Krym: przegrać wojnę bez walki

Rosjanie wygrali wojnę o Krym bez walki, w groteskowy sposób: o wiele liczniejsze i lepiej wyposażone oddziały ukraińskie były blokowane przez mniej licznych i pozbawionych poważnego sprzętu żołnierzy z Rosji, póki półwysep nie stał się rosyjski.

Fot. J. Wojas
Fot. J. Wojas

Kurort

Jednym z najważniejszych centrów turystycznych na Krymie jest położona nad Morzem Czarnym Eupatoria, miasto z pięknym, starym karaimskim centrum, deptakami, bulwarami i pensjonatami. W sobotnie popołudnie ludzie spokojnie spacerują, jak gdyby cała burza wokół półwyspu nigdy się nie wydarzyła. Nie widać oddziałów Samoobrony Krymu, a najbliższa ukraińska jednostka wojskowa jest położona pod miastem. Reakcje przechodniów na pytania o nią są zazwyczaj nieprzyjemne: tu już nie ma żadnych ukraińskich wojsk, a nawet jeśli jeszcze są, to zaraz ich nie będzie. Ludzie cieszą się z aneksji, bo są przekonani, że niedługo będą żyć w krainie szczęśliwości w jaką przekształcić się ma Krym pod rządami Rosji.

Trudno się jednak nie oprzeć się wrażeniu, że zarówno Eupatorię, jak i Jałtę czy Ałusztę czeka zagłada. Połowa turystów przyjeżdżających dotąd na Krym pochodziła z Ukrainy, a już teraz wiadomo, że ich zabraknie. Nie przyjadą też przestraszeni ostatnimi doniesieniami mieszkańcy Europy Zachodniej. Turyści z Rosji? Mając do wyboru chociażby niedaleką i lepszą infrastrukturalnie Turcję – wątpliwe by wybrali zaniedbany Krym. Ratunkiem mogłyby być specjalne programy dotujące Rosjanom wczasy na półwyspie. Tylko jak długo musiałyby trwać? Szybkie podźwignięcie tego obszaru z upadku w jakim się znajduje kosztowałoby zapewne niż organizacja igrzysk w Soczi.

Szedłem deptakiem blisko eupatorskiej plaży w przekonaniu, że to, co dziś mieszkańcy tego miasta nazywają „ukraińska okupacją”, za jakiś czas mogą wspominać z rozrzewnieniem jako złoty okres.

Na nowej granicy

Niedaleko miejscowości Czonhar, na północny wschód od miasta Dżankoj na Krymie, widać z daleka rosnącą kolejkę samochodów. Przy brzegu Morza Azowskiego rozłożone zostały namioty wojskowe, a wokół nich, oprócz żołnierzy rosyjskich i pograniczników krymskich, krążą dobrze znani z pacyfikacji Majdanu funkcjonariusze Berkutu. Tak wygląda nowa, nieformalna, ale faktyczna granica Ukrainy.

— Z Polski? – pyta zamaskowany żołnierz sprawdzający paszport
— Tak.
— W jakim celu przebywał pan na Krymie?
— Dziennikarz. Chciałem opisać jak wygląda teraz Krym.
— I jak? Wszystko dobrze? Nikt was nie obraził?
— Nie. Wszystko w porządku.

Po kilkuset metrach kolejne zatrzymanie przez Rosjan. Tym razem nie chcą paszportów. Za oknami autokaru da się zobaczyć wozy bojowe, ciężarówki wojskowe i żołnierzy uzbrojonych po zęby.

Niewiele dalej kontrola ukraińska i znów sprawdzanie paszportów, co ciekawe przez pograniczników, co jakby symbolicznie sankcjonuje, że tutaj jest nowa granica państwa. Kontrole ukraińskie na tym obszarze dokonywane są jeszcze kilka kilometrów dalej na drodze oraz w pociągach.

Nowa granica jednak nie pokrywa się z granicą Autonomii Krymskiej. Rosjanie bowiem postawili swoje posterunki nieco bardziej w głąb terytorium Ukrainy, w obwodzie chersońskim. Podobnie postąpili na obszarze Mierzei Arabackiej na Morzu Azowskim.

Dzięki temu zabiegowi wojska rosyjskie przechwyciły jedyny fragment kompleksu Czarnomorskiego Naftogazu znajdującego się poza Krymem. Na wieży wiertniczej ustawiono snajpera. Kawałek dalej linia okopów i posterunki wojsk rosyjskich, którzy sami siebie nazywają Samoobroną Krymu. Sprzęt, przynajmniej ten ustawiony w pierwszej linii, nie należy do najnowszych zdobyczy techniki militarnej, choć kręcą się przy nim wojskowi wyglądają jak żołnierze jednostek specjalnych.

Rosjanie otoczyli samochód. Z oddali widać stojących w okopach żołnierzy z karabinami. Spokojnie informują, że nie przepuszczają tutaj nikogo i nie odpowiedzą na żadne pytania. Zarzekają się, że nie są rosyjskim wojskiem. Mamy szczęście, gdyż parę dni temu na tym samym posterunku pobito rosyjskiego dziennikarza.

Posterunki Samoobrony Krymu i stanowiska ukraińskie dzieli zaledwie kilkaset metrów strefy buforowej. Tutaj gromadzony jest sprzęt oraz budowane są okopy. Linie kontroli są dwie.

Jeszcze kilka dni temu miejscowy wójt, chciał rozszerzyć strefę buforową o pobliską miejscowość, Arbacką Striłkę. Zapewne chodziło o to, żeby Rosjanie przechwycili kolejne pozycje. Wójta aresztowało ukraińskie SB. To nie pierwsza tego sytuacja w na tym terenie. Mający bronić urządzeń Naftogazu żołnierze ukraińscy okazali się bardziej podatni na rosyjskie wpływy niż ich koledzy z Krymu. Po kilku przesunięciach oddziałów jednej i drugiej strony ostatecznie kompleks zajęli Rosjanie.

W okolicy panują jednak nastroje proukraińskie. Gdzieniegdzie widać ukraińskie flagi i da się usłyszeć zawołanie Majdanu: „Sława Ukrainie!”. Pojawiające się jednak na drogach wojskowe patrole i ciężki sprzęt powodują, że czuć tu atmosferę zbliżającej się konfrontacji.

Żołnierze ukraińscy na posterunku zagadują nas jak wygląda sytuacja u ich przeciwników. Z lekką ulgą przyjmują wiadomość, że nie widać tam poważnego sprzętu wojskowego. Za ich uśmiechającymi się twarzami czuć było jednak niepokój. Nic dziwnego, obok nas gotowe są już okopy. To tu jest linia frontu wojny, która jednak na razie obywa się bez krwawych walk. Na razie.

Koniec wojny

Jednostka wojskowa armii ukraińskiej w Symferopolu była zlokalizowana w samym centrum miasta. W ostatnich tygodniach, gdy Rosjanie krok po kroku przejmowali półwysep, to właśnie ona, obok bazy w Belbeku, stanowiła symbol ukraińskiego trwania. Ukraińska flaga powiewająca nad centrum miasta świadczyła o tym, że to wciąż jest terytorium państwa ukraińskiego.

Po południu 23 marca przed bazą spotkałem poznanego kilka dni wcześniej Igora – prorosyjskiego Ukraińca mieszkającego w Symferopolu. Nad bazą powiewała już wówczas nie flaga Ukrainy, lecz Rosji. Igor z nieskrywaną radością opowiadał, że ukraiński proporzec zerwano. Z kolei tabliczkę informującą, że jest to jednostka ukraińskiej armii trzeba było rozbić, bo nie można było jej ściągnąć. — Widzisz Jakub tutaj działa się historia – mówi.

Za bramą jednostki stoi kilku żołnierzy Samoobrony Krymu. Mundury te same, co wszędzie, bez emblematów, lecz twarze już odkryte. Obok nich dwa wozy bojowe piechoty. Na jednym z nich dwaj rosyjscy żołnierze cieszą się słońcem. Wyluzowani, żartują wzajemnie. Żołnierz na warcie bawi się komórką. Cóż, przecież to już koniec wojny.

Bazę w Symferopolu zdobyto podobnie jak większość na Krymie – bez jednego wystrzału. Jeszcze kilka dni wcześniej sprzed jej bram można było zobaczyć umocnienia przy jednostce, karabiny i żołnierzy, a teren dookoła (wyłączywszy główne wejście) został zaminowany. Z kolei po drugiej stronie jednostkę blokowały dwa wozy bojowe (niepierwszej młodości) i góra kilkunastu rosyjskich żołnierzy wraz z liczniejszą, choć nieuzbrojoną, grupą miejscowych członków Samoobrony Krymu.

Jeszcze dziwniejsza sytuacja miała miejsce przed bazą w Bakczysaraju, gdzie przed jednostką można było zauważyć jedynie kilku rosyjskich sołdatów. Nawet jeśli byliby to członkowie najlepszych jednostek specjalnych rosyjskiej armii, to nadal przewagę – chociażby w dostępnym sprzęcie – mieli Ukraińcy. Natomiast rosyjska Flota Czarnomorska w Sewastopolu przechwytująca kolejne okręty ukraińskie budziła bardziej litość niż strach. To wszystko tworzyło sytuację groteskową: o wiele liczniejsze i lepiej wyposażone oddziały ukraińskie były blokowane przez mniej licznych i pozbawionych poważnego sprzętu żołnierzy z Rosji.

Ukraińcy, choć namawiani i kuszeni przez swoich przeciwników, w większości nie przeszli na stronę Rosji. W początkowym okresie operacji przewaga należała do nich, dopiero z czasem półwysep został zalany przez oddziały „zielonych ludzików” ściągniętych z Rosji. Ponadto, zgodnie z oficjalną wersją podtrzymywaną do dziś przez Moskwę, na Krymie nie było i ma żadnych siły rosyjskich innych niż te, które są zgromadzone w bazach Floty Czarnomorskiej. Przyjmując za prawdę tę wersję, trzeba uznać, że żołnierze bez emblematów są zwykłymi przestępcami i wewnętrzną sprawą Ukrainy. Reakcji ze strony władz ukraińskich jednak nie było.

Wydaję się, zatem że ta faza wojny prawdopodobnie była do wygrania przez Ukrainę. Czego zabrakło? Odwagi, ale nie wśród tych żołnierzy zgromadzonych w bazach na Krymie, lecz tych, którzy z Kijowa decydowali o ich losie.

Tymczasem na Majdanie widać hasła: „Krym jest ukraiński”, „Stop rosyjskiej propagandzie”, „Putin – ręcę precz od Ukrainy”, „Nie jesteśmy faszystami”. Te hasła jednak nie docierają do mieszkańców Krymu. Oni żyją w innej rzeczywistości, w której właśnie dotarli do bram rosyjskiego raju.