Ukraińskie niewiadome

Gdy trzy tygodnie temu wyjeżdżałem z Euromajdanu moim kolegom z centrum prasowego powiedziałem, że nie wierzę w pacyfikację kijowskich protestów, gdyż z perspektywy Janukowycza jest to rozwiązanie nielogiczne. Na tę opinię jedna z moich koleżanek odrzekła: – Ale tu nic nie jest logiczne.

Pierwsza barykada demonstrantów na ulicy Hruszewskiego, najbliżej pozycji Berkutu. Widoczne flagi UPA przewijają się na całym Euromajdanie, nie dominują one jednak w krajobrazie obszaru zajętego przez demonstrantów. Fot. Jakub Wojas
Fot. Jakub Wojas

Upadek Janukowycza

To co się działo od 18 do 20 lutego na Majdanie trudno nie nazwać inaczej jak rzezią. Przeciwko dobrze uzbrojonym i wyszkolonym funkcjonariuszom Berkutu,Wojsk Wewnętrznych i Milicji, a także rozstawionym wokół placu snajperom stanęli bardzo słabo uzbrojeni żołnierze sotni Samoobrony Majdanu. To wszystko mogło się skończyć kompletnym zniszczeniem pozycji protestujących. Jednak ta maskara ani trochę nie polepszyłaby sytuacji prezydenta Janukowycza. Protesty zaczęły obejmować cały kraj. Majdan można było spacyfikować, lecz gniewu narodu już nie.

Dlaczego zatem Wiktor Janukowycz zdecydował się na ten krok? Jego ostatnie postępowanie względem ruchu majdanowego wskazywało, że traci on kontrolę nad sytuacją. Zaognienie atmosfery antydemokratycznymi ustawami z 16 stycznia, walki z rewolucjonistami końcem stycznia, następnie negocjacje z opozycją, a w końcu rozpoczęcie pacyfikacji świadczyły, nie jak niektórzy sądzili, o sile byłego prezydenta Ukrainy, lecz o jego słabość. Był on jednak niewątpliwie poddawany także przeogromnej presji ze strony Moskwy (m.in. kwestia wstrzymania kredytów przez Kreml), a prawdopodobnie też twardogłowych ze swojego otoczenia. Liczył być może na słabość Majdanu i siłę swojej wewnętrznej pozycji. Jak widać te rachuby okazały się mylne.

Wielkie chwile polskiej dyplomacji

W jednym ze skeczów z cyklu „posiedzenie rządu” Robert Górski jako Donald Tusk wraz ze swoimi kolegami z boiska bawi się w rozwiązywanie kryzysu w Libii. Negocjuje z Obamą, wywodzi w pole Putina, zwiększa nacisk dyplomatyczny w ONZ, NATO i UE, a na Morze Śródziemne wysyła marynarkę wojenną. Krótko mówiąc – prowadzi politykę europejskiego mocarstwa. Całą tę zabawę „premier” kończy komentarzem: „fajnie by było gdyby to było naprawdę”. Aż tu nagle okazuje się w przypadku Ukrainy ta zabawa stała się poniekąd rzeczywistością.

W procesie rozwiązywania takiego kryzysu, jaki miał ostatnio miejsce na Ukrainie, zazwyczaj  biorą udział państwa z I ligi. Warszawa w ostatnich dniach zagrała w partii zdecydowanie wyżej, niż świadczyłby o tym jej potencjał i jeżeli nawet nie była graczem w tej układance najważniejszym, to jednak najbardziej aktywnym i widocznym. A to już dużo.

Wystąpienie Donalda Tuska 19 lutego w Sejmie na temat sytuacji na Ukrainie nie tylko odbiło się szerokim echem w agencjach informacyjnych na całym świecie, ale także zostało bardzo dobrze ocenione. Prezydent Francji Francois Hollande niedługo po nim powiedział, że zgadza się z propozycjami premiera Tuska dotyczącym wprowadzenia sankcji dla władz na Ukrainie, co natychmiast CNN uznał za powstanie „polsko-francuskiej inicjatywy”. Następnie z błogosławieństwem szefowej unijnej dyplomacji Cathrin Ashton minister Sikorski zorganizował misje UE do Kijowa złożoną z szefów dyplomacji Trójkąta Weimarskiego. Jeszcze dzień wcześniej mówiło się tylko misji Niemiec i Francji na Ukrainie. Wyjście przez Polskę z własną inicjatywą wypozycjonowało ją w tym momencie bardzo wysoko na unijnej scenie.

Samo wynegocjonowane przez unijnych dyplomatów porozumienie z Janukowyczem, co prawda nie przetrwało nawet doby, ale osiągnęło swój główny cel – zakończyło pacyfikacje Majdanu i otworzyło w ten sposób rewolucji drogę do zwycięstwa. Bez niego sytuacja na Ukrainie byłaby zapewne znacznie groźniejsza i skomplikowana, a życie straciłoby o wielu więcej bojowców.

Budujące jest również, że w najważniejszych chwilach dla naszego państwa przedstawiciele wszystkich opcji politycznych potrafili się zjednoczyć w imię polskiej racja stanu i przynajmniej przez krótki moment zawiesić wojnę polsko – polską. Smutne, że nie trwało to jednak długo.

Trwająca obecnie kuriozalna dyskusja na temat słów ministra Sikorskiego do jednego liderów ukraińskiej opozycji („If you don’t support this you’ll have martial law, you’ll have the army. You’ll all be dead”) nie przynosi nam chwały. Historia dyplomacji zna gorsze wypowiedzi padające podczas negocjacji. Tutaj stawką było zatrzymanie rzezi i to osiągnięto. To nie tylko osobisty sukces Radosława Sikorskiego. To przede wszystkim sukces Polski.

Do tej beczki miodu należy wrzucić łyżkę dziegciu. Długi brak zdecydowanych działań Unii Europejskiej w stosunku do Ukrainy, spowodował że Janukowycz mógł sobie pozwolić na więcej. Jeżeli raz strzelanie do obywateli uszło mu na sucho to mógł sądzić, że może i jeszcze raz się uda. Gdyby widmo surowych sankcji nad ówczesną władzą w Kijowie było wyraźniejsze to do pacyfikacji mogło nie dojść. Nie chodziło tutaj jednak o zrywanie wszelkich rozmów z władzami nad Dnieprem. W przypadku Ukrainy potrzebny był kij i marchewka. Nie było natomiast przygotowane ani jedno ani drugie.

Quo vadis, Ukraino?

Dziś, jak wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują rewolucja na Ukrainie zwyciężyła. Jednak najgorsze dopiero przed nią. Państwo ociera się o gospodarcze dno, a Rosja nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Sytuacja wewnętrzna na Ukrainie jest, lekko mówiąc, skomplikowana. Na razie Rada Najwyższa przyjmuję ustawy z szaleńczą szybkością, jednak nie są to te najtrudniejsze. Ciężka sytuacja gospodarcza wymaga trudnych reform, lecz trudno sobie dziś wyobrazić, że zostaną one przeprowadzone bez wsparcia Zachodu.

Niegłupim rozwiązaniem jest podnoszony co jakiś czas pomysł nowego Planu Marshalla dla Ukrainy, co bez wątpienia jest zadaniem dla Unii Europejskiej. Dochodzi do tego też kwestia kredytów z MFW i od poszczególnych krajów, w tym Polski. Jeżeli tego nie będzie – i to szybko! – Zachód odda pola władzom na Kremlu. Warto jednak zastrzec, że UE nie może sobie pozwolić dawać środków finansowych nowym władzom w Kijowie za nic. Pamiętajmy, że ten kraj dopiero wychodzi (miejmy nadzieję) z patologicznego systemu, więc pomoc musi być uzależniona od określonych postępów w zmianie struktury państwa, inaczej Ukraina ma nikłe szanse wyjścia z sytuacji w jakiej się znalazła.

Na Majdanie wciąż silne jest poczucie współodpowiedzialności za kraj. Euromajdan nie odchodzi i będzie sprawdzał realizacje swoich postulatów. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej w takiej postawie kryje się wiele potencjalnych słabości nowego systemu. Przede wszystkim, brak zaufania do całej klasy politycznej powoduje, że trudno będzie o stabilność rządów, a nad władzą będzie stale wisieć widmo kolejnego buntu – jeżeli nie będzie się liczyć z ludem, to lud tę władzę zmiecie. Tylko co wtedy, gdy to niezbędne reformy nie spodobają się rewolucjonistom? Zaczynają być również widoczne pierwsze tarcia między liderami antyjanukowyczowskiej opozycji. Niemal pewne jest też to, że wśród niedawnych rewolucjonistów znaleźli się ludzie o mało kryształowej przeszłości, widząc w Euromajdanie okazję do osiągnięcia osobistych korzyści.

Co powie Rosja?

W tej całej układance cały czas brakuje jednego gracza – Moskwy. W negocjacjach szefów dyplomacji Polski i Niemiec z Wiktorem Janukowyczem brał udział wysłannik Rosji Władimir Łukin. Zdaniem ministra Sikorskiego i ministra Steinmeiera odegrał on pozytywną rolę w rozmowach. Świadczyć to może o tym, że Rosji nie zależało na eskalacji konfliktu tylko na ratowaniu tego co się da. Co potwierdza z kolei (bezradna, nawiasem mówiąc) reakcja rosyjskiego MSZ, gdy okazało się, że umowa nie zostanie jednak dotrzymana. Być może chodziło też o polepszenie swojego wizerunku, który – paradoksalnie – podczas Igrzysk w Soczi zamiast się poprawić został mocno nadwyrężony.

W obecnej sytuacji nie da się wykluczać żadnego scenariusza, także tego gruzińskiego, czyli zajęcia przez armię rosyjską części terytorium żeby „chronić” swoich obywateli, tudzież rosyjskojęzyczną ludność. Jak wiadomo w Moskwie w takich chwilach zawsze silna jest partia opowiadająca się za „małą zwycięską wojną”. Jednak opcja zbrojnej interwencji jest dziś najmniej prawdopodobna.

Nie chodzi tu tylko o wspomniane starty wizerunkowe, ale także gospodarcze (wysokie koszty operacji, sankcje Zachodu) oraz polityczne (groźba, przynajmniej czasowej, izolacji Moskwy). Wojna pięciodniowa w Guzji z 2008 r., mimo że zwycięska, przyniosła Rosji więcej szkody niż pożytku, teraz byłoby jeszcze gorzej. Jednak głównym powodem zaniechania rosyjskiej interwencji jest to, że Kreml nadal ma szansę wygrać całą rozgrywkę na Ukrainie.

Co prawda Zachód, a w szczególności Unia zaczyna się uczyć na swoich błędach, jednak na razie nie ma nowej propozycji ratowania tonącej Ukrainy. Jeżeli koszty reform wymaganych przez UE okażą się znów dla rządzących w Kijowie za wysokie, to stąd prosta droga do powrotu do poprzedniej polityki „utrzymywania balansu” między Zachodem, a Wschodem. Obecnie jednak niebagatelna rolę ma czynnik społeczny, który po ostatnich wydarzeniach jest wściekle antyputinowski i mimo błędów Unii nadal proeuropejski. Piłka jest zatem po stronie Zachodu – czy i jak pomoże ratować ukraińskiego bankruta?

Innym, poza gospodarczym, instrumentem nacisku na Ukrainę jest gra na podział i destabilizacje kraju. Kraj ten z dnia na dzień się nie zmienił. Problem korupcji na szczytach nie wyparował. Za chwilę, w obliczu wyborów, może się zacząć bezpardonowa walka między politykami, a z kolei każde potknięcie Zachodu będzie skwapliwie wykorzystywane przez Rosję. I tak, krok po kroku, powoli można niweczyć szanse rewolucji na rzeczywiste zwycięstwo.

Nieciekawa jest także sytuacja na Krymie. Grozę mogą budzić obrazki witania kwitami w Sewastopolu funkcjonariuszy Berkutu, którzy krwawo tłumili Majdan. W Sewastopolu (przypomnijmy: w mieście stacjonowania rosyjskiej Floty Czarnomorskiej), również odbywają się demonstracje wyrażające lojalność nie wobec Kijowa, a Moskwy. Rosja postawiła tam też w stan gotowości swoje wojska.

Nie jest jednak prawdą, że cały wschód i południe kraju są prorosyjskie. Coraz wyraźniej widać, że hasła Euromajdanu stają się tam też coraz bardziej popularne. Na Krymie silne wsparcie dla rewolucjonistów stanowią Tatarzy stanowiący ok. 13 proc. ludności regionu. Prawowite władze autonomii uznały nowe porządki w Kijowie. Ruchy Moskwy mają zatem raczej przede wszystkim na celu wywarcie presji na Ukrainę, wprowadzeniu atmosfery napięcia i chaosu, aby doszło do odejścia od prozachodniego kursu nowych władz.
Jednak sprawa separatyzmu krymskiego, może stanowić dla Kremla ważny narzędzie również z innego powodu. Pojawiają się głosy, że w przypadku secesji Krymu do gry może wejść Turcja odwołując się do swojego historycznego zwierzchnictwa nad tym obszarem. W przypadku konfliktu (niekoniecznie zbrojnego) Ukrainy z Turcją, państwem NATO i aspirującym do UE, Kijów może napotkać problemy by znaleźć sojuszników na Zachodzie w tym starciu, a wówczas z ofertą bratniego sojuszu może wyjść… Moskwa. Dziel i rządź.

Dziś wydaję się, że Rosja gra na wielu fortepianach. Wszędzie próbuje sobie zostawić otwartą drogę, a to którą z nich wybierze zależy od postawy Kijowa i polityki Zachodu. Na razie interwencja zbrojna wydaje się nielogiczna – tylko, że historia ostatnich wydarzeń uczy, że tutaj nic nie jest logiczne.