Czarna sobota w Polsce i w Tajlandii. Krew na ulicach Bangkoku

Oddział policji stoi w kałuży krwi wylanej przez Czerwone Koszule na ulicy Bangkoku. Wtedy jeszcze krew polała się zgodnie z planem: została zebrana od ochotników i wylana m.in. przed parlamentem. W ostatnią sobotę to się zmieniło (Zdjęcie: vancouversun.com)
Oddział policji stoi w kałuży krwi wylanej przez Czerwone Koszule na ulicy Bangkoku. Wtedy jeszcze krew polała się zgodnie z planem: została zebrana od ochotników i wylana m.in. przed parlamentem. W ostatnią sobotę to się zmieniło: policja brutalnie rozpędzała manifestacje Czerownych Koszul (Zdjęcie: vancouversun.com)

Po chwili dostałam SMS-a od znajomego fotografa: „Straciliśmy jednego z naszych.”

Potwierdziło się to, co zasłyszałam kilka minut wcześniej. Po tej wiadomości wróciłam do „bazy” Czerwonych Koszul. Na miejscu dowiedziałam się, że postrzelono japońskiego reportera, pracującego dla agencji Reuters. Zmarł w drodze do szpitala z powodu utraty krwi. Pięciu innych znajomych dziennikarzy przyznało się, że zostali ranni podczas śledzenia sobotnich wydarzeń.

Usiadłam przed komputerem. Dostawaliśmy kolejne raporty i zdjęcia. Media jeszcze wtedy informowały o 7 ofiarach zamieszek. My już wiedzieliśmy, że było ich więcej, bo wyraźnie wskazywały na to nadsyłane fotografie. Dostaliśmy informacje o żołnierzach, którzy stracili życie – tragedia dotknęła tak wiec i „druga stronę” konfliktu. Doniesiono nam również, że siły zbrojne strzelają same do siebie: „policjant postrzelił żołnierza”, „żołnierz postrzelił żołnierza” (wśród armii i policji jest wielu zwolenników Czerwonych Koszul).

Późno w nocy zamieszki ponownie ucichły. Liderzy wrócili do 'bazy’. Nikt jeszcze nie wiedział ile osób zostało poszkodowanych w rozruchach. Czekaliśmy na potwierdzenia ze szpitali, które szybko zaczęły alarmować o przepełnieniu. Liczby poszkodowanych rosły. Następnego dnia zatrzymały się na: 23 zabitych i około 900 rannych.

Rosnące napięcie miedzy Czerwonymi Koszulami a rządem, musiało, niestety, do tego właśnie doprowadzić. Tego spodziewali się wszyscy. Pytanie nie brzmiało „czy?” tylko „kiedy?”. Od lat tak właśnie załatwia się konflikty polityczne w Tajlandii. Prowadzone wcześniej, dwudniowe negocjacje miedzy rządem a liderami Czerwonych Koszul, nie były niczym innym jak udawana przed mediami gra w „dobrych polityków”.

Tak naprawdę, żadna ze stron nie chciała ustąpić, pójść na kompromis, by złagodzić kryzys polityczny jaki dotknął kraj. Z drugiej strony, oczekiwania obu stron są tak różne, że współpraca miedzy nimi wydaje się niemożliwa (bo jak współpracować z premierem, od którego przede wszystkim oczekuje się dymisji). No i stało się: sobotnie rozruchy były najbardziej krwawymi zamieszkami w Tajlandii od 18 lat.

Sobotnie wydarzenia przyniosły rządowi wiele krytyk. Premier Tajlandii Abhisit Vejjajiva w niedzielnym przemówieniu wziął na siebie odpowiedzialność za zamieszki i ich krwawy przebieg, czyli za wysłanie uzbrojonej w ostrą amunicję armii do rozpędzenia manifestacji Czerwonych Koszul.

Jak donosiły media, podczas zamieszek widziano też uzbrojonych manifestantów. Nikt nie został aresztowany (choć wystawiono 4 nakazy aresztowania). Podczas starć z siłami zbrojnymi, Czerwone Koszule konfiskowały im broń – część została przekazana liderom Czerwonych Koszul (można ją oglądać na scenie, przy moście Panpha), część miała posłużyć Czerwonym w konfrontacji z armią.

Po tych wydarzeniach, premier Tajlandii powiedział również, ze jest gotów na kolejne negocjacje z liderami Czerwonych Koszul: zaproponował zorganizowanie wyborów w październiku (czyli wcześniej niż zapowiadał). Liderzy kategorycznie odmówili, ponawiając żądanie o jego natychmiastową dymisję. Po sobotnich wydarzeniach parlamentarna partia opozycyjna także wezwała Abhisit’a do dymisji, a przywódcy sił zbrojnych zaapelowali o pokojowe zakończenie zamieszek.

W niedzielę odbyły się ceremonie pogrzebowe dla osób, które poległy w sobotnich walkach, zorganizowane przez Czerwone Koszule. Ciała poległych zostały oddane Czerwonym, którzy w obawie przed tym, iż fakty zostaną zatajone, odebrali je ze szpitali. Liderzy wyrazili smutek i złożyli kondolencje rodzinom zabitych manifestantów, jak i najbliższym zastrzelonego w atakach reporterowi.

Pomnik Demokracji posłużył wystawie upamiętniającej sobotnie wydarzenia – można tam oglądać obrazy namalowane przez uczestników zamieszek oraz zdjęcia poległych. W pomnikowych murach dostrzec można tez dziury od strzałów. W poniedziałek ruszył konwój Czerwonych, którzy rozklejali fotografie zabitych w całym mieście.

Mimo iż premier zapowiedział, ze jest gotowy na negocjacje z liderami Czerwonych Koszul, wciąż zamierza podjąć kolejne działania, by dać kres manifestacjom, które trwają już od przeszło 4 tygodni a część protestujących nazwał „terrorystami” (czego powodem była broń w rekach kilku manifestantów).

Wciąż także mówi się o możliwym zamachu stanu. Wczorajsze media spekulują, ze mogło się już nawet tak stać – „po cichu”. Coraz więcej osób odnosi wrażenie, że premier nie kontroluje sytuacji w państwie i ze to nie on podejmuje decyzje. Takie obawy wyrazili miedzy innymi profesorowie uniwersyteccy.

Magdalena Chodownik, Bangkok