Katastrofa w Smoleńsku: coraz mniej zdrowego rozsądku

Kto pyta, nie błądzi?

Czas na główną część programu artystycznego, czyli pytania.

Zadaniem dziennikarza jest nie tylko ich zadawanie, ale również poszukiwania odpowiedzi. Czy pan Łukasz się tego podjął? Zastanówmy się.

Pracuje w “Fakcie”. Każdy ma swoją ocenę tej gazety, aczkolwiek nie ulegają wątpliwości dwie rzeczy – tabloid ma duży nakład oraz – o co mogę się założyć – potężną i rozbudowaną bazę kontaktów do różnych ekspertów – lekarzy, prawników, wojskowych, pilotów, meteorologów, polityków, w tym członków rządu, ministerstw, historyków i tak mogę wymieniać w nieskończoność. Jeśli nie ma ich w redakcji “Faktu”, to są do pozyskania z innych źródeł – stron internetowych, przez znajomych, przez wydawcę, a czasem nawet kogoś po imieniu i nazwisku można wyszukać poprzez Naszą Klasę, GoldenLine czy Facebooka. Jednym zdaniem: dla znanego dziennikarza to pestka.

Co robi w takiej sytuacji poważny dziennikarz mający olbrzymie wątpliwości, co do okoliczności zamachu?

Dla mnie to oczywiste – używa wszystkich swoich kontaktów i możliwości, by wyjaśnić nieścisłości, bombarduje polityków e-mailami, telefonami, zaprasza ich na wywiady, molestuje ekspertów lotniczych, pyta meteorologów, a prawników nęka o uregulowania prawne (zwłaszcza konwencję chicagowską). Próbuje też dotrzeć do ludzi ze służb specjalnych – a nuż mu coś nieoficjalnie powiedzą? Prokuratorzy, w tym pan Seremet, nienawidzą go już, bo wiedzą, że jak tylko ogłoszą konferencję prasową, pan redaktor na niej będzie i zacznie zadawać swoje niewygodne pytania. Jest inteligentny i wie, że jeżeli mu nie odpowiedzą jako dziennikarzowi, wyśle zapytanie jako obywatel, powoła się na odpowiedni przepis konstytucji i ministerstwo będzie ZOBLIGOWANE odpowiedzieć mu na zapytanie. A jeżeli pomimo tego, nie zrobią tego? Jest dziennikarzem, napisze o swoich działaniach świetny artykuł. Uparty jak Tommy Lee Jones w “Ściganym”.

Czy tak postępuje redaktor Warzecha? Niestety, robi dokładnie odwrotnie.

Najpierw publicznie stawia pytania, nie próbując dotrzeć do odpowiedzi. Przy okazji ignoruje prośby polskich i rosyjskich prokuratorów, by nie sugerować się nieoficjalnymi doniesieniami ze śledztwa, bo mogą być nieprawdziwe. Po co czekać, skoro jakaś bzdura powiedziana przez np. “anonimowego członka komisji” lub “osobę powiązaną z prokuratorami” czy “rosyjskiego świadka” może okazać się świetną okazją do spekulacji i pytań, które nie mają sensu?

Co się dzieje dalej? Czy pod wpisem pana redaktora powstaje rzetelna dyskusja na temat okoliczności, czy jednostronne pochwalanie dla tekstu i obwinianie Rosjan o zamach? Pan Warzecha “nie wyklucza żadnej możliwości”, ale jednocześnie nie ma nic przeciwko wpisom jednoznacznie przesądzającym sprawę i obrażających osoby uważające inaczej. Jeżeli ktoś go wykpi, że jest w jednej drużynie z osobami mówiącymi o namagnetyzowaniu (!) czy przejęciu sterowania nad samolotem, lub zwolenników teorii, że to wspólna operacja Tuska i Putina, z pewnością odpowie – zgodnie z prawdą – że on nic takiego nie napisał.

Tylko czy pan redaktor napisał ten tekst właśnie dla nich – to zwolennicy zamachu nabijają mu komentarze i wejścia. A potem dodaje, że to świetnie, iż jego wpis stał się miejscem wymiany poglądów i spostrzeżeń (!). Jakie były to poglądy i spostrzeżenia, każdy może sobie przeczytać. Powyższe i fakt, iż pan redaktor nie szuka odpowiedzi na pytania, upoważnia mnie to postawienia tezy, iż zależy mu nie na wyjaśnieniu sprawy, a na tzw. biciu piany.

Inne zdanie – agent wpływu?

Co jednak z tymi, którzy mają inne zdanie? Zacytujmy komentarz pana Łukasza:

(…)Napisał do mnie dzisiaj kolega, że jego zdaniem w Polsce uaktywnili się na potęgę rosyjscy agenci wpływu. A kolega nie jest wariatem ani laikiem: zna Rosję, był tam niedawno przez pięć miesięcy i jeździł po różnych jej regionach, czyta biegle po rosyjsku, siedzi na tamtejszych forach. Jeszcze kilka dni temu powiedziałbym, że ma zwidy, ale dzisiaj?
Inna sprawa, że polieznyje idioty Lenina też byli swego rodzaju agentami wpływu, o tyle lepszymi od normalnych, że nie trzeba ich było werbować ani im specjalnie płacić. Robili, co robili, z głupoty i naiwności.

Wniosek? Jak ktoś wyklucza zamach, jest albo agentem wpływu albo pożytecznym idiotą. To cenię najbardziej – uczciwie postawiona sprawa, a jak coś – zawsze można się wyprzeć, ze po pierwsze, to kolega, a po drugie, nie to miał na myśli. Przekaz do “wiernych czytelników” wydaje się jednak oczywisty. Pan redaktor się z nimi – oficjalnie – nie utożsamia, ale nie reaguje, gdy rzucają takie oskarżenia w stosunku do oponentów. Niebywałe.

Szukajcie, a znajdziecie…

W końcu przyszedł czas na odniesienie się do niektórych pytań. Pan Warzecha postanowił nie czekać na oficjalne informacje (opierał się na tych prasowych), ani również nie szukać samemu odpowiedzi. Wygodne, ale od poważnego dziennikarza należy oczekiwać więcej. Chyba, że interesuje go takie tam pitu-pitu.

Moim faworytem jest pytanie o mgłę. Pełen troski redaktor zastanawia się, czy z meteorologicznego punktu widzenia, była możliwa mgła w godzinie wypadku? Coś niesamowitego. Nawet jeżeli pan redaktor ma jakiekolwiek wątpliwości (to żenujące, iż muszę to pisać), to przecież do wyjaśnienia tej kwestii wystarczy jeden telefon do Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, ewentualnie innego miejsca.

Jaki jednak idzie przekaz w tym niezwykle obiektywnym pytaniu? Naturalność mgły ma rzekomo budzić wątpliwości, a jeśli nie było jej ze względów pogodowych, to co, może Rosjanie rozpylili? A Putin stał z odpowiednią rurką, a Tusk kręcił korbką?

Inne błyskotliwe pytanie – dlaczego pilot krążył nad lotniskiem? Doprawdy, to zachowanie w szczególności dziwi wszystkich ekspertów lotniczych. Po co on, w czasie fatalnych warunków atmosferycznych, gdy nie miał pełnego oglądu sytuacji, krążył nad lotniskiem?

Idziemy dalej – “Jak wygląda elektroniczna mapa lotniska w Smoleńsku, zawarta w systemie TAWS?” – dopytuje pan redaktor.

Znowuż, żaden ekspert lotniczy mu na to pytanie nie odpowie. Ani z “Raportu”, ani “Skrzydlatej Polski”. A może wystarczyłoby, nawet nie dzwonić do np. pana Hypkiego, a wejść na stronę producenta i sprawdzić to osobiście? Wtedy okazałoby się, iż takiej mapy nie ma w systemie TAWS Nie, to byłoby zbyt proste!

Trudno traktować pytania pana Łukasza Warzechy poważnie nie tylko dlatego, iż nie szuka odpowiedzi, ale również ze względu na ich infantylność.