Pożegnanie z geopolityką

geopolitykaGdy z podstawową koncepcją budowania strategii polityki zagranicznej państw żegna się jeden z jej zagorzałych wyznawców, trzeba przyznać, że staje się to frapujące. Co takiego wydarzyło się na świecie, aby stwierdzić, że rozważania geopolityczne odeszły na dalszy plan?

Jeśli jest ktoś, kogo nie zna szersza publiczność, a równocześnie amerykańskie środowisko politologów zajmujących się badaniem stosunków międzynarodowych darzy respektem, to jest to Stephen Van Evera. W latach 80. redagował jedno z najpoważniejszych pism o polityce światowej – International Security, jest profesorem i wykładowcą na MIT, gdzie współtworzy czołowy w Stanach Zjednoczonych program studiów bezpieczeństwa. Niedawno opublikował swoją strategię polityki zagranicznej USA na XXI wiek w książce, w której prezentują je też inne tuzy myśli politycznej – m.in. Fukuyama, Ikenberry, Kagan.

Van Evera uważany jest za ucznia szkoły realizmu. W swoich badaniach zajmuje się głównie analizą przyczyn wojen, w których geopolityka historycznie zawsze odgrywała centralną rolę. W tym wieku jednak nie będzie, twierdzi politolog.

Przez lata, od 1917 roku do 1991, naczelnym zadaniem Ameryki było powstrzymanie jakiegokolwiek państwa przed zdobyciem dominującej roli w Eurazji. Stany Zjednoczone zaangażowały się w dwie wojny światowe, a później długą „zimną” właśnie z tego powodu. Oddzielona oceanami Ameryka miała zdobyć prymat na świecie wiążąc w stalowym uścisku pozostałe ważne, geograficznie bliskie siebie nawzajem kraje Europy i Azji. Nowe stulecie przyniosło jednak nowe wyzwania. Dziś, zdaniem Van Every, geopolityka nie przekonuje – a) Chiny, główny kandydat to roli supersiły, leżą zbyt daleko od innych ważnych państw, aby można było sądzić, że dojdzie do jakichś zatargów terytorialnych; b) podbijanie krajów generalnie przestało mieć sens – nie opłaca się; c) broń atomowa na wyposażeniu mocarstw dodaje przekonania, że lepiej nie zaczynać draki.

Mimo to świat nie pogrążył się w spokoju. Nowymi zagrożeniami są rozprzestrzenianie broni masowej zagłady, która może trafić do terrorystów, przekraczające wszelkie granice choroby i epidemie oraz zmiany klimatyczne. Nikt, żadne państwo, nie poradzi sobie z tymi problemami bez pomocy innych. Na bazie takiego przeświadczenia Van Evera buduje swoją strategię dla Ameryki. Czas na współpracę, koncert mocarstw, stwierdza.

Dlaczego ma się udać? Są dwa powody: bo wszyscy wielcy narażeni są na wymienione czynniki – z tej perspektywy korzyści ze współpracy będą większe niż koszty ewentualnego zaniechania; bo nie wymaga to budowy kolejnych skomplikowanych organizacji, lecz oparcia się na już istniejących.

Co Ameryka musi zrobić, aby osiągnąć sukces i zbudować koncert mocarstw? 1) współpracować z Chinami; 2) zdobyć zaufanie pozostałych liczących się państw; 3) przesunąć główne środki finansowe i organizacyjne na działania związane z nowymi zagrożeniami – wojna między wielkimi mocarstwami jest mało prawdopodobna, zmiany w budżecie są niezbędne.

W odpowiedzi na pytanie „jak” to zrobić, Van Evera przedstawia swoją wizję walki z terroryzmem. Zdecydowanie sprzeciwia się wielkim operacjom wojskowym; wolałby zobaczyć wzmocnienie działań wywiadowczych i oddziałów specjalnych; za istotną część walki uważa sferę dyplomacji publicznej – przekonywania do swoich idei; podkreśla potrzebę zakończenia wciąż tlących się konfliktów regionalnych (np. w Izraelu i Palestynie); widzi wspólny interes wielkich tego świata w zabezpieczaniu materiałów potrzebnych do wytworzenia broni jądrowej. Współpraca technologiczna, wymiana informacji, koordynacja działań są również, według amerykańskiego politologa, niezbędne do walki z epidemiami i zmianą klimatu.

Czy widzi na horyzoncie jakieś problemy? Tak, amerykańska demokracja ułatwia wpływanie na proces decyzyjny zorganizowanym grupom broniącym swoich interesów. Przeciwnikami współpracy mocarstw będą lobbyści z mniejszych zainteresowanych krajów, np. Tajwanu, który może wyrażać zaniepokojenie bliższą współpracą Ameryki z Chinami. Inną grupą, którą Van Evera wymienia są przedstawiciele establishmentu zajmującego się bezpieczeństwem narodowym – trudno jest zmienić ich sposób myślenia o polityce, a jeszcze trudniej podważyć interesy przemysłu zbrojeniowego. Kolejnym elementem są organizacje praw człowieka, które mogą krytycznie odnosić się do pomysłu bardzo bliskiej współpracy Ameryki z takimi reżimami jak Chiny, czy Rosja. Na koniec pozostaje amerykańska opinia publiczna. Van Evera nie ukrywa swojego zdania – pomstuje brak wiedzy o świecie w społeczeństwie, oraz podatność na ideologiczne tłumaczenia roli USA w polityce międzynarodowej.

Ostatecznie jednak strategia powinna zostać zaaplikowana, pisze autor. Jeszcze nigdy w najogólniejszych kwestiach dotyczących świata największe potęgi nie miały tak wielu zbieżnych interesów i tak mało powodów do rywalizacji. Stephen Van Evera żegna geopolitykę. Czy dobrze odczytuje trendy kotłujące się na arenie międzynarodowej w początkach XXI wieku dowiemy się w przyszłości. Historię świata ma na razie w opozycji.

6 thoughts on “Pożegnanie z geopolityką

  1. Po pierwsze, bardzo ciekawy artykuł. To rzeczewiście niesamowite, że strukturalny realista jakim jest Stephen Van Evera tak ewoluował. Jego poglądy na temat wojny to kopia poglądów klasycznych liberałów takich jak Norman Agell (The Great Illusion). Ponadto jego wiara w możliwość współpracy pomiędzy mocarstwami we wspólnym interesie przy użyciu pozamilitarnych środków przypomina poglądy takich strukturalnych liberałów jak Joseph Nye lub Robert Keohane. Mam wrażenie, że nawet jak na defensywnego realistę jego poglądy mocno ewoluowały od takich twórców jak Kenneth Waltz.
    Po drugie, mam wrażenie że Van Evera słusznie przewiduje rozwój wydarzeń. Jestem jednak bardziej sceptyczny co do wspólnoty interesów największych mocarstw. Wojna w sensie stricte militarnym pomiędzy macarstwami wydaje mi się mało prawdopodobna ale próba budowy skutecznego kocertu mocarstw we współczesnym świecie jest raczej nierealna. Musiałoby się to wiązać z przebudową istniejącego reżimu gospodarczego i bezpieczeństwa, a jak do tej pory Zachód nie chętnie dzielił się władzą. Faktem jednak jest, że coraz więcej do powiedzenia na świecie mają duże państwa i do od nich będzie zależał przyszły układ globalny.

  2. Panie Janie, przyznam się bez bicia, że Pan Van Evera nie przekonał mnie do swojej wizji „świata a-geopolitycznego”. Fakt, że rola niektórych czynników tworzących geografię polityczną ulega przewartościowaniu, nie oznacza śmierci samej geopolityki. Być może w przyszłości, kiedy większa część sfery życiowej zostanie przeniesiona do rzeczywistości wirtualnej z wszelkimi jej udogodnieniami, wtedy czynnik społeczny straci nieco na wartości. Być może, kiedy ludzkość zacznie pozyskiwać energię przy pomocy orbitalnych elektrowni słonecznych i opracuje metodę jej transferu na ziemię oraz sprawi, że rzecz będzie opłacalna, wtedy rola tradycyjnych paliw kopalnych również straci na wartości. Kiedy ludzkość opracuje metodę transferu towarów z pominięciem tradycyjnych szlaków handlowych(morskich, rzecznych, lądowych), wtedy ta, obecnie istotna, cześć składowa geografii politycznej również straci na wartości. Powstaje pytanie, czy w XXI wieku ludzkość dokona adekwatnego skoku cywilizacyjnego, pozwalającego na eliminację, obecnie fundamentalnych determinantów współczesnej geopolityki. Jeżeli tak się stanie, przyznam Panu Van Evera rację. Tymczasem, współczesna geopolityka ma się dobrze i gdyby mogła mówić, zapewne powiedziałaby, że jeszcze za wcześnie żeby jej przygotowywać nagrobek.

    Pozdrawiam serdecznie
    TomW

  3. Ciekawe spostrzeżenia Van Evera, jednak nie wiem, czy przyznając rację jego twierdzeniom, nie należy postawić przeciwnej tezy, tzn. tryumfu geopolityki, tylko że w sferze makro. W końcu, czym będzie koncert mocarstw? Znamy już z historii, nie tak dawnej zresztą, zaledwie dwa wieki, europejski koncert mocarstw. Wiemy, jak działał i że przez pewien okres czasu (zależnie od subiektywnej opinii krótszy bądź dłuższy) utrzymywał równowagę między potęgami i rozwiązywał wspólne problemy. Jednak, tutaj kłania się ofensywny realizm, potęgi w naturalny sposób dążą do zwiększenia stanu posiadania i ograniczenia potęgi pozostałych. Wraz z rozwojem technologicznym pojawiła się możliwość kolonizacji, która pogrzebała ideę utrzymywania równowagi -balansowania, będącego filarem defensywnego realizmu.

    Stąd sądzę, że o ile Van Evera może mieć rację w kwestii powstania koncertu mocarstw, myli się przy geopolityce. Ona nie znika. Przeciwnie, powraca ze zdwojoną siłą.

    pozdrawiam,
    PW

  4. Panowie, bardzo ciekawa dyskusja! Wydaje się, że Van Evera dostaje cięgi od każdego z innej strony:)

    Emil – podobnie, jak Ty mam wrażenie, że z realizmu został mu już raczej tylko racjonalizm, który też jest podstawą liberalizmu a la wymienienionych przez Ciebie Keohane & friends. Szczególnie, że wspomina o „wykorzystaniu istniejących już instytucji”, co sugeruje o ich potencjalnej dużej roli w jego strategii.

    Napisałeś, że masz wrażenie, że Van Evera słusznie przewiduje rozwój wydarzeń (koniec geopolityki), choć nie wierzysz w koncert mocarstw. Moim zdaniem wymienione przez niego zagrożenia – ponadnarodowe – będą istnieć, zdobywać znaczenie w strategii bezpieczeństwa, państwa będą szukać kooperacji w ich zwalczaniu, ale nie przebiją one tego, o czym napisał w komentarzu Tomasz (pozwól, że przejdę bez pytania na „Ty”). Chyba będziemy mieć do czynienia z ciekawym zjawiskiem – post-geopolitycznej mocniejszej współpracy w jednym wymiarze problemów, natomiast ostrej rywalizacji geopolitycznej w innym. Zastanawia mnie też jedno: jak wielkim problemem na skalę swiatową w perspektywie całego XXI wieku będzie terroryzm. Dziś nim żyjemy w dużej mierze z powodu formy wojny z terrorem, którą wybrały USA.

    Piotrek, jak widzę, zupełnie nie zgadza się z Emilem:) Widzi możliwość koncertu mocarstw, nie widzi końca geopolityki. W resztkach swojego defensywnego realizmu wymieszanego z liberalizmem Van Evera odpowiedziałby Ci tak, Piotrze: koncepcja realizmu ofensywnego (według Mearsheimera) zakłada, że nie istnieje możliwość sygnalizowania przez państwa swoich intencji, dążą one zawsze i jednoznacznie do zgniecenia przeciwnika. A przecież geopolityka może się skończyć (to już czysty liberalizm), bo państwa sygnalizując swoje intencje (np. w formie typu defensywnej broni, którą nabywają) nastawią się na współpracę (absolute gain), zamiast na grę o sumie zerowej (relative gain). Tak być może odpowiedziałby Ci Van Evera. Ale ja się z Tobą częściowo zgodzę – z geopolityką nie należy się żegnać:) i oczywiście, zupełnie nie zgodzę, że idea równowagi sił upadła:)

    Miłego dnia Wam życzę:)

    1. jan barańczak said:
      Chyba będziemy mieć do czynienia z ciekawym zjawiskiem – post-geopolitycznej mocniejszej współpracy w jednym wymiarze problemów, natomiast ostrej rywalizacji geopolitycznej w innym.

      Mam podobne przeczucia na najbliższą przyszłość :-)) Czyli wymuszona globalizacją gospodarki ekonomiczna i ekologiczna współpraca i jednocześnie konkurencja na różnych płaszczyznach, supermocarstw globalnych i kontynentalnych.

Komentowanie wyłączone.