Wojna polsko-ruska pod flagą niebiesko-żółtą. Część II: polityka europejska czy jagiellońska?

Wojna na Ukrainie spowodowała, że  Polska i Rosja znów znalazły się na kursie kolizyjnym. Nie był to jednak gwałtowny zwrot, lecz nieustanny proces zapoczątkowany przez Partnerstwo Wschodnie.

Raport „Wojna polsko-ruska pod flagą niebiesko-żółtą, czyli pułapki polskiej polityki wschodniej (2015)”:

Europejska w formie, jagiellońska w treści

Partnerstwo Wschodnie stanowił następny punkt zmiany w polskiej polityce wschodniej, jaki dokonał się za rządów koalicji PO-PSL. Krytycy polskiej dyplomacji tego okresu zarzucają jej całkowite oddanie pola Unii Europejskiej w dziedzinie polityki wschodniej. Polska jednak „w tym oddaniu pola” próbowała zrealizować pewien koncept.

Warszawa wyraźnie starała się uzyskać jak największy wpływ na politykę wschodnią Unii. Już 2008 r. szef polskiego MSZ w imieniu UE odbywał wizyty w przyszłych krajach Partnerstwa. Samo Partnerstwo zresztą nie stanowi niczego innego jak wpisanie polskich celów na Wschodzie w szatę unijną. Nie jest to jednak niczym nowym polityce zagranicznej. Tę sztukę do perfekcji opanowało chociażby RFN, które jeszcze w czasach zimnej wojny, gdy  miało ograniczone pole manewru i mniejszy potencjał niż obecnie starało się realizować swoje projekty pod sztandarami wspólnotowymi. Podobnie teraz polska siła przebicia pod płaszczykiem unijnym jest zdecydowanie dużo większa niż w pojedynkę.

Partnerstwo Wschodnie często było i jest krytykowane za niewielki budżet oraz brak konkretnej treści. Pomijając już fakt nieścisłości tych opinii, wystarczy zwrócić uwagę tylko na jeden aspekt tej inicjatywy. Oferowało ono możliwość zawarcia umowy stowarzyszeniowej z UE. Właśnie odmowa podpisania tego dokumentu przez prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza stała się bezpośrednią przyczyną rozpoczęcia protestów na kijowskim Majdanie. Partnerstwo dało nadzieję i wizję integracji z Zachodem, kiedy wydawała się ona już na wyciągnięcie ręki to została brutalnie odtrącona przez tego, który ją obiecywał. To musiało się spotkać z reakcją. I choć potem Euromajdan przerodził się w protesty antysystemowe, to proeuropejskość tego ruchu była widoczna do końca. Czy bez Partnerstwa Wschodniego prozachodni zwrot Ukrainy byłoby możliwy?

Warto sobie także przypomnieć jak wyglądała współpraca między UE a państwami Partnerstwa przed przyjęciem tej inicjatywy. Jeżeli gdzieś możemy mówić o braku konkretów to właśnie wtedy. Partnerstwo zaproponowało realizację określonych projektów, cel doraźny, czyli umowy stowarzyszeniowe, a także ustanowiło instytucje szczytów Partnerstwa Wschodniego, czyli stały punkt w agendzie Unii. Pomimo że nie był to pierwszorzędny projekt Wspólnoty to udało mu się wprowadzić sprawę Europy Wschodniej na jej forum, a sama UE na tym obszarze zaczęła funkcjonować jako podmiot.

Z Berlinem pod rękę

Kolejnym elementem zmiany w tej układance były Niemcy. Żeby zrealizować plan polityki wschodniej – europejskiej w formie, a jagiellońskiej w treści – Warszawa zdecydowała się zacieśnić swoje relacje z Berlinem. Wiązało się to z przyjęciem w wielu kwestiach roli junior partnera wobec zachodniego sąsiada, co przy asymetryczności potencjałów obydwu państw było trudne do uniknięcia.

Tym samym Polska mając znormalizowane stosunki z Rosją i jednocześnie inicjując projekty skierowane do krajów strefy postradzieckiej w porozumieniu z Niemcami mogła uzyskać zdecydowanie większy wpływ na politykę UE wobec Wschodu, polegającej na europeizacji całego obszaru, jak ujął to minister Sikorski, „daleko hen, aż po granice Chin i Korei”. O ile jednak niemieckie Partnerstwo na rzecz Modernizacji skierowane do Rosji zakończyło się fiaskiem to Partnerstwo Wschodnie pewne swoje cele osiągnęło.

Nie zważając na to, co do dziś nierzadko jeszcze się mówi o polityce wschodniej w latach 2008-2014 to trzeba zaznaczyć, że nie stanowiła ona odejścia od doktryny Giedroycia, lecz właściwie powrót do jej źródeł. Fundamentalne założenia tej idei opierały się bowiem na trzech nierozerwalnych punktach,  czyli:
1. pełnym porozumieniu polsko-niemieckim;
2. uznaniu niepodległości i granic: Ukrainy, Białorusi i Litwy oraz podkreśleniu strategicznego znaczenia niepodległości tych państw dla trwałości niepodległości Polski;
3. dążeniu do poprawy stosunków z Rosją.

Łatwo zauważyć, że założenia te są zbieżne z działaniami polskiej dyplomacji w tym okresie.

Polska – potencjalny sojusznik Rosji

Wojna na Ukrainie spowodowała, że  Polska i Rosja znów znalazły się na kursie kolizyjnym. Nie był to jednak gwałtowny zwrot, lecz konsekwentny proces, który się rozpoczął wraz z  działaniami zmierzają do storpedowania przez Moskwę jednego z głównych celów Partnerstwa, czyli podpisania umów stowarzyszeniowych. Z czasem Rosja zaczęła się zachowywać dla Polski nie tylko w sposób nieakceptowany, ale wręcz zagrażający jej bezpieczeństwu. Podjęta potem przez Warszawę antyrosyjska retoryka miała na celu skoncentrowanie na tym regionie więcej uwagi NATO i UE. Teraz, w odróżnieniu od okresu „resetu”, był na to podatny grunt.

Jednakże, jak słusznie zauważył w połowie 2014 r. Jarosław Kaczyński, Polska nie podjęła  „krucjaty antyrosyjskiej”. Warszawa koncentrowała się bardziej na wspieraniu Ukrainy i reakcji na konkretne działania Rosji. Polska dyplomacja dostosowała się tylko do zmieniających się okoliczności. Najlepiej wyraził to w jednym z wywiadów Radosław Sikorski, który powiedział:

„przez ostatnie pół roku [tj. od początku 2014 r. – przyp.red.] sporo się zmieniło, więc nie ma co się dziwić, że zmieniła się też nasza retoryka. Ale jeśli Rosja zmieni swoje stanowisko i wróci na ścieżkę współpracy, będziemy pierwszymi, którzy się z tego ucieszą.”

W tym samym czasie Moskwa także dawała Warszawie pewne sygnały na możliwość wspólnego porozumienia w sprawie Ukrainy.

Podczas przyjmowania listów uwierzytelniających od nowej polskiej ambasador w Moskwie Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz prezydent Władimir Putin stwierdził, że Polska i Rosja powinny „podnieść swoje stosunki na nowy poziom, a przy wzajemnym szacunku i pragmatyzmie można rozwiązać problemy”. Po odwołaniu projektu roku polskiego w Rosji i rosyjskiego w Polsce Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej stwierdziło, że mimo tego będzie dążyło do umocnienia stosunków z naszym krajem. W czerwcu 2014 r. odbyło się również spotkanie Trójkąta Królewieckiego. Ba, nawet w telewizji rosyjskiej pojawiły się reportaże o Polsce jako kraju miodem i mlekiem płynącym – nowej potędze, która kreuje polityką wschodnią UE. Nie oznacza to, że stosunki polsko-rosyjskie były wówczas dobre, jednak Kreml wyraźnie wskazywał, że drzwi przed nami do końca nie zamyka.

Rosja chętnie widziałaby Polskę jako sojusznika w sprawie Ukrainy. To, że Polska była niegdyś wielkim mocarstwem i to, że pamięć o tym jest w naszym kraju wciąż żywa nie jest dla niej bez znaczenia. W gruncie rzeczy w pewnych aspektach polityki w Europie Wschodniej oba kraje są do siebie bardzo podobne. Jak dwie strony tego samego medalu. Po 1989 r. zrezygnowaliśmy ze swojego drang nach Osten i przyjęliśmy inny sposób myślenia wobec tego obszaru, a przecież mogło/może być inaczej.

Ślady naszej kultury

W powieści Jarosława Iwaszkiewicza „Sława i chwała” jest taka scena, kiedy jeden z głównych bohaterów Józio Royski jako żołnierz III Korpusu Polskiego na Wschodzie na widok polskiego dworku gdzieś na dalekiej Ukrainie mówi do swojego przyjaciela i towarzysza broni Janusza Myszyńskiego: „wszędzie widać ślady naszej kultury”.

Tę frazę przypomniałem sobie, gdy w okolicach Nowoołeksijiwki nad Morzem Azowskim, czyli na terenach które nigdy do Rzeczypospolitej nie należały, zobaczyłem XIX-wieczny budynek bliźniaczo przypominający polski dworek. Było to w czasie, kiedy przed blokowanymi przez „zielone ludziki” bazami na Krymie miejscowi przekonywali mnie, że Polska wzorem Rosji powinna też sięgnąć „po swoje” na Ukrainie. Chodziło tu głównie o zachodnią część tego państwa, gdzie ich zdaniem właśnie najwięcej śladów polskiej kultury. Wątek ten zresztą zawsze pojawiał się w rozmowach z ludźmi o zapatrywaniach prorosyjskich od Krymu po Donbas. — Polak? Po co wy trzymacie z tą Ukrainą? – pytali.

No właśnie po co? Przecież Polska na Wschodzie pozostawiła nie tylko ogromne dziedzictwo, które stanowi nierozerwaną cześć polskości, ale również własnych rodaków. W II RP Polacy nie mogli pogodzić się z utratą ziem naddniestrzańskich, a my lekką ręką wyrzekliśmy się terenów, które jeszcze 300 lat temu były nie kresami, a centralną częścią Rzeczypospolitej.

Polska to nie Rosja. Jesteśmy członkiem NATO i UE i zmiany granic są niemożliwe, ale można sobie wyobrazić, że Warszawa domaga się autonomii lub przywilejów dla Polaków na Ukaranie, „specjalnej ochrony” dla pozostawionej tam naszej spuścizny kulturowej oraz  popiera pomysł federalizacji Ukrainy. Korzystając ze słabości sąsiada można by było przecież coś ugrać, wyciągnąć dla zabezpieczenia polskich interesów. Jest to wizja nęcąca, ale jednak złudna.

Rosja rzeczywiście najchętniej pozbyłaby się Ukrainy. To „sztuczne państwo” zlepek z różnych byłych terytoriów innych państw powinien wrócić do „swoich prawowitych właścicieli”. Jeszcze w czasach „resetu” Kreml dążył do dogadania się z Zachodem na tym obszarze. Jakiegoś podziału wpływów, kondominia bez projektów demokratyzujących i burzących postsowiecki porządek. W ten sposób Moskwa chciała zatrzymać proces rozpadu imperium. My też przy tym podziale mieliśmy dostać swoją część.

Dla Moskwy solą w oku jest w szczególności zachodnia Ukraina. Właśnie ten region był i jest największym ośrodkiem ukraińskości. Stąd wychodził zawsze płomień antyrosyjskich i prozachodnich wystąpień. Jak powiedział Winston Churchill: „Stalin będzie jeszcze żałował, że wziął Lwów”. Zatem może go „oddać”?

Jednakże jakakolwiek forma polskiej kurateli nad zachodnią Ukrainą, choć łechtałaby naszą próżność, to tak  naprawdę zatrułaby (ponownie) stosunki z narodem ukraińskim i byłaby dewastująca dla naszej polityki wschodniej. Gdybyśmy teraz wystąpili z propozycją federalizacji Ukrainy to dla Kremla byłby to prezent idealny nie tylko dla tego, że współgra z ich działaniami, ale też przez to, że mocno antagonizuje Polaków i Ukraińców.

Obecnie na Ukrainie Polak to synonim przyjaciela. Jeżeli ktoś zarzuca osobom wspierającym Ukraińców „bratanie się banderowcami” to de facto sam realizuje ich testament, bowiem to ci, którzy mordowali na Wołyniu i Podolu od 1943 r. dążyli do tego żeby przepaść nienawiść między tymi dwoma narodami była nie do pokonania. Zdrada Ukrainy i prezentowane wyrozumiałej dla Rosji postawy mogłoby odrodzić tego antypolskiego demona, którego tak skutecznie, szczególnie przez ostatni rok, udało się unicestwić.

Nie licząc już strat wizerunkowych takiego wielkiego prorosyjskiego zwrotu w polityce wschodniej to należy także zaznaczyć, że Polska weszłaby w tryby bardzo bliskiego sojusznika Moskwy, co byłoby po prostu konieczne dla utrzymania statusu rozbicia Ukrainy. Oznaczałoby to zarazem koniec z solidarnością europejską, a o zwiększeniu wsparcia NATO w tym regionie moglibyśmy zapomnieć.

Choć opcja pójścia pod rękę z Rosją w sprawie Ukrainy jest w Polsce – na szczęście – niszowa to Moskwa ma jeszcze jeden czynnik do rozgrywania Warszawy. Jest to polska mniejszość na Litwie. Akcja Wyborcza Polaków kokietuje co raz społeczność rosyjską i samą Rosję. Nawet jeżeli Polacy na Litwie nie byliby skorzy do budowy Wileńskiej Republiki Ludowej czy chociażby odgrzebania pomysłu autonomii dla Wileńszczyzny to bardzo łatwo można prowokować działania, które antagonizowały Polaków i Litwinów. W Polsce powróci wrażenie, że „biją naszych”, a na Litwie groźba „polskiego imperializmu”.

Raport „Wojna polsko-ruska pod flagą niebiesko-żółtą, czyli pułapki polskiej polityki wschodniej (2015)”: