Co zrobiliśmy naszym żołnierzom?

Świat oburzony jest brutalnością ofensywy na Strefę Gazy i zachowaniem izraelskich żołnierzy. W wiadomościach nie przeczytamy jednak o tym, co tak naprawdę zamienia tych młodych ludzi w zabójców. I to nie tylko w armii Izraela.

W ostatnich tygodniach media szeroko komentowały doniesienia z obozu izraelskiej armii. Najpierw żołnierze przyznali się, iż w trakcie styczniowej ofensywy w Strefie Gazy zabijali cywilów i ubliżali godności Arabów. Niedawno świat obiegły informacje i zdjęcia koszulek, które nosili rekruci kończący trening snajperski w jednej z izraelskich akademii.

Kontekst konfliktu, liczba ofiar po stronie palestyńskiej oraz metody użyte przez Żydów, takie jak zastosowanie pocisków fosforowych i bomb ze zubożonym uranem spowodowały, że operacja Płynny Ołów od samego początku spotkała się z falą krytyki. Nawet zwolennicy Izraela musieli przyznać, iż zasada proporcjonalności odwetu została zdecydowanie zignorowana przez rząd w Jeruzalem. Przytoczone na początku artykułu doniesienia wywołały, nie bez przyczyny zresztą, kolejne kanonady potępienia wobec Żydów, często zawierające bardzo niepoprawne politycznie określenia i porównania.

Artykuł ten nie ma jednak na celu kolejnej zabarwionej emocjami analizy wydarzeń w tej części Bliskiego Wschodu. Piszący te słowa jest głęboko przekonany, że w niedawnych skandalicznych doniesieniach znaleźć można drugie dno, którego nie dostrzeżemy w depeszach agencyjnych. Zdania takie jak: ”Czuliśmy, że życie Palestyńczyków jest dużo, dużo mniej ważne od naszego” oraz koszulkowe slogany typu ”Niech każda arabska matka wie, że los jej syna leży w moich rękach” nie są dowodem na niekontrolowane zezwierzęcenie czy moralną degradację izraelskiego wojska. To, co tak bardzo zszokowało świat, jest jedynie odzwierciedleniem procesu, który od stuleci zachodzi w najróżniejszych społeczeństwach. Procesu, który, w zamierzeniu, miał służyć naszemu bezpieczeństwu. Procesu, dzięki któremu nauczyliśmy się zamieniać naszych żołnierzy w zabójców, czyniąc z nich to, na co tak często dzisiaj patrzymy z pogardą. Zmierzmy się z tym drugim dnem.

Jak to, nie chcesz zabijać?

Wielkie było zdziwienie S.L.A. Marshalla, generała brygady i głównego historyka amerykańskiej armii na okres II Wojny Światowej i Wojny Koreańskiej. Z przeprowadzonych przez niego rozmów z setkami żołnierzy wywnioskował, że tylko 15 do 20 proc. szeregowców walczących w trakcie Drugiej Wielkiej Wojny kiedykolwiek użyło swojej broni podczas konfrontacji z wrogiem. Wynik ten tak bardzo zaskoczył doświadczonego badacza, iż zlecił dużej grupie historyków pracujących dla niego przeprowadzenie podobnych rozmów z tysiącami mężczyzn i kobiet, którzy brali udział w akcjach w Europie i na Pacyfiku. Rezultaty były takie same – nie więcej niż piąta część żołnierzy użyła broni podczas walki. Z przeprowadzonych wywiadów oraz własnych doświadczeń z Pierwszej Wojny Światowej Marshall sformułował konkluzje, które opublikował w książce ”Men Against Fire”. Jednym z jego głównych założeń było stwierdzenie, iż ”przeciętny, zdrowy człowiek (…) ma w sobie tak duży wewnętrzny opór przed zabiciem drugiego człowieka, że nie zrobi tego z własnej woli, jeśli tylko ma szansę tego uniknąć”.

Studium S.L.A. Marshalla zainspirowało amerykańskiego psychologa-historyka, podpułkownika Deve’a Grossmana do dokładniejszego przeanalizowania tematu. Po wielu latach badań opublikował rewolucyjną książkę ”On Killing: The Psychological Cost of Learning to Kill – In War and Society”. W pracy tej opisuje on dokładnie między innymi procesy psychologiczne związane z zabijaniem na polu walki oraz metody kondycjonowania (ang. conditioning) i odczulania (ang. desensitization) żołnierzy w celu zwiększenia ich skuteczności bojowej.

Według Grossmana, najbardziej traumatycznym czynnikiem oddziaływującym na żołnierza na polu walki nie jest strach związany z możliwością utraty życia, lecz narzucone na niego oczekiwanie, iż będzie w stanie odebrać życie innemu człowiekowi. Kolejnym skrajnie stresującym bodźcem jest obawa, iż żołnierz zawiedzie swoich towarzyszy broni oraz dowódców właśnie dlatego, iż nie będzie w stanie pokonać tej naturalnej niechęci do zabijania. Nietrudno zauważyć, że taki szeregowiec biegnie po błędnym kole.

Co zrobimy z Johnym, który-nie-chce-zabijać?

Druga Wojna Światowa była dla amerykańskiego establishmentu wojskowego momentem rewolucyjnym nie tylko ze względu na społeczne i polityczne przemiany, które przyniosła. Przed wojną powszechną była wiara, że przeciętny szeregowiec będzie walczył i zabijał na polecenie swojego rządu tak długo, jak będzie to wymagane. Doświadczenia wojny rozpoczętej dla Amerykanów w 1941 roku pokazały, że założenia te były błędne. W trakcie konfliktu ponad 800 tysięcy Jankesów zostało sklasyfikowanych podczas procesu rekrutacji jako 4-F, czyli niezdolni do służby wojskowej. Pomimo takiej selekcji, amerykańskie siły zbrojne w trakcie czterech lat walk straciły kolejne 504 tysiące żołnierzy, którzy cierpieli na psychologiczne załamanie. Jak pisze Grossman, ”w pewnym momencie liczba osób odsyłanych do domu była wyższa niż ilość nowych rekrutów”.

Zestawienie tych danych z odkryciami Marshalla dało wojskowym jasno do zrozumienia, iż konieczne są rewolucyjne zmiany w podejściu do treningu żołnierzy. Przygotowanie psychologiczne żołnierza stało się co najmniej tak samo ważne jak jego fizyczna sprawność i nowoczesne wyposażenie. Co powinniśmy rozumieć poprzez ”przygotowanie psychologiczne”? Jest to zastosowanie odpowiednik technik kondycjonowania, odczulenia i zmniejszania poczucia winy szkolonego rekruta. Ujmując to prościej, jest to psychologiczne ukształtowanie zabójcy.

Rol L. Swank i Walter E. Marchand w głośnym studium ”Combat Neuroses: Development of Combat Exhaustion” z 1946 roku zaobserwowali, iż 98 proc. żołnierzy zachowuje pełną sprawność bojową przez 7 dni ciągłych działań wojennych, natomiast po 21 dniach zaczynają wykazywać oni symptomy niebezpiecznego wycieńczenia psychicznego. U 2 proc. żołnierzy, którzy zaprezentowali znacznie większą psychologiczną wytrzymałość na trudy walk, badacze zauważyli ”predyspozycje w kierunku rozwoju agresywnych psychopatycznych osobowości”. Oznacza to, iż tylko 2 proc. żołnierzy to potencjalne ”maszyny do zabijania”, tak pożądane przez wojskowych. Resztę należy w takie postacie przemienić.

Kondycjonowanie

Głównym celem kondycjonowania jest wyrobienie u żołnierza odruchów, które zastąpią proces racjonalnej kalkulacji. Założenie jest takie, że nowoczesny żołnierz w sytuacji zagrożenia ma po prostu strzelać, a nie myśleć o tym, że może zabić istotę ludzką. Proces kondycjonowania zacząć musi się na samym początku treningu żołnierza. Dawniej używane okrągłe tarcze strzeleckie zastąpiono kartonowymi figurami ludzi. Jednym z podstawowych ćwiczeń w armii amerykańskiej jest strzelanie do takich właśnie figur, które niespodziewanie wyskakują z różnych miejsc.

Niczym w słynnym eksperymencie Pawłowa, w którym pies dostawał nagrodę za określone zachowania, tak i tutaj żołnierz, który bez wahania strzela do obiektu z daleka przypominającego człowieka, otrzymuje nagrodę, na przykład przepustkę na spotkanie z dziewczyną. Niekiedy używa się nawet bardziej realistycznych celów, takich jak uniformy napełnione balonami lub drobnymi kanistrami z czerwoną farbą. Po pewnym czasie żołnierz wyrabia w sobie odruch strzelania do pojawiającego się obiektu, tak jak wprawny karateka automatycznie blokuje kopnięcie – bez myślenia i wahania.

Odczulenie

Oczywiście, strzelanie do nawet najbardziej ludzko wyglądających obiektów nie jest tym samym, co strzelanie do człowieka. Kolejnym zatem krokiem do stworzenia ”perfekcyjnego żołnierza” jest sprawienie, by ten przestał postrzegać potencjalnego przeciwnika jako osobę oraz wyrobienie nieczułości na ludzkie cierpienie.

Pierwsze osiąga się poprzez zwiększenie emocjonalnego dystansu do ofiary. Grossman opisuje cztery rodzaje emocjonalnego dystansu: kulturowy, moralny, socjalny i mechaniczny. Powiększenie pierwszego z nich osiąga się poprzez podkreślanie rasowej i etnicznej wyższości, dzięki czemu można odczłowieczyć swojego przeciwnika. Wszyscy wiemy, kto był największym mistrzem tej techniki. Trevor N. Dupy, znany wojskowy historyk pisał, iż w trakcie Drugiej Wojny Światowej Niemcy zadawali Amerykanom i Brytyjczykom straty wyższe o 50 proc niż tamci zadawali im. Z badań Samuela A. Stouffera przeprowadzonych w trakcie tego samego konfliktu wynika, że 44 proc. amerykańskich szeregowych deklarowało chęć zabicia Japończyka, podczas gdy tylko 6 proc. miało podobne plany wobec Niemców. Japończycy, z powodu różnic kulturowych i etnicznych wydawali się Amerykanom mniej ludzcy.

Dystans moralny pojawia się, gdy żołnierz uwierzy, że walczy dla ”wyższego dobra” – obrony narodu, świata, wartości lub prawowitej zemsty. Niekwestionowanymi liderami w tej kategorii są Amerykanie, ratujący świat przed plagami komunizmu, terroryzmu, narkotyków i inwazjami kosmitów. Wspomniane pozostałe dwa typy dystansu są nieadekwatne dla tego artykułu. Ich dokładny opis znaleźć można w książce Grossmana.

Odczulenie żołnierza na ludzkie cierpienie polega na doprowadzeniu naszego sołdata do stanu, gdy widok agonii, rozpaczy czy rozszarpanych wnętrzności nie będzie wywierał na nim żadnego wrażenia. Osiąga się to poprzez pokazywanie rekrutom brutalnych filmów, obrazów, używanie określonej retoryki – ”ścierwo” zamiast ”ciała”, ”flaki” zamiast ”wnętrzności”. Peter Watson w książce War on the Mind: The Military Uses and Abuses of Psychology” przytacza słowa psychiatry z rangą komandora, dr Naruta, jednego z naukowców pracujących dla amerykańskiego rządu. Brał on udział w opracowaniu techniki desensytyzacji polegającej na tym, że żołnierz musiał oglądać nadzwyczaj brutalne sceny, które z czasem stawały się coraz okrutniejsze. Nowinką w tym przypadku było to, iż głowa rekruta umieszczony była w ramach, które uniemożliwiały jej poruszanie, a jego powieki były podtrzymywane przez specjalne urządzenie. Scena niczym z ”Mechanicznej Pomarańczy” Kubricka, nieprawdaż? Rząd amerykański naturalnie zaprzeczył tym rewelacjom, jednak Watson przedstawia całkiem przekonywujące dowody.

5 thoughts on “Co zrobiliśmy naszym żołnierzom?

  1. Dawno temu zagadnienie to – ale mniej obszernie i szczegółowo – opisywała Polityka. To, co zapamiętałem do dziś z tamtego artykułu jest to, że po badaniach pól bitew z czasów wojen napoleońskich (być może to te same badania na które się powołujesz), balistycy stwierdzili, iż ówcześni żołnierze zazwyczaj – specjalnie! – strzelali w niebo lub w ziemię, a nie w przeciwnika. Bodajże zaledwie co piąty pocisk był w ogóle wystrzeliwany w taki sposób, że mógłby trafić wroga (przy czym z tych 20% też tylko pewna część trafiała). Po prostu większość ludzi ma naturalne opory przed zabiciem drugiego człowieka, nawet na odległość.

    Później – "dzięki" praktykom takim jak te, które opisujesz, oraz temu, że walka zaczęła toczyć się na coraz większy dystans, opory zaczynały znikać.

    Pozdrawiam,

    Artur

  2. Nie czytałem tamtego artykułu, ale możliwe, że mieliśmy podobne źródła. Rozwinę trochę temat, bo jest to całkiem interesujące:

    Żołnierze w czasach napoleońskich lub cywilnowojennych nie tylko strzelali w powietrze. Bardzo częstą praktyką było również udawnie, iż w ogóle oddali strzał. Po prostu, stojący w szeregu żołnierz, zamiast nacisnąć spust, markował strzał i ładował broń ponownie lub udawał że to robi. F.A. Lord w książce Civil War Collector's Encyclopedia pisze, że po bitwie pod Gettysburgiem 27574 muszkiety zostały zebrane z pola walki. 90 proc. było załadowane, 12 tys. miało w środku więcej niż jedną kulę. O ile możemy przyjąć, że w ferworze walki można przypadkowo nie zauważyć, że broń nie wypaliła i załadować ją niepotrzebnie drugi raz, albo że żołnierz po prostu nie oddał strzału przed upuszczeniem broni (chociaż oddanie strzało to tylko chwila). Dalsze statystyki dostarczają zaskakujących danych – 6 tys. z tym broni było załadowanych 3 do 10 razy, a rekordzista zmieścił w lufie 23 kule! 😀

    Co do skuteczności broni – w tym okresie Prusacy przeprowadzali ćwiczenia, z których wyszło, że celność ówczesnej broni wynosiła około 25 proc na 225 jardów, a 60 proc. na 75 jardów. Wg badań Paddy Griffith średnia skuteczność regimentów (czyli kilkuset strzelców) podczas Wojny Cywilnej, która teoretycznie powinna być podobna do tej osiąganej przez Prusaków na treningach, wynosiła 1-2 trafienia na minutę! Wiadomo, stres itd., ale… Oczywiście, w tych walkach ginęły tysiące ludzi, ale to dlatego, że wymiana ognia potrafiła trwać cały dzień, a ciężka artyleria była odpowiedzialna za 50% wszystkich ofiar śmiertelnych.

    Problemy ze zmuszeniem człowieka do zabijania innych osób widzieli już Spartanie. Jednym z głównych elementów ich treningów było uwarunkowanie żołnierza w ten sposób, by zamiast atakować przeciwnika mieczem z zamachu, próbował go dźgnąć. Wbicie ostrza w ciało jest dużo bardziej śmiertelne, gdy uszkadza organy wewnętrzne i często powoduje paraliż, natomiast ,,haknięcie" często nie było w stanie przebić się przez zbroję lub kość. I nawet ci twardzi Spartanie, trenowani od dziecka, mieli z tym problemy, gdyż jak pisze Grossman, ruch dźgnięcia (pchnięcia, wejść w ciało drugiej osoby) wywołuje w mózgu skojarzenia z… Seksem.

    Kolejnym ważnym elementem jest widok twarzy ofiary. Nie bez powodu naziści czy komuniści strzelali w tył głowy, a skazani na śmierć przez powieszenie lub rozstrzelanie mają na głowie kaptur lub worek. Sun Tzu i Clausewitz też wspominali, że najcięższe straty zadaje się uciekającemu wrogowi. Włącza się w nas wtedy prawdopodobnie zwierzęcy instynkt ścigania, który zmniejsza opór przez zabijaniem.

    Kurde, zrobił się z tego kolejny artykuł 😉

    Pozdrawiam

  3. Polecam książkę Littela "Łaskawe". To wprawdzie powieść, ale autor czytał tysiące listów SS-manów, aby wejść w ich psychiki i napisał książkę, w której narratorem w pierwszej osobie jest oficer SS, który min. organizował masowe egzekucje. Wielu Niemców nie znosiło widoku śmierci i uczestniczenia w masowych egzekucjach. Stworzono specyficzną nazistowską nowomowę, używającą słów: "konieczność", "nieuchronność" itd. Mimo, że te słowa wytrychy to oceny, a nie fakty, miały swoją wymowę i wpływ na ludzi. Zbudowano sprawnie działający mechanizm decyzyjny i wykonawczy, aby opór poszczególnych ludzi zminimalizować.

    Nie zapominajmy także o tym, że funkcjonowanie w skrajnym stresie (wielomiesięczne przebywanie pod ostrzałem) i codzienny widok śmierci zobojętnia. Wtedy łatwiej strzelać, nawet widząc twarz umierającego człowieka.

    Pozdrawiam,

    masz_68@interia.pl

  4. Bardzo ciekawy artykuł. Bardzo ważny problem.

Komentowanie wyłączone.