Wenezuela: krwawe protesty w naftowym eldorado

W rok po śmierci Hugona Chaveza, wenezuelskie naftowe eldorado ogarnął pożar antyrządowych protestów. Póki co, ich  jedynym efektem są jednak kolejne represje, ofiary śmiertelne i dalsze pogorszenie sytuacji gospodarczej kraju.

Fot. andresAzp/Flickr-CC
Fot. andresAzp/Flickr-CC

W ostatnich miesiącach uwagę opinii publicznej skupiały na sobie wydarzenia, dziejące się na Ukrainie. Szczególnie w Polsce, sytuacja na Ukrainie jest szeroko komentowana i nie schodzi z czołówek polskich mediów. Z tego powodu bez echa przeszły antyrządowe protesty w Wenezueli, mają one duże znaczenie nie tylko dla regionu Ameryki Południowej, ale również dla gospodarki wielu państw na całym świecie.

W niecały rok po śmierci Hugona Chaveza, 12 lutego wybuchły gwałtowne demonstracje przeciwko polityce rządu jego następcy, Nicolasa Maduro. Początkowo głównymi protestującymi byli studenci, którzy buntowali się przeciwko lewicowej władzy i sprzeciwiali się m.in. zbyt dużym kosztom socjalnej polityki Maduro i wsparciu gospodarczemu dla kilku zaprzyjaźnionych z Wenezuelą krajów w regionie.

Zarzewie konfliktu

Żeby zrozumieć nastroje jakie panują w wenezuelskim społeczeństwie trzeba cofnąć się do kwietnia 2013 roku, kiedy wybory prezydenckie wygrał Nicolas Maduro, namaszczony przez poprzedniego przywódcę Hugo Chaveza, zmarłego kilka tygodni wcześniej. Kontrkandydatem Maduro był Henrique Capriles Radonski, który przegrał z nim o włos. Błyskawicznie pojawiły się głosy o fałszerstwach wyborczych, dzięki którym Maduro miał wygrać wyścig o fotel prezydencki. Państwowa komisja wyborcza odrzuciła jednak wniosek o sprawdzenie legalności wszystkich oddanych głosów, co duża część społeczeństwa uznała to za próbę ukrycia fałszerstw przez komisję kontrolowaną przez establishment.

Niespełna 10 miesięcy później konflikt między rządem, a opozycją przeniósł się na ulice Caracas i kilku innych miast.

Wenezuela boryka się z inflacją na poziomie 50% i brakami w zaopatrzeniu na rynku wewnętrznym. Demonstranci twierdzą, że kłopoty gospodarcze kraju to wina Maduro, który nie radzi sobie z kierowaniem polityką gospodarczą. Z tego powodu studenci wyszli na ulice stolicy kraju i rozpoczęli protest. Wkrótce do demonstracji dołączyli opozycyjni politycy na czele z Henrique Caprilesem Radonskim.

Po kilku dniach protest przerodził się w uliczne rozruchy, a studenci stracili kontrolę nad ruchem protestacyjnym. Im dłużej trwał konflikt tym coraz słabsza była kontrola nad protestującymi, dochodziło do wielu aktów przemocy.

Brak liderów

Opozycja jest rozbita i brakuje wyraźnego lidera, mogącego zjednoczyć protestujących w walce przeciw reżimowi, powstało wiele frakcji niepotrafiących się ze sobą porozumieć. Najbardziej radykalna pozostaje grupa studentów, która odrzuca jakiekolwiek propozycje porozumienia z władzą i zakończenie protestów.

Wśród nieco mniej radykalnych wybija się postać Leopoldo Lópeza – charyzmatycznego ekonomisty, absolwenta Harvardu, którego wystąpienia telewizyjne zdobywają szerokie poparcie wśród tłumu protestujących. Przez niektórych został nawet uznany za przywódcę protestów, jednak studenci nie uznają żadnych liderów. Organizują się dzięki portalom społecznościowym, budują barykady z płonących opon, śmieci i wszystkich przedmiotów które umożliwiają im izolację.

Sytuację opozycjonistów pogorszył jednak fakt, że Lopez został oskarżony o inicjowanie aktów przemocy i aresztowany.

W tej sytuacji jedynym przywódcą opozycyjnym, mającym jakikolwiek wpływ na sytuację jest Henrique Capriles Radonski, który pozostaje jedyną nadzieją na zatrzymanie przemocy na ulicach wenezuelskich miast. I taką strategię starał się od początku realizować. W jednym z przemówień wzywał on do zaprzestania organizacji protestów w porze nocnej i namawiał do rozbierania barykad.

Zasugerował studentom stworzenie silnego ruchu społecznego, który mógłby przekonać zarówno niezdecydowaną część społeczeństwa, jak i umiarkowanych zwolenników polityki byłego prezydenta Chaveza.

Przemówienie okazało się jednak klapą. Studenci nie przyjęli propozycji Caprilesa z entuzjazmem i w dalszym ciągu nie chcieli uznać go za przywódcę protestu. Ponadto państwowa telewizja pod wyraźną rządową presją zrezygnowała z transmisji, przez co przekaz nie trafił do szerszej publiczności niezaangażowanych i niezdecydowanych kogo poprzeć.

Protest w raju?

Problemem protestujących studentów jest też fakt, że odrzucając wszelkie działania Maduro, nie potrafią przedstawić realnej alternatywy wobec niego. Jest to spowodowane w dużej mierze niemożnością dojścia do porozumienia z tą częścią opozycji, której przywódcą pozostaje Henrique Capriles Radonski.

Brak kompromisu jest nie tylko spowodowany przez radykalizm protestujących, ale także przez nieustępliwość Nicolasa Maduro, który woli tłumić protesty za pomocą gumowych pocisków, zamiast rozpocząć negocjacje z opozycją. Ekipa rządząca zakłada, że utrzymanie kontroli nad krajem pogrążonym w kryzysie gospodarczym może udać się tylko dzięki wzrostowi działań represyjnych.

Może wydawać się dziwne, że akurat w Wenezueli społeczeństwo buntuje się przeciwko złym warunkom życiowym w kraju – w końcu to kraj, który posiada największe złoża ropy naftowej na świecie. Ale polityka gospodarcza reżimu i szalejąca od kilkunastu lat korupcja doprowadziła do tego, że brakuje dewiz potrzebnych do importowania najpotrzebniejszych produktów z zagranicy. Coraz trudniej dostać takie produkty jak mleko, mąka czy leki. I dlatego nie należy dziwić się Wenezuelczykom, że wychodzą na ulice demonstrować swój sprzeciw wobec aktualnej polityki gospodarczej reżimu Nicolasa Maduro.

Na konflikcie nie zyskuje żadna ze stron, traci natomiast Wenezuela jako państwo. Wielotygodniowy chaos pogłębia i tak już dramatyczną sytuację ekonomiczną. Jedyną szansą na rozwiązanie konfliktu są pokojowe negocjacje między stroną rządową, a opozycją. Zdaje się, że zrozumiał to Capriles, który zadeklarował już gotowość do rozmów z rządem. Pytaniem bez odpowiedzi pozostaje, czy tłum protestujących zaakceptuje ewentualny kompromis, czy raczej pójdzie śladem Majdanu i spróbuje przejąć władzę siłą, odrzucając wszelkie kompromisy?