Niepodległość po białorusku

Kryzys ukraiński odcisnął swoje piętno na relacjach białorusko-rosyjskich, a obchodzone niedawno święto niepodległości Białorusi pokazało, jak trudno Łukaszence lawirować między niezależnością, a podległością Rosji.

Fot.: ssmarta / Flickr - CC)
Fot.: ssmarta / Flickr – CC)

Kilka dni temu władze Białorusi uroczyście świętowały Dzień Niepodległości. Pierwotnie mianem tym nazywano dzień 27 lipca, tj. rocznicę ogłoszenia przez Sąd Najwyższy Białorusi w 1990 r. suwerenności od Związku Radzieckiego, jednak antyrosyjski charakter tej rocznicy najwyraźniej sprawił, że w roku 1996 r., w forsowanym przez prezydenta Łukaszenkę referendum, Białorusini podjęli decyzję o zmianie daty na 3 lipca – dla upamiętnienia wyzwolenia terytorium Białorusi przez Armię Czerwoną spod okupacji Niemiec w 1944 roku.

Nie jest to jednak jedyny Dzień Niepodległości obchodzony przez Białorusinów. Dla opozycji święto to przypada na 25 marca – datę nawiązującą do powstania niepodległego państwa białoruskiego po podpisaniu w 1918 r. traktatu brzeskiego, ale nieuznawaną i marginalizowaną przez autokratyczny reżim.

Na tym jednak nie koniec sporów o białoruskie święto niepodległości. W maju tego roku po raz pierwszy w historii niepodległej Białorusi wojska pod flagą Federacji Rosyjskiej wzięły w uroczystej paradzie wojskowej w Mińsku. Jak podało Radio Swaboda, Białoruś gościła wówczas ogółem 3700 rosyjskich żołnierzy, w tym członków oddziałów desantowych swojego sąsiada; zaprezentowano także sprzęt bojowy, jak choćby lądowe pociski balistyczne krótkiego zasięgu Iskander, jakie znajdują się na terenie Obwodu Kaliningradzkiego. Rosjanie uczestniczyli również w lipcowych obchodach święta niepodległości.

Udział wojsk rosyjskich w obu paradach wzbudził sprzeciw organizacji opozycyjnej „O wolność”, która oskarżyła władze swojego kraju o przeobrażanie go w „państwo marionetkowe i platformę demonstracji siły rosyjskiego wojska”. Zdaniem opozycjonistów zaproszenie tych wojsk stoi w sprzeczności z neutralnym statusem Białorusi, a na podobne parady powinno się zapraszać przedstawicieli wszystkich sąsiadów (nie wykluczając oczywiście Rosji) oraz krajów koalicji antyhitlerowskiej. Taka reakcja opozycji nie dziwi w obliczu pobliskiego konfliktu na Ukrainie i jest przejawem obawy o brak gwarancji dalszego istnienia Białorusi jako w pełni suwerennego państwa. Widać na tym przykładzie chęć ugruntowania trwałej pozycji na mapie politycznej Europy, by, mówiąc bardziej kolokwialnie, nie skończyć jak Ukraina.

Apel opozycji nie przeszkodził jednak władzom Białorusi i Rosji we wspólnym świętowaniu. Do obecności wojsk zaprzyjaźnionego państwa odniósł się w swoim przemówieniu również prezydent Łukaszenka, stwierdzając, że to „symboliczne, że dziś stoją w szeregu ramię przy ramieniu żołnierze dwóch bratnich narodów”. Zaznaczył również, iż Białoruś jestem „krajem kochającym pokój i otwartym”, co przejawia się w prowadzonej przezeń polityce zagranicznej, skierowanej na współpracę zarówno z krajami z byłego Związku Radzieckiego, Wschodu, a także Zachodu. Jednak to Federacja Rosyjska w słowach Łukaszenki jawi się partnerem strategicznym Białorusi. Nie może więc dziwić, że 2 lipca do Mińska przybył sam Władimir Putin, który – spotkawszy się z prezydentem Białorusi oraz wziąwszy wcześniej udział w otwarciu Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w stolicy kraju – zapowiedział pogłębienie kooperacji między Moskwą a Mińskiem, mówiąc między innymi o powstaniu już od początku przyszłego roku Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej Białorusi, Rosji i Kazachstanu. Łukaszenka zaś, podkreślając za to, że „zawsze byliśmy i zawsze będziemy razem”, kontynuował charakterystyczny, prorosyjski ton swojej polityki.

Warto jednak zauważyć, że ta swoista symbioza, która łączy od lat oba te państwa, nie jest już tak mocna i wyraźna jak niegdyś, na co bez wątpienia ogromny wpływ miał konflikt ukraiński. Czasy gdy Mińsk i Moskwa zawsze mówiły jednym głosem póki co należą do przeszłości. Już na początku czerwca prezydent Łukaszenka deklarował, że jego kraj jest gotów współpracować z nowymi władzami w Kijowie, a słowa rzecznika białoruskiego MSZ Mironczyka, który stwierdził, iż „podpisanie gospodarczej części umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską jest suwerennym prawem Ukrainy” też na pewno nie są w smak Kremlowi. W ten sposób Białoruś stara się realizować politykę dobrosąsiedztwa nie tylko ze wschodnim, ale również ze swym południowym sąsiadem. Wydaje się zasadne, by w tej kwestii dostrzegać element niezależności od Moskwy i nie uchodzić w oczach krajowej i międzynarodowej opinii publicznej za państwo wasalne – suwerenność polityki zagranicznej jest wszak jednym z najistotniejszych symptomów faktycznego istnienia niepodległego państwa.

Oczywiście, nie można zapominać, że Białoruś po prostu nie może sobie pozwolić na zamrożenie kontaktów z Ukrainą: jak zaznaczył wspomniany już rzecznik MSZ, Kijów jest jednym z najistotniejszych partnerów handlowych Mińska, a współpraca gospodarcza między obu państwami stanowi czynnik niezmiernie ważny dla dalszego rozwoju Białorusi. Jest to tym ważniejsze, że białoruska gospodarka jest w nie najlepszej kondycji, o czym świadczy fakt, że w celu uzupełnienia rezerw walutowych, które od początku tego roku zmniejszyły się o prawie 20 proc., Łukaszenko zmuszony był zaciągnąć krótkoterminową pożyczkę o wartości 2 mld dolarów (mimo, że wcześniej była mowa o 1 mld) w rosyjskim banku VTB.

Ten, na swój sposób jednak umiejętny, sposób prowadzenia polityki zagranicznej pozytywnie wpływa na popularność ekipy Łukaszenki wśród Białorusinów. Mimo potencjalnych możliwości zwiększenia odsetka zwolenników proeuropejskiego nurtu na Białorusi, obecnie mało prawdopodobna jest powtórka ukraińskiego Majdanu. Podpisanie umowy stowarzyszeniowej Ukrainy z Unią Europejską również raczej nie zmieni relacji handlowych Mińska z Kijowem, ani nie wpłynie na stosunki z Kremlem. Mimo wszystko jak w tym kontekście oceniać wprowadzenie od 10 lipca embarga na ukraińskie ziemniaki, zarządzone na prośbę Rossielchoznadzoru Rosji? Czy należy tu dostrzegać jedynie obawy sanitarne, uzasadnione w związku z wielokrotnymi przypadkami stwierdzenia obecności mątwika ziemniaczanego, czy też dopatrywać się aspektu politycznego? To już zostawiam Państwa ocenie…