Dramat w dwóch odsłonach – walka o tureckie media

Po zneutralizowaniu ATV-Sabah, do konfrontacji z rządem stanął największy potentat na tureckim rynku medialnym, Aydın Doğan. Ten kontrolujący 40% tureckiego rynku reklamowego właściciel popularnych kanałów telewizyjnych (Kanal D, CNNTürk), 2 z 3 najbardziej poczytnych gazet (Hürriyet , Posta) oraz szeregu mniej popularnych lecz niezwykle prestiżowych tytułów (Milliyet, Radikal, Referans) do grona otwartych krytyków AKP dołączył stosunkowo późno, bo dopiero w gorącym 2007 roku. W przeszłości flirtujący z różnymi ekipami rządzącymi, oskarżany o traktowanie ewentualnego odsunięcia od obowiązków swoich najbardziej krytycznych dziennikarzy jako karty przetargowej w negocjacjach z politykami oligarcha nie najlepiej nadaje się do roli obrońcy wolności słowa i niezależności rynku medialnego od nacisków politycznych. Okoliczności sprawiły jednak, że w takiej roli się znalazł – coraz bardziej odsunięty od wewnętrznego kręgu biznesmenów zaprzyjaźnionych z rządem, zdecydował się odważnie zaatakować politykę rządu. Przeliczył się – zaledwie dwa lata po zmianie frontu jego medialne imperium znajduje się o krok od całkowitego upadku.

Napięcie na linii Doğan-Erdoğan, choć sięga wyborów w 2007 roku, nasiliło się latem i jesienią 2008 roku, gdy media kontrolowane przez oligarchę najpierw wydawały się popierać zamknięcie AKP przez Trybunał Konstytucyjny, a następnie jako pierwsze w Turcji opisały aferę korupcyjną powiązanej z rządzącą partią fundacji Deniz Feneri, oskarżonej w Niemczech o zdefraudowanie 18mln euro. W odpowiedzi na te publikacje Erdoğan w niewybredny sposób zaatakował opozycyjne media, nawołując swoich wyborców do ich bojkotowania, porównując Doğana do Ala Capone, czy grożąc – we wrześniu 2008 roku – jego przedsiębiorstwom, że “ci, którzy rzucają korupcyjnym błotem w AKP, w tym błocie sami utoną”. Agresywne wystąpienia premiera spotkały się z ostrożną krytyką nawet ze strony niektórych sympatyzujących z nim dziennikarzy. Jak się wkrótce miało okazać, w podporządkowanym Ministerstwu Finansów urzędzie skarbowym trwało już dochodzenie w sprawie nieprawidłowości, których Doğan Holding miał dopuścić się w okresie 2005 – 2007.

Pierwszą karę urząd skarbowy nałożył 17 lutego 2008r., uznając holding winnym naruszenia przepisów ograniczających do 25% udziały zagranicznych inwestorów w tureckich spółkach medialnych. Sprawa dotyczy zawartej w 2006 roku umowy z koncernem Axel Springer, który uzyskać miał 25% udziałów w Doğan Yayın. Zdaniem Ministerstwa Finansów i regulatora rynku elektronicznego RTÜK, w rzeczywistości udziały zagranicznego partnera wyniosły 32.5%, złamano też szereg innych przepisów ograniczających prawa zagranicznych inwestorów do udziałów w stacjach telewizyjnych i radiowych. Pierwsza, nałożona w lutym kara wyniosła 490 mln$. Wysokość tej sumy, mało przejrzyste jej wytłumaczenie i okoliczności, w których podjęto decyzję o jej nałożeniu sprawiały wrażenie, że wbrew zapewnieniom premiera, sprawa w znacznym stopniu miała charakter odwetu na przeciwniku politycznym a nie rutynowej kontroli skarbowej, jak twierdził Erodğan.

Pierwsza kara okazała się dopiero początkiem problemów oligarchy. Intensywna kontrola finansów holdingu we wrześniu przyniosła dwie decyzje bez precedensu w historii tureckiej władzy skarbowej –karę w wysokości 2.5mld$, podwyższoną dwa tygodnie później do 3.3mld$, sumy wyższej niż wartość rynkowa całego należącego do oligarchy holdingu (która w ciągu ostatniego roku i tak już spadła o 1 mld$). Znowu niezwykle skomplikowane uzasadnienie kary, co do którego oceny trwają spory wśród specjalistów od tureckiego prawa podatkowego, nie pozwala laikom na obiektywną ocenę samego faktu jej nałożenia. Jej wysokość jednak – najwyższa w historii Turcji – i skutek, jaki prawdopodobnie przyniesie – bankructwo firmy i przejęcie jej przez państwowy fundusz TMSF, przynoszą na myśl wydarzenia wokół grupy ATV-Sabah. Niektórym, choćby wielu opozycyjnym dziennikarzom, praktyki stosowane w putinowskiej Rosji.

Wrześniowe decyzje władzy skarbowej wprowadziły w popłoch turecką elitę biznesu. Szefowa TÜSİAD, największego zrzeszenia przedsiębiorców zaapelowała o konieczną reformę kontroli skarbowej i wzmocnienie jej niezależności od nacisków politycznych. Rząd jej krytykę uznał za nieobiektywną – Arzuhan Yalçındağ to bowiem (jaki ten świat jest mały) córka zagrożonego bankructwem krezusa i żona dyrektora generalnego jego holdingu. Oskarżenia o zbyt ścisłe podporządkowanie aparatu skarbowego rządowi pojawiały się już jednak od dawna i pochodziły nie tylko z kręgu rozgoryczonych, bo odsuniętych od rządowych zamówień starych elit biznesu. Opinie takie pojawiały się także wśród zagranicznych inwestorów oraz międzynarodowych instytucji z Międzynarodowym Funduszem Walutowym na czele. Jeśli dodamy do tego powtarzające się oskarżenia TMSF o uleganie presji ze strony polityków przy zajmowaniu niewypłacalnych przedsiębiorstw oraz zależność wymiaru sprawiedliwości od nacisków zewnętrznych, ukaże nam się obraz kraju, w którym politycy dysponują narzędziami umożliwiającymi decydowanie o przetrwaniu lub upadku prywatnych przedsiębiorstw a to, czy z nich skorzystają zależy jedynie od ich dobrej woli. Wydaje się, że po wyborach w 2007 roku tej dobrej woli powoli zaczynać brakować…

Dalszy przebieg afery wokół finansów Doğana jest kluczowy nie tylko dla przyszłości tureckiej gospodarki, lecz przede wszystkim wolnych od nacisków politycznych mediów. Trzeba przyznać, że rządy AKP przyniosły, pomimo werbalnych ataków premiera na opozycyjnych dziennikarzy i wciąż obowiązujących przepisów ograniczających wolność słowa, okres najbardziej swobodnej dyskusji publicznej w nowoczesnej historii kraju. Prawdopodobnie nigdy dotąd nie toczyły się w mediach nieskrępowane debaty poruszające tematy tabu – jak masakry na Ormianach, dyskryminację mniejszości kurdyjskiej, autorytarny charakter kemalizmu czy rolę wojska w systemie politycznym. Lektura prasy powiązanej z rządem (w tym anglojęzycznego Today’s Zaman) udowadnia jednak, że stare tabu zastępowane jest przez tabu nowe. Media prawicowe koncentrując się na zwalczaniu wpływów wojska i “głębokiego państwa” zupełnie ignorują autorytarne tendencje obecnej ekipy, unikają obiektywnej oceny argumentów strony przeciwnej, ograniczając się do prezentowania poglądów obecnej władzy w sposób przypominający reżimowe media okresu “demokracji socjalistycznej”.

Nauczka wyniesiona ze sprzedaży grupy ATV-Sabah sprawia, że nie bezzasadne wydają się obawy o celowe doprowadzenie do bankructwa koncernu Doğana tak, by należące do niego media dostały się w ręce powiązanych z AKP przedsiębiorców. Pomimo powtarzających się zapewnień, rząd nie przedstawił dotąd reformy przepisów podwyższającej do 50% maksymalne udziały w spółkach medialnych dostępne dla inwestorów zagranicznych. Zawęża do niesłychanie liczbę potencjalnych oferentów z których część – zwłaszcza tych należących do tradycyjnej elity biznesu – zrezygnuje słusznie uważając, że angażowanie się w rynek medialny może nie tylko zaszkodzić ich pozostałym interesom, ale wręcz doprowadzić je do bankructwa tak, jak medialna część holdingu Doğana pociągnęła za sobą na dno również jego dochodowe paliwowe spółki.

Negocjacje Doğana z Ministerstwem Finansów mogą jeszcze przynieść ugodę – jak spekulują media – za cenę rezygnacji z części należących do niego tytułów (podobno może zachować tylko dziennik Hürriyet) i/lub odsunięcia od obowiązków najbardziej niechętnych rządowi dziennikarzy. W każdym wypadku tocząca się od dwóch lat batalia o tureckie media przypomina bardziej standardy panujące w Rosji, niż europejskich liberalnych demokracjach. Wbrew panującym na Zachodzie stereotypom udowadnia, że zagrożeniem dla wolności słowa przestają być osłabione w ostatnim czasie autorytarne elity laickie, a zaczyna siła uważane dotąd za reformistyczną – ekipa premiera Erdoğana. Najwyższy więc czas, by europejskie elity nieco bardziej krytycznie spojrzały na swojego negocjacyjnego partnera.