Imigranci – kozły ofiarne XXI wieku

Europejscy imigranci – szczególnie ci z Afryki i Bliskiego Wschodu, a także Romowie i Żydzi – są od dłuższego czasu uważani za „problem” naszego kontynentu. Ale sytuacja jest o wiele bardziej złożona i możliwe, że wina leży paradoksalnie po stronie Europy i Zachodu.

Romka z dzieckiem w rumuńskim mieście Oradea (fot. SebishOR® - Flickr - CC)
Romka z dzieckiem w rumuńskim mieście Oradea (fot. SebishOR® – Flickr – CC)

Aż co trzeci Brytyjczyk uważa, że imigracja stanowi najpoważniejszy problem społeczny w jego kraju – takie dane ujawniło badanie przeprowadzone przez niezależny brytyjski think-tank British Future ze stycznia 2013 roku. Brytyjczycy nie są w swoim zdaniu odosobnieni. Po drugiej stronie kanału La Manche wybory do europarlamentu wygrał Front Narodowy pani Marine Le Pen, która otwarcie nawołuje do powstrzymania napływu migrantów z północnej Afryki, a francuskich muzułmanów przyrównała swego czasu do okupantów. Dyplomatyczna pani Le Pen stara się pozorować rozsądną i odpowiedzialną osobę, w przeciwieństwie do jej ojca i byłego przywódcy partii, który otwarcie mówi o wirusie Ebola jako „rozwiązaniu problemu imigracyjnego. Przez całą Europę przetaczają się obecnie sentymenty antyimigracyjne, czego wyrazem wzrost znaczenia skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych partii, m.in. w ostatnich wyborach do europarlamentu.

Problem nie jest nowy i unosi się nad Europą co najmniej od lat 70. Jeszcze w latach 50. oraz 60. Europejczycy chętnie zapraszali do siebie imigrantów i gościli ich chlebem oraz solą. Druga wojna światowa pozostawiła po sobie ogromną dziurę ludnościową, przez co Zachód borykał się z brakiem mężczyzn w wieku roboczym, szczególnie do wykonywania prostych, fizycznych zawodów. Imigranci stali się nie tylko mile widziani, ale wręcz gorąco zapraszani, jak w przypadku Niemiec Zachodnich, które brak robotników uwięzionych po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny nadrabiali rzeszami gastarbeiterów z Turcji. Podobny scenariusz znajdował zastosowanie w większości krajów europejskich, gdzie na problem migracji praktycznie nikt nie narzekał, chociaż miała ona skalę masową. Brytyjski historyk Tony Judt stwierdził w swojej książce „Wielkie Złudzenie? Esej o Europie”, że to imigranci umożliwili cud gospodarczy w Europie powojennej. Nie wydaje się to być stwierdzeniem w najmniejszym stopniu kontrowersyjnym.

Problemy pojawiły się po kryzysie paliwowym 1973 roku, oraz następującym po nim kryzysie finansowym, a zintensyfikowały się w latach 80., wraz z demontażem państwa opiekuńczego (tzw. welfare state). O ile w okresie prosperity imigranci byli przyjaciółmi z którym dzielono się dobrobytem, o tyle w momencie kryzysu stali się nagle obcym elementem i potencjalnym zagrożeniem. Zapomniano o ich zasługach, za to zaczęto obwiniać ich o przeróżne krzywdy. Skąd ta nagła wolta, czy był to zwykły zbieg okoliczności czy też imigranci z dnia na dzień stali się złymi i podłymi ludźmi? Uważam, że stoją za tym głębsze procesy, które są kluczem do zrozumienia dzisiejszej sytuacji oraz nastrojów. A, że sprawa imigrantów jest pilna – do tego nie trzeba chyba nikogo przekonywać.

Od „welfare state” do „penal state”

W okresie panowania w Europie modelu państwa opiekuńczego, instytucja państwa odgrywała bardzo ważną rolę w życiu społeczeństwa. Oprócz zabezpieczania wolności indywidualnej, aparat państwowy brał na siebie odpowiedzialność za zapewnienie wszystkim swoim obywatelom jak najlepszych warunków życia oraz oferował im „polisy ubezpieczeniowe” (w postaci m.in. odpowiednio wysokich zasiłków) na wypadek niepowodzenia. Państwo odpowiadało za dostęp ludzi do darmowej, świeckiej edukacji oraz darmowych świadczeń zdrowotnych, a także zabezpieczało ich przed chorobą, bezrobociem oraz wypadkami losowymi. To z inwestycji państwowych powstawały osiedla mieszkaniowe czy ośrodki rekreacyjne. Dzięki interwencjonizmowi państwowemu i redystrybucji dóbr nikt nie mógł powiedzieć, że państwo jest niepotrzebne. Jego rola i niezbędność (jak sądzili wówczas ludzie) była widoczna na każdym kroku. Odpowiedź na pytanie „Po co nam państwo?” była bardzo prosta – aby służyć obywatelom.

Problem pojawił się wraz z demontażem państwa opiekuńczego. W stopniowy, ale konsekwentny sposób państwo zrzekło się tym samym swoich obowiązków wobec obywateli. Większość wymienionych powyżej działań została albo zrzucona na barki prywatnych przedsiębiorców, albo przynajmniej częściowo skomercjalizowana. Państwo już nie było potrzebne jako dostawca usług i gwarant bezpieczeństwa, a siły wolnego rynku oraz postępująca globalizacja zostały uznane za głównych hegemonów. Jak to stwierdziła pani Thatcher: „There is no alternative”.

Sytuacja ta oznaczała jednak również kryzys legitymacyjny państwa. Skoro państwo zrzekło się swoich obowiązków – w jaki sposób usprawiedliwić jego prerogatywy oraz autorytet? Dlaczego państwo ma posiadać monopol na przemoc i rządzenie swoimi obywatelami, a także stanowić podstawową komórkę władzy politycznej, skoro jest zupełnie bezbronne wobec sił globalizacji i procesów rynkowych? Król okazał się nagi – ale z całą swoją golizną musiał cały czas utrzymać swój autorytet i wymusić posłuszeństwo swych poddanych.

Rozwiązanie tego kłopotu okazało się być proste. Skoro państwo nie odpowiada już za bezpieczeństwo społeczne (wszak „społeczeństwa nie ma, są tylko jednostki i rodziny”), to może usprawiedliwić się tym, że dba o bezpieczeństwo osobiste, personalne. Problemem nie jest już społeczne zjawisko jakim jest ubóstwo – problemem jest jedynie biedak, który czyha w alejce, aby okraść dobrego obywatela. Jesteśmy bezbronni wobec globalizacji – ale surowy bicz państwa może bez problemu dosięgnąć ofiary tejże globalizacji, czyli imigrantów. Zamiast walczyć z ubóstwem, bezrobociem oraz wykluczeniem społecznym, państwo wzięło teraz na swój celownik ludzi biednych, bezrobotnych i wykluczonych. Niczym strażnik Teksasu miało teraz chronić niewinnych, porządnych obywateli od otaczających ich plugawych, niebezpiecznych „odpadów” społecznych. Tylko skąd ich wziąć? Tutaj imigranci stali się wymarzonym rozwiązaniem problemu.

To właśnie zjawisko możemy zrozumieć przez pojęcie „penal state” – „państwo karne” albo „państwo więzienne”. Każde państwo dba oczywiście o bezpieczeństwo swoich obywateli i tworzy więzienia. To, co wyróżnia dzisiejszy „penal state” to jednak fakt, że państwo potrzebuje jak największej ilości strachu swoich obywateli, aby uzasadnić swoją egzystencję. Leniwi bezrobotni, nieasymilujący się Romowie, kradnący biedacy, brudni Arabowie – to nie są tylko „efekty uboczne” istnienia „sprywatyzowanego” państwa. To warunek konieczny jego istnienia, który pozwala państwu uchylać się od swoich funkcji opiekuńczych i wmawiać obywatelom, że bez aparatu państwowego są oni skazani na pewną zagładę. Twoje państwo nie pomoże ci w znalezieniu zatrudnienia, ale za to ochroni cię przed brudnym Arabem. A jeżeli Arab nie jest wystarczająco brudny – to jeszcze mocniej go upodli i zabrudzi.

Masowe zapotrzebowanie na kozła ofiarnego

Nie tylko państwo odczuwa zapotrzebowanie na kozły ofiarne. Również społeczeństwo, zwyczajni ludzie przyjmują z wielką chęcią teorie o „imigranckiej nawale”, która „niszczy naszą europejską tożsamość”. To prosty schemat poszukiwania odpowiedzi na problemy naszych czasów. Czemu tak ciężko jest o pracę? Dlaczego ludzie starają się coraz bardziej nieufni i mniej solidarni? Czemu musimy emigrować, pracować na umowach śmieciowych i bać się codziennie o to, czy stać nas będzie na chleb? K t o jest za to wszystko winny, k t o za to odpowiada?

Odpowiedź „przepływy międzynarodowego kapitału i procesy globalizacyjne” sieje więcej zamętu w głowie niż wyjaśnia. Gdzie są ci wszyscy mityczni bankierzy, gdzie jest umiejscowione centrum całej tej globalizacji? Problem leży w tym, ze takiego centrum dyspozycyjnego nie ma. Nie ma już Bastylii którą można obalić, nie ma niesprawiedliwego monarchy, który nie słucha swych poddanych. Do globalnej nierównowagi doprowadzają sumy jednostkowych decyzji, a skala tych procesów jest niemożliwa do pojęcia przez zwykłego Kowalskiego (zresztą dla profesora uniwersyteckiego również). Wszystko jest rozmyte i niepewne. Ciężko jest wyruszyć ze sztandarem, jeśli nie wiemy kto jest naszym wrogiem. A wróg musi być przecież jasno widoczny i stały.

Imigranci tacy właśnie są. Są konkretnymi osobami, na dodatek łatwo wyróżniającymi się z tłumu. Są obcymi, więc nie poczuwamy się wobec nich nawet do szczątkowej solidarności. Imigracja stanowi prostą odpowiedź na nieskończenie trudne pytanie, pozwala umiejscowić miejsce zagrożenia i stanąć przed nim z wyprostowaną piersią z hasłem „No pasaran!”. Poczucie niepewności przestaje być rozmyte – staje się konkretne i umiejscowione. Świat staje się bardziej zrozumiały i na dodatek wytwarza się poczucie solidarności „nas” Europejczyków przeciwko „im” barbarzyńcom. Czujemy się mądrzejsi i bezpieczniejsi.

Imigranci jako „ludzie-odpady”

Nie jesteśmy jednak w rzeczywistości ani mądrzy ani bezpieczni, a bardzo możliwe że jesteśmy wręcz winni za obecny stan rzeczy. Problem imigracji nie jest bowiem czymś nowym i sięga on swoją historią aż początków czasów nowoczesnych oraz początków kapitalizmu. Od kiedy tylko Europejczycy zaczęli wprowadzać ten system ekonomiczny w swoich krajach towarzyszyły mu dwie cechy: ekspansja oraz wytwarzanie „ludzi-odpadów”. Ci drudzy stanowili skutek uboczny rozwoju ekonomicznego – byli nisko opłacaną siłą roboczą, dla której niekiedy nie starczało miejsca w nowej gospodarce. Biedota wiejska, żebracy, przestępcy i złodzieje, proletariat przemysłowy: okres ekspansji przemysłowej był czasem przyjemnym dla niewielu. Rosnąca liczba tych „ludzi-odpadów” była czymś kłującym w oczy dla ówczesnych elit. Zadawała kłam tezie o ‘europejskim dobrobycie’ oraz o samej idei postępu.

Temu właśnie problemowi zaradzić miała europejska ekspansja. „Ludzi-odpady” ładowano więc do łodzi i wysyłano na drugi kraniec świata, gdzie mogli stać się niewolnikami/służącymi/najemnikami czy nawet w marę dobrze opłacanymi pracownikami. Mogli też zostać pozostawieni samymi sobie na pastwę losu i nie przeszkadzać ludziom „którym się udało”. Właśnie taki cel miało umiejscowienie wielkiego więzienia na ziemiach australijskich, właśnie temu m.in. służyła kolonizacja i podbój nowych lądów. Tak jak nie trzyma się odpadów po jedzeniu w mieszkaniu, tak samo należało pozbyć się odpadów ludzkich – mianowicie wysłać je na ludzki śmietnik, położony tam gdzie ludzkie oko nie sięga.

Ale wszystko tylko do czasu. W latach 70. oraz 80. XX wieku udało nam się dokończyć projekt globalizacyjny. Europejskie i amerykańskie firmy spenetrowały dosłownie każdy zakątek globu i wszędzie gdzie tylko mogły wprowadziły swój własny model gospodarczy (głównie kapitalistyczny). Wszelkie tradycyjne formy gospodarki (uprawa roślin, pasterstwo) zostały bądź zlikwidowane jako mało efektywne, bądź dopasowane do rosnących potrzeb rynku światowego. Wielka sieć gospodarcza oplotła cały świat i utworzyła wielką, globalną gospodarkę. Oznaczało to jednak pełne zapełnienie planety. Już nie ma „dziewiczych lądów” gdzie można wysłać ludzkie odpady. Ba, dokładnie te same miejsca zaczynają produkować swoje własne odpady i – o zgrozo – przysyłają je nam z powrotem! Masowa imigracja jest niczym innym tylko konsekwencją europejskiej swawoli na przestrzeni ostatnich stuleci. To, czego ze wstydem się pozbywaliśmy teraz powraca do nas ze zwielokrotnioną siłą i domaga się wynagrodzenia. Tym wynagrodzeniem ma być szansa na godne życie.

Paradoks asymilacji

Pozornie rozsądnym rozwiązaniem wydaje się być idea asymilacji. Niech imigranci przybywają do nas nawet i tłumnie (wszak rąk do pracy nigdy za mało)– muszą się jednak do nas upodobnić i podporządkować naszym zasadom. W takim myśleniu tkwi jednak haczyk. Zachęca się bowiem imigrantów do wyparcia się swojej wcześniejszej tożsamości – muzułmanina, Roma, hindusa – ale wcale nie obiecuje się akcesu do społeczności nowej. Cygan zawsze pozostanie Cyganem, ale jeśli bardzo się postara to być może zostanie uznany za „jednego z nas”. Ale i tak będzie to tylko uznanie warunkowe, które może zostać w każdej chwili cofnięte. Wystarczy jeden fałszywy krok i szybko okaże się, że cały wysiłek asymilacyjny poszedł na marne. Ale przecież mogliśmy się byli tego domyślać od razu – w końcu to Cygan.

O paradoksie asymilacji pisał Franz Kafka, Żyd niemieckiego pochodzenia, gdy przyrównywał się do żaby, która skacze z kamienia. Oderwała się już od poprzedniego podłoża, ale wyciągając ręce przed siebie czuje pustkę. Tak samo imigrant, który zgadza się na asymilację – traci starą tożsamość, ale nie zyskuje nowej. Nie jest już ani Arabem, ani – dajmy na to – Francuzem. Jest „czymś pomiędzy”, czymś bliżej niedookreślonym. Co najważniejsze, jest wiecznym potencjalnym kozłem ofiarnym, który zgadza się ochoczo na swoją rolę, pod warunkiem że j e g o akurat się oszczędzi. Ale łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Doświadczyli tego przedwojenni Żydzi niemieccy, którzy przyjęli właśnie taką taktykę asymilując się do granic wszelkich możliwości, często wręcz otwarcie gardząc swoją żydowskością. Ale im bardziej odżegnywali się od żydowskości, tym bardziej przypominali, że są Żydami. I zostali nimi aż do samego końca w komorach gazowych.

Imigranci jako lustrzane odbicie naszych lęków

Jest jeszcze jedna cecha, która czyni imigrantów tak niewygodnymi i nieprzyjemnymi w widoku. Ludzie ci, bardzo często zamykani w „obozach przejściowych” i przytułkach imigranckich; zamieszkujący specjalnie wydzielone, biedne dzielnice; poszukujący, często bezskutecznie, pracy i wygnani ze swoich ojczyzn przez warunki od nich niezależne – stanowią potencjalny scenariusz dla większości z nas. To „ludzie-odpady” dla których zabrakło miejsca, którzy wypadli z obiegu i często z dnia na dzień ze szczęśliwych rodzin przeobrazili się w obcych i uciekinierów. W dzisiejszej zderegulowanej gospodarce, gdzie państwo już nie gwarantuje nam polisy bezpieczeństwa, taki rozwój wypadków może się przytrafić niemal każdemu z nas. Nie wiemy czy nie stracimy nazajutrz pracy, czy wyścig szczurów nie okaże się zbyt szybki, czy nie okażemy się zbyt wolni i zbędni. Bardzo łatwo jest wypaść na margines społeczeństwa, szczególnie jeśli nie mamy bogatych rodziców i dobrego wykształcenia. O wiele trudniej jest wrócić z powrotem do łask społeczeństwa.

Polska emigracja zarobkowa nie przybrała tak strasznej formy jak migracje Arabów czy Afrykańczyków. Największe tragedie nas oszczędziły. Ale jej skala była i tak pokaźna i często podyktowana obawą przed niemożliwością wyżywienia rodziny. Każdy z nas jest potencjalnym odpadem i może nawet przyszłym migrantem. Widok biednego imigranta to koszmar senny, który materializuje się przed naszymi własnymi oczami. To wyrzut sumienia mówiący „nie ważne jak bardzo się starasz – możesz skończyć jak ja”. O wiele wygodniej jest odwrócić wzrok i się dodatkowo nie zamartwiać. W końcu powodów do zmartwienia jest już wystarczająco dużo.

Propozycja rozwiązania problemu

Nikt nie ma pełnej pewności co z tą trudną sytuacją począć. Możemy jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że problem nie leży głównie w imigrantach i pomyśleć nad głównymi kierunkami rozwoju i bardzo ogólnymi wskazówkami.

Pierwszą propozycją jest resuscytacja państwa opiekuńczego. Nie musi być ono oczywiście tak rozbudowane jak to z czasów powojennego boomu, nie stać nas zapewne na to – ale rządy państw muszą przestać udawać, że nie mogą nic zdziałać i są całkiem bezradne wobec globalnego kapitału. Państwo musi oferować pewną dozę bezpieczeństwa socjalnego, w przeciwnym wypadku ryzykujemy rosnący brak zaufania w społeczeństwie i dezintegrację społeczną. Da to również szansę dla imigrantów – ich niechęć do dostosowania się do nowego społeczeństwa wynika z tych samych przesłanek: niepewności i strachu. To z kolei rodzi niekiedy agresję i przemoc. Imigranci są ofiarami tych samych procesów globalizacyjnych co my i potrzebują tego samego poczucia bezpieczeństwa co inni ludzie. Szerzej o idei państwa opiekuńczego pisałem już w jednym ze swoich wcześniejszych artykułów.

Drugim krokiem jest stopniowe kroczenie w kierunku zrównoważonego rozwoju. Musimy ograniczyć rozbuchaną konsumpcję i przestać przerzucać koszty nadmiernego wzrostu na biedniejsze części globu. Jeśli będziemy ciągle eksportowali nasze problemy i odpady do innych części świata – wrócą one do nas prędzej czy później. To oznacza konieczność samokrytyki i pokory. A pokora jest cechą której Europie w ostatnich stuleciach zdecydowanie brakowało.

I w końcu warto zapamiętać prostą prawdę: „people are people”. Możemy się różnić najróżniejszymi cechami i to czyni nasz świat bogatym. Ale chęć do godnego i bezpiecznego życia, do akceptacji i szacunku – mamy wszyscy bez wyjątku.

  • glow

    Dużo mądrego dowiedziałem się z tekstu. 🙂

  • Artur Świątkiewicz

    Wyjątkowo odważny tekst, niektóre przemyślenia są bardzo głębokie i całkiem słuszne, to co jednak daje się zauważyć, to niestety kłująca w oczy stronniczość i jednokierunkowość w myśleniu Autora. Chcę być dobrze zrozumiany: szanuję ludzi z poglądami lewicowymi, osobiście mój światopogląd w wielu kwestiach jest tożsamy z ideałami lewicy, natomiast nie ma u mnie zgody na definiowanie państwa i związanej z nim ekonomii (jako nauki notabene społecznej) przez tenże właśnie pryzmat. Próba budowania państwa opiekuńczego siłą rzeczy musi być zwieńczona niepowodzeniem. To doskonała afirmacja do pielęgnowania wszelkiego rodzaju społecznych patologii, takich które do dziś odbijają się szeroką czkawką choćby w naszym kraju, żeby nie szukać za daleko. Stanowi wyśmienitą okazję i zachętę dla niezliczonej rzeszy „ludzi-odpadów”, nie potrafiących o siebie zadbać, do korzystania z w pełni zasłużonego według nich samych ochronnego parasola, który dając im „rybę”, a nie „wędkę”, wprowadza tylko w jeszcze większą frustrację i niemoc. Obarczanie zachodniego wytworu kultury – w postaci systemu kapitalistycznego – ciężarem osobistej tragedii milionów ludzi na całym globie jest argumentem co do zasady chybionym, z małymi wyjątkami, które na nieszczęście stają się swego rodzaju paliwem dla piewców utopijnego socjalizmu, znanego nam już dobrze z niezliczonych ofiar „idyllicznego” świata z pod znaku sierpa i młota. Nie twierdzę, że kapitalizm jest arkadią, ale nie można odmówić mu tego, że za jego sprawą wiele osób, w tym również i „ludzie-odpady” odnalazło swoją drugą szansę i zostało wyciągniętych ze społecznego dołu. To dzięki niemu mieszkańcy byłych, europejskich kolonii mogą dziś dawać pracę swym byłym, potężnym niegdyś kolonizatorom, z dużą dozą wstydu i zażenowania dla tych drugich. W tym kontekście widzę również szansę dla całej masy imigrantów, przybyłych do Europy w poszukiwaniu „lepszego życia”. Musi być na nich nieustannie wywierana presja społeczna ze strony rdzennych mieszkańców, aby nie stawali się jedynie biernymi beneficjentami ciężkiej pracy innych, ale by wzięli odpowiedzialność za swą szansę przede wszystkim na własne barki. Wtedy prawdopodobnie będą się cieszyć większym szacunkiem i zrozumieniem, choć mam świadomość tego, że to oczywiście nie wszystko. Trzeba przy tym równocześnie pamiętać, że tarcia pomiędzy „nami” a „nimi” zawsze będą miały miejsce – składa się na to masa przeróżnych, często niezwykle głębokich przyczyn, zakorzenionych także w kulturze. Tak naprawdę absolutnie bez znaczenia jest to, jaką konstrukcję społeczną zdecyduje się budować państwo – egalitaryzm to fikcja. Zawszę nią zresztą była i pewnie już nią pozostanie.

  • Mateusz Kuryła

    Artur Świątkiewicz – doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że tekst nie wyczerpuje całego tematu i jest siłą rzeczy dosyć uproszczony. Samo przedstawienie powyższej socjologicznej analizy zajęło sporo miejsca i gdybym zaczął wchodzić w niuanse i niejednoznaczności, powstałaby kobyła, którą zapewne mało kto by przeczytał :). Zależało mi na spójności tekstu, co oczywiście może sprawiać wrażenie ‚stronniczości’.

    Rzeczywistość jest jak najbardziej złożona – to co starałem się ukazać to pewna wizja przemian społeczno-politycznych, oraz towarzyszące im zmiany percepcji zachodnich społeczeństw. Nie odpowiada to za całość problemów związanych z imigracją, ale moim zdaniem stanowi szkielet i podstawę naszych problemów.

    Co do tych patologii, do jakich prowadzi państwo opiekuńcze – oczywiście, jeżeli przesadzamy z świadczeniami społecznymi, to jest to wysoce prawdopodobne. Świadczenia powinny być wystarczająco wysokie, aby zapewnić godne przeżycie, ale też motywować do wznowienia aktywności zawodowej. Jesli nie spełniaja tej drugiej funkcji – coś jest nie tak. Problem w tym, że tak zwane „przyjeżdżanie na socjal” to tak zwana mądrość ludowa, wszyscy na to przytakują, ale ciężko znaleźć twarde dane na to, że te patologie rzeczywiście wystepują na skale masową. Wydaje się, że jest to cały czas zdecydowana mniejszość przypadków, i za mniejszość tą pokutują wszyscy imigranci.

    Zgadzam się, że oprócz ryby potrzebna jest wędka – ale model europejski wbrew obiegowym opiniom dążył właśnie do tego i przez długi czas się sprawdzał. Fakt, że nagle przestał się sprawdzać wiązał bym raczej z procesami opisanymi przez mnie w artykule.

  • interferencyjny

    Tekst ogólnie ciekawy, stara się ująć problem imigrantów z szerszej perspektywy, rzekłbym: moralnie wartościowy – bierze w obronę ogólnie pogardzaną grupę. Jednak zbytnio uproszczony, miejscami niezrozumiały… jakby historycznie: trudno zrozumieć co ma znaczyć to wysyłanie „ludzi-odpadów” gdzieś poza granice państw. Jakich państw? Kiedy?
    Opisywane są dzieje powojenne, właściwie po latach 70-tych, a tu:
    „Temu właśnie problemowi zaradzić miała europejska ekspansja. „Ludzi-odpady” ładowano więc do łodzi i wysyłano na drugi kraniec świata, gdzie mogli stać się niewolnikami/służącymi/najemnikami czy nawet w marę dobrze opłacanymi pracownikami. (…)”.
    Czy mowa tu o XVI w. kolonizacji??? Kto i kiedy ładował, kogo? Tu by się przydały jakieś odniesienia. Kto zbudował to więzienie w Australii?