Mała stabilizacja w Egipcie?

Wybory w Egipcie niemal na pewno wygra marszałek Abdel Fattah as-Sisi. Czy byłemu dowódcy egipskich sił zbrojnych uda się ustabilizować sytuację w państwie?

Marszałek Abd al-Fattah as-Sisi (fot. Erin A. Kirk-Cuomo / US Secretary of Defense / Flickr - CC)
Marszałek Abd al-Fattah as-Sisi (fot. Erin A. Kirk-Cuomo / US Secretary of Defense / Flickr – CC)

Za nieco ponad miesiąc, w dniach 26 i 27 maja odbędą się wybory prezydenckie w Egipcie. Dogrywka, przewidywana na 16-17 czerwca, nie będzie potrzebna, gdyż pewniakiem do wygranej jest marszałek Abdel Fattah as-Sisi – były naczelny dowódca egipskich sił zbrojnych i minister obrony w rządzie firmowanym przez prezydenta Mohameda Mursiego. Sisi w lipcu 2013 r. obalił Mursiego, wykorzystując narastającą falę protestów przeciwko ówczesnemu prezydentowi i jego ugrupowaniu – Bractwu Muzułmańskiemu. Rywalem, czy może raczej – listkiem figowym, Sisiego w majowych wyborach będzie Hamdin Sabbahi, opozycjonista jeszcze z czasów Sadata i Mubaraka. Aktualne sondaże dają Sabbahiemu marny 1% poparcia, podczas gdy Sisi legitymuje się poparciem połowy ankietowanych.

Problemy z bezpieczeństwem

Od lipcowego zamachu stanu sytuacja wewnętrzna Egiptu jest niestabilna. Początkowe masowe protesty zwolenników Mursiego oraz przeciwników powrotu armii do władzy były brutalnie pacyfikowane. Zginęły setki osób, tysiące aresztowano. Wielu demonstrantów miesiącami przebywa w aresztach bez postawienia żadnych zarzutów, w fatalnych warunkach, nierzadko podlegając torturom. Pokazem siły i bezkarności można nazwać aresztowanie ekipy katarskiej telewizji Al-Dżazira (Katar był głównym sponsorem Bractwa Muzułmańskiego) pod zarzutami wspierania Bractwa (uznanego później za organizację terrorystyczną). Mimo represji i prześladowań armii trudno jest zapewnić bezpieczeństwo.

Od momentu obalenia Hosniego Mubaraka w 2011 r. rozkręca się rebelia na Półwyspie Synaj, gdzie miejscowa ludność oraz coraz większa liczba rodzimych i zagranicznych dżihadystów prowadzi regularną wojnę z funkcjonariuszami państwa egipskiego, zagrażając poważnie kurortom nad Morzem Czerwonym. W walce z zagrożeniem terrorystycznym ma pomóc wznowienie przez Stany Zjednoczone wsparcia wojskowego – zapowiedziano sprzedaż 10 śmigłowców szturmowych AH-64 Apache. Bojownicy potrafią jednak strącać helikoptery, mają do tego niezbędne uzbrojenie. Wydaje się, że decyzja Ameryki to definitywna akceptacja nowego reżimu, na który Waszyngton przez wiele miesięcy „kręcił nosem”. Było to tym bardziej potrzebne, że do gry o wpływy na Bliskim Wschodzie coraz aktywniej włączała się Rosja, oferując Egipcjanom dostawy sprzętu wojskowego o wartości miliardów dolarów. Niektórzy eksperci przewidywali nawet możliwość geopolitycznego odwrócenia sił – czyli powrotu Kairu pod skrzydła Moskwy, spod których Egipt wyrwał się pod koniec lat 70., zmieniając patrona na Stany Zjednoczone.

Problemy z wyzyskiem gospodarczym

Wracając do wyborów, wszystko jest jasne. Prezydentem zostanie marszałek Sisi, który zdążył już przejść do cywila, zamieniając mundur na rzecz dobrze skrojonego garnituru. Można to uznać za mrugnięcie okiem do społeczeństwa, lecz przede wszystkim do państw zachodnich, gdzie niechętnie patrzy się na bezpośrednie rządy wojskowych. Przerabialiśmy to już w przypadku Hosniego Mubaraka czy Perweza Muszarrafa w Pakistanie, żeby podać dwa niezbyt odległe w czasie przykłady. Pewne jest to, że Sisi nie zapomni skąd się wywodzi i czyim interesom powinien służyć. Stąd, skądinąd słuszne, wezwania do reform gospodarczych są niczym wołanie na puszczy bądź pisanie na Berdyczów.

W sytuacji, gdy wojsko kontroluje ok. 40 proc. (niektóre szacunki wskazują nawet na 60 proc.) egipskiej gospodarki, żadne reformy nie mają szans powodzenia. Egipskie siły zbrojne stworzyły potężny system firm wyłączonych spod jakiejkolwiek cywilnej kontroli czy opodatkowania. Mowa o różnych gałęziach przemysłu, budownictwie, turystyce. Firmy z wojskowego konglomeratu otrzymują zamówienia z wolnej ręki, z wyłączeniem przepisów przetargowych albo wygrywają w przetargach, których „nie mogą przegrać”. Elita wojskowa i wyrosła z niej elita biznesowa wyzyskuje Egipcjan, a wszystko to odbywa się przy, zapewne krótkoterminowym, poklasku wyzyskiwanych. Pamiętamy przecież milionowe protesty przeciwko Mursiemu i powrót dyktatury wojskowej do władzy przy aplauzie sporej części egipskiego społeczeństwa.

Bunt wojskowych, sprawnie wsparty masowymi demonstracjami, miał zapewne przyczyny ekonomiczne. Wielokrotnie mówiło się o zapleczu biznesowym Bractwa Muzułmańskiego jako bardzo sprawnej i ekspansywnej sile. Wojskowe imperium ekonomiczne mogło być zagrożone przez – jak się wydawało – perspektywy dynamicznego rozwoju konkurencji spod znaku Bractwa. Wskazuje się tutaj na projekt rozbudowy Kanału Sueskiego i towarzyszącej mu infrastruktury – czyli jednej z nielicznych w Egipcie kur znoszących złote jaja.  Wojskowa elita wyeliminowała konkurencję i próbuje wrócić do business as usual. Nie w smak jej żadne reformy, modernizacja czy inwestycje, gdyż zagraża to jej interesom. Ciekawie pisali o tym Daron Acemoglu i James Robinson w książce „Why Nations Fail”.

Powrót do „małej stabilizacji”?

Czy w związku z powyższym powinniśmy spodziewać się powrotu do quasi-stabilnego status quo, który opłaca się zarówno egipskiej elicie władzy, jak też lokalnym (Izrael, Arabia Saudyjska) oraz odległym (Stany Zjednoczone) rozgrywającym? Czy jednak, wraz z upływem czasu, ziarna zasiane podczas arabskiej wiosny wymuszą – niezależnie w jaki sposób – zmiany? Zmiany, które należy rozumieć jako ograniczenie wpływu dotychczasowej elity na gospodarkę, a zatem szerszą dystrybucję zysków i większe możliwości dla bogacenia się reszty społeczeństwa.