O zielonych ludzikach pchających Ukraińców na Zachód. Wnioski dla Polski

W decydującym momencie rozgrywki o wschód Ukrainy, Polacy – jak cały region – zostali nie tylko wyautowani z rozmów, ale też okazało się, że Niemcy są bardziej zainteresowani spokojem i utrzymaniem obecnego status quo niż bezpieczeństwem wschodniej flanki NATO.

Żołnierze ukraińscy pod Słowiańskiem (fot. snamess/FLickr-CC)
Żołnierze ukraińscy pod Słowiańskiem (fot. snamess/FLickr-CC)

Dzień niepodległości Ukrainy. Z tej okazji w Kijowie odbyła się parada, a wczoraj pojawiła się Angela Merkel. Tymczasem w Doniecku Rosjanie – wraz z najętymi Ukraińcami – zdecydowali się na poniżenie jeńców wojennych (tutaj słowo wyjaśnienia: według mnie z prawnomiędzynarodowego punktu widzenia mamy do czynienia z wojną, w której jedną stroną jest Ukraina, a drugą Rosja, w związku z tym złapani przez Rosjan Ukraińcy to jeńcy wojenni). Poniżając ich, tak naprawdę po raz kolejny pokazali jedną rzecz nieuchronnie – scenariusz gruziński powtarza się.

O ile jeszcze rok temu Ukrainą rządził prezydent Janukowycz, wcale nie pachołek Rosji, ale człowiek lubiący liczyć pieniądze ze wschodu oraz człowiek, którego środowisko na dobrych kontaktach z Rosjanami zarabiało, a to oznacza, iż pilnowałoby, aby od tej Rosji za daleko się nie oddalić, większość w parlamencie miała prorosyjska Partia Regionów wraz z komunistami oraz tzw. niezależnymi, a cały wschód Ukrainy bardziej obawiał się Europy, której nie znali, niż Rosji, którą znał i nie postrzegał jako zagrożenie, o tyle teraz wszystko się pozmieniało. Rosjanie, podobnie jak w przypadku Gruzji, zabierając Ukrainie Krym i wywołując wojnę o Donbas sami pchnęli Ukrainę na Zachód mocniej niż byłaby to w stanie osiągnąć cała Unia Europejska przy swoich najmocniejszych staraniach. Proponuję np. porozmawiać z Rosjanami z Odessy, czy wolą żyć na Ukrainie czy w Rosji. Podobnie miało to miejsce w przypadku wojny gruzińsko-rosyjskiej, a tymczasem Ukraińcy podpisali już to, co było pretekstem do powstania Majdanu – umowę stowarzyszeniową.

Rosjanie co prawda są w stanie osiągać taktyczne sukcesy (kosztowna aneksja Krymu, destabilizacja Donbasu), , ale strategicznie rzecz biorąc, bez Ukrainy, z patrzącymi się z obawą Kazachstanem oraz Białorusią, rozwój integracji euroazjatyckiej się zatrzymuje. Co z tego, że Putin może destabilizować Ukrainę jeszcze – jeżeli się uprze – przez lata, skoro właśnie spala się jego cel długookresowy, czyli tworzenie bloku gospodarczego alternatywnego dla Unii Europejskiej, aby w przyszłości zyskać lepszą pozycję negocjacyjną. Każdy następny zabity Ukrainiec oznaczać będzie wzrost nastrojów antyrosyjskich oraz poparcia dla marszu Ukrainy na Zachód, na coś, na co – niestety – ukraińska klasa polityczna jeszcze nie jest gotowa, podobnie zresztą jak zachodni politycy, którzy nie rozumieją, ze Rosjanie zaprzestaną eskalacji konfliktu dopiero wtedy, gdy im się twardo przeciwstawi.

Billingi nie kłamią – 33 rozmowy Merkel z Putinem to kolejny dowód, że strony Unii Europejskiej rozgrywającymi są teraz Niemcy. Berlin nie jest zwolennikiem bardzo twardej polityki wobec Moskwy. Niemcy chcieliby spokoju, wiadomo, róbmy biznes jak zawsze, Ukraina daleko, ale jednak nie za wszelką cenę, co pokazuje poparcia sankcji przeciwko Rosji przez Niemcy. Obietnica 500 milionów euro dla Donbasu to ciekawa deklaracja o tyle, że przecież obecnie nikt tam nie zainwestuje nawet eurocenta dopóki nie skończy się tam wojna, ale pokazuje stanowisko kanclerz Niemiec, że Donbas powinien być ukraiński, choć oczywiście Ukraina powinna być – zdaniem Niemców – zdecentralizowana i zapewne długo jeszcze poza UE (stąd nawiązania niemieckie do statusu Turcji). Cała rzecz w detalach, bo na teraz nie wiemy, jak taka decentralizacja miałaby wyglądać. Oczywiście, postulat zawieszenia broni (i zamrożenie konfliktu), jeżeli rzeczywiście Ukraińcy wygrywają, to w istocie poważne ustępstwo wobec Moskwy, aczkolwiek w tej sprawie mamy tylko medialne doniesienia i stanowisko Ukraińców, którzy kontynuują operację wojskową.

Próby znalezienia kompromisu przez Niemców nie są na pewno czymś, co będą pochwalać polscy publicyści, bo kompromis polega na obopólnym ustępowaniu, a Polsce na niezależnej od Rosji Ukrainie zależy jak mało komu, aczkolwiek w powietrzu unosi się coś dużo bardziej niebezpiecznego. W decydującym momencie Polacy – jak cały region – zostali nie tylko wyautowani z rozmów, ale też nagle okazało się, iż Niemcy są bardziej zainteresowani spokojem i utrzymaniem obecnego statusu quo (czyli np. są skłonni zaakceptować, oczywiście nieformalnie, aneksję Krymu), nawet kosztem bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO. Bowiem jak inaczej nazwać doniesienia o niemieckiej niechęci do instalowania baz NATO w Polsce i w krajach nadbałtyckich? Dlaczego to Niemcy z Rosjanami mają decydować, czy w Polsce albo na Litwie będą jednostki NATO? Kiedy NATO składało swoją deklarację w tej sprawie, Krym był ukraiński, a na wschodzie sąsiada NATO nie biegały zielone ludziki z czołgami, transporterami, kupionymi naturalnie w sklepie ze sprzętem z demobilu, zaś nikt nie trafiał rakietami w turystów lecących nad Ukrainą.

I to jest nasza główna rozgrywka. Polska na całej sytuacji powinna dążyć do wzmocnienia swojego bezpieczeństwa, a to oznacza:
1) Ukrainę jak najbardziej niezależną od Rosji;
2) modernizację polskiego wojska, ale nie w celu uzyskania możliwości “wygrania” wojny, ale wzmocnienia naszej świadomości, co do możliwości reakcji, gdyby zielone ludziki odwiedziły także sprzęt z demobilem w Polsce;
3) przesunięcie jednostek NATO na wschód tak, abyśmy przestali być członkami NATO drugiej kategorii.

Wzmocnienie polskiego bezpieczeństwa jest istotne, a wojnę handlową z Rosją niech toczy, twardo w rozmowach z Moskwą, Komisja Europejska. Przed Światową Organizacją Handlu. Handel uważam za niezwykle ważny, ale jest mniej istotny niż podstawowa potrzeba – bezpieczeństwo. Dlatego embargo na produkty rolne nie może mieć wpływu na naszą politykę zagraniczną.