Wschodnia Ukraina: bo liczy się spokój

Ilość pomników Lenina nie tylko na pierwszy rzut oka różni wschodnią Ukrainę od zachodniej części kraju, ale jest również symptomem głębszego zjawiska, przez które swojego planu wobec tego regionu nie zrealizował ani Putin, ani nie zrobiła tego Ukraina.

Fot. Jakub Wojas
Fot. Jakub Wojas

Pomnikowa granica

W ciągu ostatniego roku z terytorium Ukrainy usunięto ich już dość sporo. Jednak nie wszystkie. Ich trwanie wyznacza de facto granicę między „zachodnią” a „wschodnią” Ukrainą. Między jej proeuropejskim a prorosyjskim obliczem.

Pomniki wodza rewolucji Włodzimierza Ilicza Lenina, bo nich mowa, jeszcze niedawno rozsiane po całej Ukrainie, dziś można spotkać regularnie gdzieś dopiero od obwodu połtawskiego. Niekiedy są pomalowane w niebiesko-żółte barwy, a niekiedy – jak w Kramatorsku – nawet i to nie. Porewolucyjny i patriotyczny nastrój wywrócił wiele z nich, lecz na pewnych obszarach Ukrainy okazał się na nie za słaby i – co znamienne – chodzi tu o te tereny, które jeszcze wiosną 2014 r. miała obejmować tzw. Noworosja. Tutejszym mieszkańcom Lenin nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie: – Porządny człowiek, co Ci z Kijowa od niego chcą? – pytają.

Trwanie pomników Lenina jest to jedynie symptom pewnego społecznego zjawiska, które trawi ten region. Przez nie swojego planu nie zrealizował Putin, na nim także zawodzi się Ukraina.

Ukraina? Nie, ale separatyści też nie

W pociągu relacji Konstantinówka – Kijów sześćdziesięciokilkuletni emeryt Jura z Kramatorska przegląda starą gazetę daną mu przez współpasażera Wiktora ze Słowiańska. – Patrz pan, rok temu, w tym Słowiańsku, sami ukraińscy patrioci, a jak przyszło co do czego to wyszli z nich separatyści. – mówi. Wiktor nie odpowiada. Jest starszy od Jury. Jedzie aż do Kijowa, co jest dla niego prawdziwym wyczynem, bo już od wielu lat nie rusza się poza obręb swojego miasta. W kubku rocznicowym Wielkiej Wojny Ojczyźnianej popija alkohol. W rozmowach na temat obecnej wojny potępia obie strony, ale bez jakiejś specjalnej zajadłości, a nawet z obojętnością. Z zaciekawieniem tylko pyta: – A w Kramatorsku to dużo zniszczeń? Bo u nas to dużo. Poza tym, wydaje się że wielka polityka nie dla niego. No, może poza nostalgią za „Sowieckim Sojuzem”. Na widok ruin jakiegoś gmachu w jednym z miast mówi: – O proszę, ZSRR budowało, a Ukraina zniszczyła.

Tu, na wschodzie Ukrainy, Wiktor nie jest wyjątkiem. Wręcz przeciwnie. Jest on w pewnym sensie reprezentantem dość specyficznej postawy dla tego regionu.
Do letniej ofensywy ukraińskiej zarówno Kramatorsk, jak i Słowiańsk były jeszcze pod władzą separatystów. To drugie miasto rywalizowało nawet o laur rebelianckiej stolicy. Jednak nawet tutaj, i podobnie jak w wielu innych miejscach południowej oraz wschodniej Ukrainy, nie zostało wzniecone prorosyjskie powstanie na które liczył Kreml. Ogień ze Słowiańska i Kramatorska był za słaby nie tylko by przenieść się w pozostałe miejsca, ale też by móc utrzymać się u siebie.

Po odbiciu miast przez armię ukraińską ich mieszkańcy poddali się biegowi wypadków. Pomimo że część przeszła na stronę separatystów to reszta nie stawiała powszechnego oporu i nie robiła akcji dywersyjnych. Separatyści byli, ale teraz już ich nie ma. Tyle.

Michaił jest Gruzinem od dwudziestu lat mieszkającym w Kramatorsku. Co roku jeździ do Gruzji i choć przyznaje, że tam jest lepiej, to mimo wojny zostaje na Ukrainie. Tu ma dom, rodzinę, pracę.
– A jak to jest z tutejszymi mieszkańcami? Kogo oni w końcu popierają? Separatystów czy Ukrainę? – pytam.
– Ani tych, ani tych. Nie ważne kto będzie rządził. Czy separatyści, czy Ukraina. Ważne, żeby był spokój. Żeby można było spokojnie żyć, pracować. Reszta już jest po prostu obojętna.

Ukraiński spokój, noworosyjska niepewność

W obawie przed atakiem terrorystycznym bądź dywersyjnym posterunek na kramatorskim dworcu został wzmocniony o kilku dodatkowych ludzi. – Dzień dobry, czy możemy prosić pana dokumenty? – w ten sposób ukraińscy milicjanci zwracają się do każdego mężczyzny . W razie wątpliwości natychmiast sprawdzają delikwenta w swoich kartotekach, dzwonią do jego zakładu pracy i miejsc, w których przebywał.  Jest to jednak jak na razie jedyna niedogodność jaka może spotkać kogoś przebywającego w Kramatorsku. Poza tym, jest tu upragniony spokój.

Kramatorsk jest jednym z punktów wypadowych na ukraiński front. Jakby w kontrze dla pobliskiego Słowiańska, który był jedną z siedzib separatystów, to tutaj mieści się sztab ukraińskiej operacji antyterrorystycznej (w skrócie ATO). Podobnie jak większość miast regionu jest to także ośrodek przemysłowy. Gołym okiem jednak widać, że główne zakłady swój okres świetności przeżywały dawno temu, w czasach sowieckich.

Samo miasto nie ucierpiało znacznie w dotychczasowej wojnie. Wszystko działa dość normalnie: ludzie chodzą do pracy, dzieci do szkoły, można pójść do kawiarni, restauracji, pospacerować po parku i usiąść pod pomnikiem Lenina, widząc jednocześnie nieco dalej zapewnienie na billboardzie, że „Kramatorsk to Ukraina”. Jedynie przez odnowiony w zeszłym roku dworzec kolejowy nieustannie przewijają się żołnierze, dziennikarze i obserwatorzy OBWE, świadcząc o tym, że gdzieś niedaleko coś się dzieje.

Powszechne jest wrażenie, że spodziewana niedługo ofensywa rosyjska pójdzie na południe, na Mariupol, aby wyrobić korytarz na Krym. Problem w tym, że po ostatnim porozumieniu cała ukraińska linia obrony jest znacznie osłabiona. Kramatorsk leży od niej jakieś 70 km. Jeden poważny atak i znów to miasto może być zagrożone.

Mieszkańcy separatystów nie będą tutaj witać kwiatami, ale bronić miasta raczej też nie zamierzają. „Skoro Ukraina nie daje sobie rady to czemu jej pomagać? Wystarczy, żeby separatyści zapewnili spokój i stabilizację” – każda klęska Ukraińców tylko umacnia takie przekonanie.

Na korzyść Ukrainy gra jednak jedna zasadnicza rzecz. To co obecnie się dzieje w separatystycznych republikach, czyli powstanie państw o charakterze niemalże mafijnym, jest daleko bardziej gorsze od sytuacji na terenach pod, jak określa to rosyjska propaganda, „faszystowską kontrolą”. Poznanie zatem prawdziwego oblicza Noworsji paradoksalnie może obudzić ukraińskiego ducha tam, gdzie nadal jeszcze towarzysz Lenin jest bohaterem.