Dlaczego Rosja okupuje Krym?

Stawką konfliktu krymskiego jest nie tylko kierunek pogłębiania integracji przez Ukrainę oraz geopolityczne wpływy Rosji – jak zwykle w przypadku Kremla, chodzi też o interesy rosyjskich firm z sektora energetycznego.

Demonstracja antyputinowska w Londynie (fot. lewishamdreamer / Flickr - CC)
Demonstracja antyputinowska w Londynie (fot. lewishamdreamer / Flickr – CC)

Niemal wszyscy obecnie niepokoją się sytuacją na Krymie oraz wiszącym w powietrzu ukraińsko-rosyjskim konfliktem zbrojnym. Co do tego że sytuacja jest, delikatnie mówiąc, poważna, to nie mamy najmniejszych wątpliwości. Niestety niektórym polskim publicystom (Sakiewicz, Terlikowski) oraz politykom (Kaczyński) zwyczajnie w świecie odbiło. Zwłaszcza tym pierwszym, bowiem po lekturze ich spazmatycznych tekstów czytelnik odnosi wrażenie, jakby co najmniej 2 rosyjskie grupy armii już stały pod Warszawą. Wojną straszą nas już wszyscy dookoła, nawet gen. Polko w wywiadzie dla portalu fronda.pl

W tym miejscu aż chciałoby się zacytować klasyka:

„Dzwoni słuchacz do Radia Erewań i pyta:
– Czy będzie wojna?
Na co radio oczywiście uspokaja:
– Wojny nie będzie, ale rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie kamień na kamieniu”.

I w tym momencie właśnie mi przypada rola owego Radia Erewań. Cytując innego klasyka, mógłbym jeszcze dodać, że „sytuacja jest dobra, choć nie beznadziejna”. Wiele osób zastanawia się nad przyczynami rosyjskiej interwencji na Krymie i jakbyśmy poznali te przyczyny, to moglibyśmy pokusić się o prognozę skutków całego zamieszania. Wszyscy także z uwagą słuchaliśmy wczorajszej konferencji prasowej prezydenta Putina. Powiedział on tam kilka ciekawych rzeczy, mianowicie że Wiktor Janukowycz wciąż jest konstytucyjnym prezydentem Ukrainy, co jest prawdą, bowiem dymisji nigdy nie złożył, ani nie został odwołany z urzędy drogą wyborów powszechnych, więc z formalno-prawnego punktu widzenia wciąż sprawuje swój urząd w sposób ważny. Trudno jest się dziwić Putinowi, że maksymalnie wykorzystuje tę kartę w tej rozgrywce. Niestety w swojej argumentacji jest niekonsekwentny, ponieważ z jednej strony odmawia uznania niekonstytucyjnego rządu majdanowego, to jednak nie przeszkadza mu to wcale w uznawaniu równie niekonstytucyjnego autonomicznego rządu na Krymie. Ponadto powiedział, że w Kijowie doszło do zamachu stanu dokonanego przez nacjonalistów i inne grupy faszyzujące, co jest tylko częściowo prawdą. Nie możemy udawać, że takich grup na Majdanie nie było wcale, ale musimy pamiętać, że oprócz nich byli tam także ludzie o bardzo różnych poglądach, w tym zwolennicy innych partii opozycyjnych: konserwatywnej Batkiwszczyny oraz liberalnego UDARu, a poza nimi także osoby nie popierające żadnej partii ani ugrupowania politycznego. Trudno także oszacować, na ile grupy nacjonalistów były reprezentatywne dla całego Majdanu. Jednak nie dziwmy się, że wykorzystuje również ten argument, choć już lekko naciągany. Prezydent Putin powiedział również, że majdanowe sotnie przeszły szkolenie wojskowe w Polsce i na Litwie, co wydaje się kompletną bzdurą. Słyszałem także teorię, według której osoby protestujące na Majdanie miały zostać sfinansowane przez UE i USA, ale nie wiem, ile jest w tym prawdy, więc pozostawię to bez komentarza. Wreszcie Władimir Putin oświadczył, że na Krym nie przerzucono żadnych rosyjskich oddziałów, a jednostki oblegające ukraińskie garnizony to oddziały lokalnej krymskiej samoobrony, co wydaje się kolejną bzdurą. Powiedział mianowicie, że mundury można kupić w dowolnym sklepie. To się zgadza. W Rosji i innych byłych republikach radzieckich na prawdę nie trudno jest zdobyć mundur właściwie dowolnej rosyjskiej jednostki. Mój dobry kolega ze studiów zresztą jest posiadaczem autentycznego, aktualnego (sic!) munduru rosyjskich wojsk powietrzno-desantowych choć rosyjskim żołnierzem nie jest. Powstaje tylko pytanie, skąd ludowa samoobrona wzięła hełmy, broń, amunicję, systemy łączności, wozy opancerzone, wojskowe ciężarówki i śmigłowce? Oczywiście to jest pytanie retoryczne. Nie mniej jednak musimy pamiętać, że żołnierze okupujący obecnie Krym są bez dystynkcji, więc na dobrą sprawę trudną jest rozpoznać ich przynależność państwową. Właśnie dlatego Putin tłumaczy nam, że są to „oddziały samoobrony, więc czemu się nas czepiacie?”

Skoro zatem prezydent Putin, delikatnie mówiąc, w pewnych rzeczach mija się z prawdą, to znaczy, że ukrywa swoje prawdziwe zamiary. Tylko jakie one są? Wielu komentatorów sugeruje, że jest to część wcześniej napisanego na Kremlu scenariusza, niejakiego „planu awaryjnego” w razie niepowodzenia w zniechęceniu Ukrainy do jej europejskich aspiracji. Pierwotnie wydawało mi się, że Kreml obecnie nie prowadzi żadnej przemyślanej, ani z góry przygotowanej polityki, a zwyczajnie w świecie improwizuje na zasadzie – zróbmy to i to, zobaczmy, co się stanie? Może przestanie nas boleć głowa? Co do samego prezydenta Putina, to trzeba mu przyznać, że jest wyjątkowo zręcznym i racjonalnym politykiem. Niestety muszę z przykrością stwierdzić, że jest on także najprawdziwszym człowiekiem radzieckim. On naprawdę myśli, że ZSRR wciąż istnieje! I pomimo tego że przed wielu, wielu laty w wyniku osobistego nawrócenia ochrzcił się w Cerkwi Prawosławnej, to wciąż myśli tymi samymi kategoriami jak inni homo sovieticus. Na to już nic nie poradzimy. On już taki jest i taki umrze! Do tego z pewnością zaraził się retoryką nacjonalistyczno-imperialistyczną lansowaną przez środowiska rosyjskich nacjonalistów i monarchistów – tzw. czarnych sotni. Właśnie stąd najprawdopodobniej biorą się jego poglądy wielkomocarstwowe. Właśnie poglądami nacjonalistycznymi należy tłumaczyć doktrynę o obronie Rosjan poza granicami Rosji. Pozostaje zupełnie bez znaczenia, czy owym Rosjanom rzeczywiście coś zagraża czy też nie. Pierwotnie zakładałem, że właśnie to jest wytłumaczenie rosyjskiej interwencji na Krymie.

Wiele osób tłumaczy to również próbą niedopuszczenia do wyjścia Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów. Tu małe sprostowanie: Ukraina jako niepodległe państwo nie jest podporządkowana żadnemu państwu ani innemu podmiotowi prawa międzynarodowego. W związku z tym Ukraina nie należy do niczyjej strefy wpływów, choć Władimir Putin jako człowiek radziecki myśli inaczej. Ukraina leży w rosyjskiej strefie wpływów, ale tylko w jego wyobraźni. Chodzi o to, żeby skłonić Ukrainę do przystąpienia do Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej – mającej być z założenia wierną kopią UE na obszarze postradzieckim skupioną wokół Rosji. W ten sposób Rosjanie według planów Putina mieliby sobie powetować rozpad ZSRR. Aby Ukraina znalazła się w tej wspólnocie, to najpierw trzeba ją odciągnąć od pomysłów integracji z UE – organizacją konkurencyjną dla Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej. Ukraina miałaby odgrywał w niej rolę szczególną, jako kraj bogaty w złoża węgla w zagłębiu donieckim i posiadającym żyzne ziemie. W końcu nie przez przypadek Ukraina zawsze uchodziła za „spichlerz Rosji”. Do tego trzeba dodać rozwinięty przemysł metalurgiczny i oczywiście z punktu widzenia Rosjan takie zaplecze lepiej jest mieć niż nie mieć. Czy dlatego właśnie Władimir Putin jest tak zdeterminowany, aby skłonić Ukrainę do integracji z Rosją zamiast z UE?

Przyznam uczciwie, że argumenty o ochronie ludności rosyjskiej na Krymie oraz o dużo głębszej integracji Ukrainy z Rosją na poziomie zarówno gospodarczym jak i politycznym średnio mnie przekonywały. Dlatego próbowałem znaleźć w gąszczu informacji i komentarzy poświęconych obecnemu kryzysowi krymskiemu na prawdę przekonujący argument, uzasadniający rosyjską interwencję na Krymie. I tak oto na portalu Deutsche Welle znalazłem komentarz Romana Gonczarenki, w którym czytamy:

„Półwysep Krymski żyje co prawda z turystyki, ale nie wiadomo, jak długo jeszcze. Przyjmuje się bowiem, że są tam pokaźne złoża gazu. Rząd Ukrainy planował w 2013 roku zawrzeć umowę z międzynarodowym konsorcjum, któremu przewodzi amerykański koncern energetyczny ExxonMobil, o eksploatacji gazu i ropy naftowej na Morzu Czarnym. Podpisanie umowy jednak przesunięto. Od roku 2017 planuje się wydobycie do 10 miliardów metrów sześciennych gazu, zapowiadało kijowskie ministerstwo energii. To w dużym stopniu zmniejszyłoby uzależnienie Ukrainy od dostaw gazu z Rosji.”

Hej! No to już wszystko wiemy! Jak zwykle chodzi o gigantyczne pieniądze, a dokładnie o gaz i ropę naftową. To teraz jest już zupełnie jasne, dlaczego prezydent Putin tak kurczowo chwycił się Krymu w momencie, kiedy Ukraina zaczęła mu się wyślizgiwać z rąk. Zgodnie z rosyjską racją stanu nie może dopuścić, aby pokaźne złoża czarnomorskie ropy i gazu były kontrolowane przez rząd w Kijowie, a w przyszłości może nawet i samą UE w przypadku integracji Ukrainy z nią. Gdyby tak rząd ukraiński stał się właścicielem takich złóż, to mógłby się z czasem całkowicie uniezależnić od dostaw surowców z Rosji. Podobnie zresztą cała UE w momencie, gdyby tak Ukraina doń przystąpiła, tym samym złamałaby monopol Gazpromu i wtedy albo mogłaby się z Rosjanami targować co do cen, albo całkowicie zakończyć import rosyjskich surowców, gdyby złoża czarnomorskie okazały się wystarczające.

Teraz już wiemy, że Rosja nie ustąpi tak łatwo i pewnie UE „bez walki ich nie weźmie”. W tym kontekście musi mocno niepokoić złamanie Memorandum Budapesztańskiego przez Rosję i właściwie brak dostatecznej reakcji ze strony pozostałych jego sygnatariuszy – USA i Wielkiej Brytanii. Pomimo że portal Ukraińska Prawda już parę dni temu oficjalnie ogłosił wojnę ukraińsko-rosyjską, to jednak wojna wciąż nie wybuchła, ponieważ nie padł jeszcze ani jeden strzał. Zresztą, jak wcześniej zasygnalizowałem, w razie prawdziwego konfliktu Putin pewnie się wykręci argumentem, że „wojsk rosyjskich nigdy tam nie było”, ponieważ oddziały opukujące Krym są bez dystynkcji ( oznaczeń państwowych ). A wtedy pewnie znowu ośmieszy państwa zachodnie. Tylko w takim razie, skoro wojska rosyjskie nie są wojskami rosyjskimi tylko krymskimi, to dlaczego premier Miedwiediew ostatnio wezwał do budowy przeprawy nad Cieśniną Kerczeńską, łączącą Krym z Rosją? Rosyjskie MSZ konsekwentnie zapewnia, że Rosja nie podważy suwerenności Ukrainy oraz „nie chce wojny z bratnim narodem Ukrainy”. Osobiście uważam, że stan dyplomatycznego napięcia na Krymie utrzyma się aż do wyborów 25 maja. Wtedy będzie można się pokusić o dalej idące prognozy. Wybuch otwartej wojny pomiędzy Ukrainą i Rosją jest jednak moim zdaniem mało prawdopodobny. Putin nie jest idiotą i jest wątpliwe, aby poszedł na otwartą wojnę z USA, Wielką Brytanią czy nawet Turcją, która ostatnio także wmieszała się do całego konfliktu. Musimy pamiętać, że Turcja posiada, zaraz po amerykańskiej, drugą największą i najnowocześniejszą armię w NATO. Jej potencjał militarny jest tak ogromny, że bez najmniejszego wysiłku byłaby w stanie w bardzo krótkim czasie posłać całą rosyjską Flotę Czarnomorską na dno. Putin wie, że stawka jest ogromna, bo tu idzie o interesy i monopol Gazpromu w Europie. Jednak szczerze wątpię, aby był gotowy na wojnę z NATO, którą Rosja bez najmniejszej wątpliwości przegra z kretesem. Dlatego też pragnę uspokoić wszystkich, że ewentualny konflikt zbrojny pomiędzy Rosja a Polską i krajami bałtyckimi jest całkowicie nierealny i należy do kategorii Political Fiction. Niemniej jednak w kwestii wciąż wiszącego w powietrzu otwartego konfliktu ukraińsko-rosyjskiego będzie pewnie wciąż kontynuowana wojna nerwów aż do momentu, w którym jedna ze stron ( USA? ) nie wypowie sakramentalnego „sprawdzam!”

  • Rysiek

    Super analiza, otwiera spojrzenie na kryzys z innej strony.

  • Tom

    „Niestety niektórym polskim publicystom (Sakiewicz, Terlikowski) oraz politykom (Kaczyński) zwyczajnie w świecie odbiło.”

    I to ma być początek wyważonej analizy napisanej przez fachowca? Świetna argumentacja 😉 Niemniej dałem szansę tekstowi, i co czytam?

    „Wiele osób tłumaczy to również próbą niedopuszczenia do wyjścia Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów. Tu małe sprostowanie: Ukraina jako niepodległe państwo nie jest podporządkowana żadnemu państwu ani innemu podmiotowi prawa międzynarodowego. W związku z tym Ukraina nie należy do niczyjej strefy wpływów, choć Władimir Putin jako człowiek radziecki myśli inaczej. Ukraina leży w rosyjskiej strefie wpływów, ale tylko w jego wyobraźni. ”

    No to gratuluję autorowi znajomości pojęcia „strefy wpływu” i jego implikacji w geopolityce a także pojęcia „niepodległość” i jego płynnego znaczenia w XXI wieku>

    Kury szczać prowadzić, nie analizy pisać…

  • Mir

    Owszem, być może niektóre stwierdzenia z początku są niefortunne, natomiast jeśli chodzi o kwestię strefy wpływów autor najprawdopodobniej przedstawił „oficjalny” stan rzeczy, który powinien obowiązywać i oficjalne stanowisko, które przyjmują wszystkie państwa (w tym Rosja), pomimo że prawda wygląda inaczej. Natomiast sama merytoryczna strona wnosi nowe i racjonalne spojrzenie na całą kwestię i nie można w czambuł krytykować na podstawie wyrwanych z kontekstu stwierdzeń, które komuś nie przypasowały..

  • W nalocie sił NATO zginęło pięciu afgańskich żołnierzy. „To wypadek” – Tutaj to misja pokojowa, nie OKUPACJA???

  • czytelnik

    Autorze – podstawowa uwaga – wojna nie zawsze wymaga użycia pocisków i bomb. Ale nawet jeśli nie giną ludzie, nie zmienia to faktu że wojna jest wojną. I z taką wojną mamy do czynienia właśnie w tym momencie na Ukrainie.