pewności siebie, dostrzeżemy własne mocne strony, wyciągniemy wnioski z dotychczasowych doświadczeń i przestaniemy wyolbrzymiać każde niepowodzenie. Kryzys gospodarczy sprzyja negatywnemu nastawieniu. Grecja czy Irlandia są de facto bankrutami, a kilka innych państw może podążyć ich śladem. Protesty w wielu krajach są coraz ostrzejsze i bardziej brutalne. Dolar się sypie, a strefa euro trzeszczy w posadach. Długo by wymieniać.

Koniec czy nie?

Przed Europą i Ameryką wiele wyzwań i trudnych decyzji. Los jest jednak nadal w naszych rękach. A właściwie w naszych głowach. Jeśli uwierzyliśmy w katastroficzną wizję upadku Zachodu, nic już nie da się zrobić. Przepowiednia wypełni się sama. Jednak wcale nie musi. Wzrost Azji może być szansą. Minie wiele dekad, nim kraje azjatyckie dojdą do poziomu rozwoju, którym my cieszymy się już dziś. Na arenie międzynarodowej na pewno nastąpi przegrupowanie sił, ale wątpliwe, by groziła nam kolonizacja czy podbój.

Najważniejsze, by trzeźwo spojrzeć na otaczający nas świat i nie ufać za bardzo w krzykliwe medialne tytuły czy udające debatę publiczną slogany. Spadek znaczenia w skali globu oraz bardziej wymagająca konkurencja gospodarcza nie oznacza upadku. Zanim ostatni zgasi światło i zamknie kram zwany Zachodem warto chociaż pomyśleć, czy są po temu jakieś racjonalne podstawy. Przypuszczam, że wątpię, cytując Bohdana Łazukę.

Piotr Wołejko

10 thoughts on “Upadek Zachodu

  1. Zgadzam się z teorią że ta groźba upadku jest głownie w naszych głowach. Kryzys gospodarczy trochę obniżył nam poziom życia i już Europejczycy i Amerykanie widzą tragedię 😀 Chyba za bardzo te społeczeństwa przywykły do względnego dobrobytu. Z punktu widzenia np. obywateli Chin czy Indii nasze problemy są małe i nie ma się tu czym specjalnie przejmować. To pogorszenie poziomu życia w społeczeństwach Zachodu jest dla nich praktycznie niezauważalne, gdyż oni bardzo chcieli by tak żyć jak Zachód w kryzysie 😀 Niestety długo jeszcze tego poziomu zamożności nie osiągną. Zachód za bardzo się przez ostatnie 250 lat przyzwyczaił do tego, że w pełni góruje cywilizacyjnie nad resztą świata, a tu teraz zaczyna się to szybko zmieniać (a właściwie jest to tylko powrót do układu sił sprzed rewolucji przemysłowej) i już pojawił się starach w jego oczach 😀

  2. Dlaczego żyjemy w przeświadczeniu, że Azja będzię rosnąć i rosnąć? Kryzys pod koniec lat ’90. to może i słaby argument, bo w ciągu 10 lat dużo się zmieniło, ale nadal argument, że azjatycka ekonomia też potrafi boleśnie upaść. Ostatnio czytałem ciekawą opinię w FT, przygotowaną przez hinduskich ekonomistów działających m.in. na Harvardzie i MIT, że Indie muszą coraz więcej zacząć pożyczać dla małych przedsiębiorstw oraz indywidualnych klientów, aby rozpędzić kraj. Hmmm.. czyżby nie nauczyli się na błędach Europy i USA? Przykładów, dlaczego wątpię w te wszystkie ochy i achy pod adresem Azji jest więcej. Czy Chiny osiągnęłyby obecny poziom przy pełnej demokratyzacji oraz ochronie środowiska? Czy Indie, największa demokracja świata (w liczbach absolutnych), to faktycznie przyszłość, mimo że tak wiele osób nadal żyje w skrajnym ubóstwie, a woda często jest niezdatna do picia?
    Jakie argumenty w zastosowaniu 'soft power’ mają Indie? Bollywood? A Chiny? Tanie żarcie i technologiczne zabawki? Nic mi do głowy nie przychodzi. Co pociągnie ludzi, aby iść w życiu azjatycką ścieżką?
    Skąd ta pewność, że przy wzroście Azji terroryści coraz częściej nie będą straszych Delhi oraz Pekinu? Może wówczas okazać się, że Londyn i Waszyngton radziły sobie z tymi problemami znacznie lepiej.
    Jak w futbolu, wspiąć się na szczyt nie jest tak trudno. Niesamowicie trudno jednak jest się tam utrzymać i na chwilę obecną nie dawałbym Azji szans na dłuższą dominacją.
    I tak na sam koniec: Europa i USA ot tak po prostu oddadzą pole walki? „Czas naszej hegemonii już minął” – rzeknie amerykański prezydent, a przedstawiciel Europy tylko mu przytaknie stojąc. Serio w to wierzysz?

  3. Szanowny Panie Piotrze
    Napisał Pan artykuł, którego głównym tematem jest kierunek zmian w światowej gospodarce. Pana zdaniem rzeczywistość jest inna, niż twierdzą niektórzy. Przejrzałem uważnie Pana tekst, wynajdując wszelkie dane liczbowe. Znalazłem następujące:
    – Dwudzieste pierwsze stulecie
    – trzecim (światem)
    – 29 (listopada)
    – pięć (bramek)
    – pierwszym (gwizdkiem)
    W zakończeniu swego artykułu napisał Pan, że „Najważniejsze, by trzeźwo spojrzeć na otaczający nas świat i nie ufać za bardzo w krzykliwe medialne tytuły czy udające debatę publiczną slogany”.
    Odnoszę wrażenie, że pisanie o kierunkach zmian w światowej gospodarce z takim ubóstwem liczb, jakiego dał Pan przykład, nie jest trzeźwym spojrzeniem na świat, ale właśnie zastępowaniem debaty publicznej sloganami. Czego oczywiście nie traktuję jako zarzutu, bo „każdy orze, jak może” 😉
    Pozdrawiam serdecznie
    PS. Jeśli jest Pan zainteresowany dyskusją na ten temat, ale w oparciu o konkrety, to jestem oczywiście do dyspozycji.

  4. Ostatnio bylem na spotkaniu z Buzkiem w Londynie i strasznie frustrujace bylo, kiedy nasz byly premier w niemalze kazdym zdaniu zaznaczal sukces Polski mierzony ekonomia i liczbami wlasnie. Te same liczby moglyby tez sugerowac wszystko inne, w zaleznosci od tego co potrzebujemy uslyszec badz powiedziec, vide sowiecka gospodarka.

    Matematyczna wiara, ze liczby prawde ci powiedza jest naiwna. Obalanie opieranych na niej argumentow jest rownie latwe jak i tezy pozbawione wszelkich liczb.

    Liczby tworza jednak pewnego rodzaju „comfort zone”, dlatego rozumiem, ze wiele osob lubi do niego uciekac.

    1. Szanowny Panie Robercie
      Stawia Pan kropkę nad i. Pan Piotr, bardzo rozsądnie, nie poszedł aż tak daleko, by sugerować, że posługiwanie się wskaźnikami ekonomicznymi to naiwność. Wychodzi na to, że wszyscy ekonomiści świata to banda naiwniaków, a Pan może po prostu tak sobie poopowiadać o gospodarce bez jakichkolwiek liczb i to będzie miłe, i nie będzie frustrować etc.
      Jeśli deklaruje Pan, że z tych samych wskaźników ekonomicznych może Pan wyprowadzać odmienne wnioski, to deklaruje Pan niezdolność do poprawnego rozumowania (to bardzo częsta przypadłość, więc nie musi się Pan tym za bardzo przejmować). Poprawne rozumowanie absolutnie nie pozwala z tych samych wskaźników wyprowadzić sprzecznych wniosków.
      Szkoda że nie podał Pan przykładów „wątpliwych” liczb Jerzego Buzka i tych od „sowieckiej” gospodarki. Można by wtedy podyskutować. Bez konkretów to można sobie tylko pogadać na okrągło.
      Pozdrawiam serdecznie

  5. Panie Piotrze,

    Widac, ze chodzi Pan z wysoko zadartym nosem i nieskrywana arogancja, Zapewne moze tez Panu sprawiac przyjemnosc by z jednej strony odnosic sie do innych rozmowcow w sposob kulturalny, a zarazem pelen pogardy.

    Dwukrotnie cytowanego przez Pana slowa „watpliwych” nigdy nie uzylem. Nie poslugiwanie sie wskaznikami ekonomicznymi a „matematyczna wiara” i hold liczb jest naiwne. To tez musialo Panskiej uwadze. Moze lepiej nie pograzac sie tak w zadzy uszczypliwego komentarza?

    Co do niezdolnosci do poprawnego rozumowania to traktuje ten komentarz jako obelge na rynsztokowym poziomie. Jezeli nie jest Pan swiadomy roli ekonomii w polityce (i vice versa), gdzie dane sa przedstawiane w przemyslany sposob by osiagnac pewne korzysci to zyje Pan w idealistycznym swiecie. Mozna i szczerze Panu zazdroszcze.

    „Na okraglo” mozna takze dyskutowac z konkretami, choc prezentujacymi rozne punkty widzenia, byle tylko interlokutorzy zapewniali mila atmosfere oraz wysoki poziom. Szkoda, ze tak szybko przekreslil Pan na to szanse.

    Pozdrawiam

    1. Szanowny Panie Robercie
      Przedświąteczny brak czasu nie pozwolił mi odpowiedzieć od razu.
      Wymianę komentarzy między nami zapoczątkował Pan a nie ja. W pierwszym swym komentarzu absolutnie gołosłownie skrytykował Pan londyńskie wystąpienie prof. Jerzego Buzka (Przewodniczący Parlamentu Europejskiego, były premier Polski, posiadacz licznych doktoratów honoris causa etc., etc.). Zwracam na to uwagę, bo zarzuca mi Pan „wysoko zadarty nos”. Nie jest on jednak na tyle zadarty, bym wystąpił publicznie z gołosłowną krytyką osobistości takiej jak profesor Buzek.
      W swym pierwszym komentarzu absolutnie gołosłownie zarzucił mi Pan naiwność (bo przecież nie do Marsjan ta naiwność się odnosiła). Nie uznałem tego za „obelgę na rynsztokowym poziomie”. Nie uznałem tego nawet za zwykłą niegrzeczność, bo byłaby to z mojej strony małostkowość. Dziwi mnie jednak, że mając tak dużą łatwość formułowania gołosłownych negatywnych ocen o innych, jest Pan jednocześnie bardzo przewrażliwiony, gdy chodzi o Pana.
      O tym, że wychodząc z prawdziwych przesłanek i rozumując zgodnie z zasadami logiki, nie można dojść do sprzecznych zdań, może Pan przeczytać w każdym podręczniku logiki. Zwracałem tylko Panu uwagę, jakie mogą być skutki twierdzenia, że z tych samych przesłanek jest się w stanie wyprowadzić przeciwstawne wnioski. Zwracałem przy tym uwagę tak trochę w trybie warunkowym (jeśli… to…).
      Pana pogląd, że żyję w idealistycznym przekonaniu, że nie manipuluje się wskaźnikami ekonomicznymi, to tzw. trafienie kulą w płot. Przecież ja właśnie twierdzę, że w polityce wciąż wykorzystuje się dość powszechną nieumiejętność logicznego rozumowania, by przy pomocy prawdziwych danych statystycznych wprowadzać ludzi w błąd. Rzecz w tym, że ludziom często trudno jest się pogodzić z myślą, że ich zdolność do poprawnego rozumowania jest nie najlepsza. Wolą uznać, że fałszywe są dane statystyczne albo zasady logiki, bo wtedy to nie oni mają problem.
      Gdybym rzeczywiście miał okazywać Panu pogardę, to w ogóle nie reagowałbym na Pana komentarze. Jeśli zadaję sobie trud, by wskazywać Panu błędy, to w żaden sposób nie może to być uznane za pogardę.
      Jeśli chodzi o cudzysłów, to nie zawsze oznacza on cytat, zwłaszcza gdy dotyczy pojedynczych słów.
      Proponuję, by spojrzał Pan nieco krytycznie na swe komentarze i w przyszłości nie był tak przewrażliwiony na punkcie swojej osoby.
      A na koniec życzę świąt pełnych radości i spokoju.
      Pozdrawiam serdecznie

  6. Należy sobie uświadomić kto tak naprawdę finansuje ten cały wzrost gospodarczy Azji. Światowa gospodarka przypomina system naczyń połączonych. Wzrost poziomu w jednym naczyniu oznacza wzrost w drugim, podobnie rzecz się ma ze spadkiem poziomu. Trzeba pamietać kto ten wzrost i spadek generuje. Są to przecież głownie Stany Zjednoczone i Europa. Wystarczy tylko, że te dwie gospodarki ograniczą swój import towarów z Azji i ta całą azjatycka gospodarka się rozsypie jak domek z kart. Przecież ci biedni ludzie z Azji sami nie bedą kupowali tej całej masy towarów, którą produkują, bo ich na to nie stać. Zachodnie firmy przez swoją zachłanność dożynają gospodarki krajów, z których się wywodzą przenosząc swoją produkcję do Azji. Firmy, które jeszcze tego nie zrobiły albo upadną albo muszą zrobić dokładnie to samo, bo inaczej nie wytrzymają konkurencji cenowej z powodu różnic kosztów produkcji. Został spowodowany niestety efekt domina, który może się źle skończyć dla zachodu albo zachód może się przed tym ustrzec wprowadzając ostre środki zaradcze dotyczące transferu produkcji, importu itp. Oznacza to jednak jawną wojnę handlową z Azją, którą zachód z pewnością może wygrać.

  7. Chrom,
    Dobry argument, ale odniosl sie juz do niego Niall Ferguson w artykule „Sinking Globalization” (Foreign Affairs, March/April 2005, mozna zgooglowac). Wedlug niego sytuacje podobne do obecnej mialy juz miejsce i de facto doprowadzily do najwiekszej w historii ludzkosci wojny. Autor wysuwa tez wiele innych wnioskow, ale nie chcialbyn tutaj streszczac calego artykulu.
    Summa summarum masz racje, ze swiatowa ekonomia jest niczym system naczyn polaczonych, a scenariusz o ktorym piszesz mial juz miejsce w finansach pod koniec lat 90., kiedy „Zachod” zaczal wyciagac kase i domek z kart sie zawalil. Sek w tym, ze historia dala juz kilka lekcji do czego nacjonalizm moze prowadzic. Trzeba wymyslec cos nowego.

  8. Och jak powierzchowna opinia naszego drogiego Piotra. Dziś przeczytałem w brytyjskiej prasie, że Chińczycy wykupują nieruchomości w Londynie. Hindusi także inwestują w Wielkiej Brytanii. Myslę, że jest to wynikiem braku warunków do życia w państwach wschodzacych takich jak Chiny czy Indie. OK można tam zarobić ale nie da sie tam godnie życ. W dalszym ciagu cały Know How jest w karajach Zachodnich. Kilku chińskich czy indyjskich miliarderów nie zmieni tej tendencji. Europa wbrew pozorom ma sie nieźle a Ameryka? Pisze ten tekst na amerykańskim komputerze wyprodukowanym w Chinach. Amerykanie i tak maja na tym znacznie wiekszy zysk niż Chińczycy, że kupiłem sobie coś wykonanego w Chinach ale zaprojektowanego w USA. DO tego oprogramowanie jest amerykańskie. Chińczycy także go prawdopodombie uzywają. Zgoda, jest kilku bogatych Chińczyków, nawet kilku bogatych Rosjan. Rosja zakupia ostatnio 5% udziałów w BP. I co. Czy znaczy to, że maja realny wpływ na BP? 

Komentowanie wyłączone.