Czy powstanie azjatyckie NATO?

Brak jasno określonego przeciwnika – jakim dla USA i jego europejskich sojuszników był niegdyś Związek Radziecki – rozmywa tożsamość NATO, Amerykanie szukają zatem podobnego przeciwnika, tym razem w Azji. Szanse na powstanie tam silnego bloku militarnego rosną wraz z kolejnymi posunięciami Chin.

Azja (Flickr: eprouveze)
Azja (Flickr: eprouveze)

Natrafiłem na interesujący artykuł Kevina Barona nt. perspektyw powstania azjatyckiego odpowiednika NATO. W takim kierunku chcieliby popchnąć kraje regionu Amerykanie. W rolę ZSRR, głównego wroga NATO, wcieliłyby się Chiny.

Jak pokazały dwie ostatnie dekady, brak jasno określonego przeciwnika – jakim dla USA i jego europejskich sojuszników był Związek Radziecki – rozmywa tożsamość paktu i stawia pod znakiem zapytania jego istnienie. Rosja ostatnimi działaniami na Ukrainie przypomniała Zachodowi, że potencjalny przeciwnik dla NATO istnieje i ma się dobrze. Inną sprawą jest to, czy członkowie NATO wykorzystają okazję i zgodzą się na spozycjonowanie paktu w opozycji do Rosji.

Chiny animują sojusz przeciwko sobie

Wracając do Azji i perspektyw powstania azjatyckiego odpowiednika NATO, szanse na realizację tej koncepcji rosną wraz z kolejnymi asertywnymi posunięciami Chin. Mowa chociażby o takich wydarzeniach jak rozpoczęcie wierceń na złożach ropy naftowej znajdujących się na spornym z Wietnamem akwenie morskim. Chiny rozpychają się na morzach Południowo- i Wschodniochińskim i dysponują potencjałem wojskowym, by przeforsować swoje roszczenia. W zasadzie trudno wskazać kraj sąsiedzki, z którym Chiny nie miałyby zatargu terytorialnego. Jednocześnie Chiny odrzucają możliwości wielostronnego rozwiązywania sporów preferując rozmowy dwustronne. Wiadomo, że korzystniej jest negocjować z Filipinami niż z ASEAN.

Teoria sojuszy pozwala przewidzieć przebieg wydarzeń. Jeśli Chiny w dalszym ciągu będą bezwzględnie realizować własne interesy kosztem mniejszych państw regionu, a Stany Zjednoczone będą wyrażać zainteresowanie wzięciem udziału w miejscowym układzie bezpieczeństwa, taki sojusz ma rację bytu. Dla znajdujących się pod presją Chin państw regionu możliwe są dwa wyjścia – albo ustąpić Chinom i nawet dołączyć do nich, jak np. Węgry do Hitlera (bandwagon) albo zebrać się w grupie i poszukiwać wsparcia ze strony zewnętrznego mocarstwa. Tylko Stany Zjednoczone są zainteresowane wzięciem udziału w takim przedsięwzięciu, a wynika to z ich niechęci do wzrostu potęgi Chin. Jak każdy hegemon regionalny, także Stany Zjednoczone starają się powstrzymać państwa z innych regionów przed osiągnięciem pozycji hegemonicznej, gdyż zagraża to ich interesom. Amerykanie próbowali i nadal będą próbować „tchnąć ducha mocarstwowego” w Indie, które jako jedyne państwo azjatyckie posiadają potencjał gospodarczy i ludnościowy, by rzucić geopolityczne wyzwanie Chinom. Alternatywą dla Indii jest stworzenie sojuszu wojskowego opartego bądź związanego w jakiś sposób z ASEAN – organizacją zrzeszającą państwa Azji Południowo-Wschodniej.

Dwa tygrysy w klatce vs. chiński smok

Podobnie jak w przypadku Indii, tak i z ASEAN Amerykanom nie będzie łatwo. Tym bardziej, że w grę wchodzą nie tylko interesy Chin, ale i pozostałych państw. Co więcej, pod uwagę należy brać także rozbuchane nacjonalizmy, które utrudniają współpracę potencjalnych partnerów w sojuszu antychińskim. Jednakże należy podkreślić, iż jeśli państwa ASEAN poczują się zagrożone przez Chiny, to ich animozje zejdą na dalszy plan. Tutaj można widzieć ewentualną szansę na „azjatyckie NATO” i z tego punktu widzenia spoglądają na sprawę Amerykanie.

Czy powstanie takiego sojuszu wzmocniłoby bezpieczeństwo w regionie? Chińczycy powiedzą, że w żadnym przypadku. I mieliby w tym dużo racji. Zbyt duże poczucie bezpieczeństwa wynikające z wielostronnych gwarancji, a przede wszystkim ze wsparcia Stanów Zjednoczonych, mogą skłonić państwa regionu do zbyt dużej nonszalancji. Dajmy na to, iż filipińskie okręty otworzyłyby ogień do chińskich okrętów i jeden z nich zatopiły. Dziś Filipińczycy jak ognia unikają takich starć. Jednak mając poczucie, że stoją za nimi potężne siły zbrojne USA, mogliby stawić czoła Chińczykom. O taki incydent nietrudno. Z drugiej strony, Chiny mogłyby się bardziej powściągać przy przejmowaniu kontroli nad kolejnymi akwenami morskimi i znajdujących się na nich wysepkami. Świadomość, że przekroczenie cienkiej granicy może spowodować konflikt z USA działałoby mitygująco.

Bez względu na to, czy „azjatyckie NATO” powstanie, układanka bezpieczeństwa w Azji może przyprawić resztę świata o ból głowy. I to niejednokrotnie.

  • Demokrata

    Stany Zjednoczone są przede wszystkim wielkim dłużnikiem Państwa Środka. Stąd też wszelakie próby mitygowania mocarstwowych zapędów Pekinu będą w oczywisty sposób znacznie ograniczone. Aczkolwiek sama idea świadomych potęgi militarnej USA Chińczyków rzeczywiście może w pewnym stopniu działać prewencyjnie. Czas pokaże, jak zostanie rozegrana ta sytuacja. Z drugiej strony wzrok światowej finansjery jest obecnie zwrócony w stronę Azji, dlatego żaden poważniejszy konflikt nikomu nie jest tam teraz na rękę. Chiny testują wytrzymałość i reakcję państw regionu na swoje prowokacyjne działania, ale póki co na tym się skończy. To znaczy, mam nadzieję, że na tym się skończy.