Używając tylko bomb nie zmieni się Iraku – trzeba odbudować równowagę

Prezydent Barack Obama zapowiedział siłowe rozwiązanie problemu Islamskiego Państwa. Niestety, do opanowania sytuacji w Iraku i Syrii trzeba czegoś więcej niż bombardowań.

Patrol bojowników Islamskiego Państwa (fot. @mevlutisis)
Patrol bojowników Islamskiego Państwa (fot. @mevlutisis)

Prezydent Barack Obama gotowy jest do rozprawienia się z kolejnym wrogiem. Islamskim Państwem Iraku i Lewantu (ISIL). Zapowiada (i po części już zrealizował to, co obiecuje) ataki lotnicze na Irak i Syrię. Jednocześnie Państwo Islamskie jest ostrzeliwane przez Assada, Hezbollah, a swoje boje toczy z nią też umiarkowana syryjska opozycja. Swoją broń – i zapewne specjalistów – do Iraku wysłał także Iran, a niezwykle aktywni pozostają, tradycyjnie pomagający Amerykanom, Kurdowie. Egzotyczna koalicja, ale nie w tym rzecz…

Trudno zaakceptować metody ISIL-u polegające m.in. na odcinaniu ludziom głów przez to, że wyznają nieodpowiednią wiarę i nie przyjęli wspaniałomyślnej oferty jej zmiany. Mało jest w świecie zwolenników systemu politycznego opartego na kalifacie. Nawet w samym Iraku czy Syrii.

Rzecz jest jednak w czym innym. Wyżej wymieniona koalicja może z ISIL walczyć długo i namiętnie. Militarnie rzecz biorąc – ISIL poniesie klęskę i prędzej czy później powróci do starych metod opierających się na zamachach, partyzantce, względnie opanowywaniu małych terytoriów. Można mówić o tym, że islamiści są wspierani przez sponsorów, mają całkiem niezłą propagandę, a globalizacja spowodowała, że u ich boku walczą Brytyjczycy czy Francuzi dzielący z nimi fundamentalistyczne ideały. To wszystko prawda.

To jednak nie byłoby nic warte, gdyby Państwo Islamskie nie posiadało bazy. A jej bazą są sfrustrowani, niemalże prześladowani za poprzedniego premiera Iraku, szyitę al-Malikiego, sunnici. Dla przypomnienia: Saddam Hussajn był sunnitą, więc za jego rządów z kolei sunnici byli mocno uprzywilejowani… kosztem szyitów i Kurdów. Historia, przy pomocy Amerykanów, odwróciła ich role, a część byłych zwolenników Saddama teraz zmieniła front – reżim Hussajna był świecki, a ich nowy pracodawcy, Państwo Islamskie to wizja państwa teokratycznego. Dużym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że wszyscy sunnici popierają Państwo Islamskie, ale na pewno nie są mu specjalnie wrodzy (przecież Państwo Islamskie musi posiadać cywilne zaplecze do obsługi gospodarki, szpitali, administracji itd). I to jest problem, z którym naprawdę musi zmierzyć się iracki rząd oraz Amerykanie, jeżeli chcą zbudować równowagę w Iraku.

Bomby nigdy jeszcze żadnego problemu nie rozwiązały. To, o czym trzeba teraz myśleć to sposób faktycznego równouprawnienia sunnitów. Po ich stronie musi powstać silny partner, który byłby w stanie zmarginalizować wpływy Państwa Islamskiego i przekonać sunnitów, że to jest także ich państwo, w którym mogą czuć się bezpieczni.

Jeżeli nie doprowadzi się tam do stanu równowagi, to możemy szykować się na kolejną długą kampanię z wybuchającymi samochodami w tle. Pomimo odbijania kolejnych terenów przez rząd i pomimo pomocy militarnej egzotycznej koalicji.

Dla porządku przypominam tylko, że tutaj mamy do czynienia z problemem, który Zachód sam sobie stworzył.