Sudan Południowy – od kołyski do przedwczesnego grobu?

Niepodległy od niecałych trzech lat Sudan Południowy znajduje się na skraju krwawej wojny domowej między dwoma najsilniejszymi plemionami w kraju. Ale konflikt plemienny to tylko efekt bezwzględnej gry o władzę między dwoma ambitnymi politykami.

Po lewej Riek Machar (fot. Hannah McNeish / VOA), po prawej Salva Kiir (fot. Kjetil Elsebutangen / Utenriksdepartementet)
Po lewej Riek Machar (fot. Hannah McNeish / VOA), po prawej Salva Kiir (fot. Kjetil Elsebutangen / Utenriksdepartementet)

Szczerbaty mesjasz Sudanu

Leworęczny i posiadający ubytek w górnym zębie – takimi oto cechami wyróżniać się miał przywódca, który doprowadzi Sudan Południowy do niepodległości, zgodnie z przepowiednią proroka Ngudenga z plemienia Nuerów. Są oni drugim najliczniejszym plemieniem w Sudanie Południowym, stanowiąc około 10% całej populacji i – jako lud pasterski, wyznający w większości religie pierwotne i animistyczne – przywiązują dużą wagę do tego typu znaków. Nic więc dziwnego, że oczy ludzi z plemienia Nuer zwróciły się w stronę Rieka Machara, jednego z bojowników o niepodległość Sudanu Południowego, który nie tylko pisze lewą ręką, ale u którego proroctwo objawia się także w nie do końca kompletnym uzębieniu.

Przepowiednia spełniła się 9 lipca 2011 roku, gdy Sudan Południowy zdobył wymarzoną niepodległość. Choć rozbrat z Chartumem przebiegł w sposób pokojowy, to wywołana spełnieniem długo wyczekiwanego marzenia euforia dająca nadzieję na koniec długich lat krwawych wojen domowych, w wyniku których zginęło co najmniej dwa miliony osób, nie trwała jednak długo. Po chwili uniesienia przyszedł czas na zderzenie się z brutalną rzeczywistością oraz rozpoczęcie budowy zrębów nowego państwa od całkowitych podstaw. Samo odzyskanie niepodległości nie zbuduje bowiem instytucji administracji państwowej i nie zatroszczy się o transport czy gospodarkę. Do tego potrzebnych jest wiele lat ciężkiej pracy, a 9 lipca 2011 roku znaczył jednie początek tej niezwykle długiej i wyboistej drogi.

Główny ciężar nadzorowania tej trudnej operacji wziął na siebie Salva Kiir, przedstawiciel Dinków – najliczniejszej grupy etnicznej w Sudanie Południowym (ok. 15% ludności) – który od 2005 roku pełni funkcję prezydenta, najpierw, do czasu odzyskania niepodległości, regionu autonomicznego, a od lipca 2011 – nowopowostałego państwa. Jako swojego zastępcę i wiceprezydenta wyznaczył on wspomnianego Rieka Machara, pochodzącego z konkurencyjnego plemiona Nuerów. Obu co prawda łączyła wspólna przeszłość w Ludowym Froncie Wyzwolenia Sudanu, ale jeszcze więcej dzieliło. Mimo to współpraca między nimi wydawała się układać dobrze aż do lipca 2013 roku, kiedy to Kiir zdymisjonował cały swój gabinet, łącznie z Macharem. Ten uznał to za przykład postępującego autorytaryzmu prezydenta oraz dążeń Dinków, którzy rzekomo chcą zawłaszczyć dla siebie władzę w kraju.

Konflikt narastał, a jego kulminacja nastąpiła blisko pół roku później.

Niejednokrotnie, o wiele większą siłę rażenia od realnego działania może posiadać siła plotki i niesprawdzonej pogłoski. Taką rolę spełniła wieść o rzekomym zaaresztowaniu Rieka Machara, co – przy i tak spolaryzowanych nastrojach w pałacu prezydenckim – doprowadziło 14 grudnia do walk między broniącymi Machara Nuerami, a stronnikami prezydenta z plemienia Dinków. Początkowo, starcia ograniczyły się do szeregów straży prezydenckiej, wkrótce padły jednak pierwsze strzały i już następnego dnia konflikt zaczął zataczać coraz szersze kręgi. Salva Kiir oznajmił, że jego przeciwnik próbował dokonać zamachu stanu, ten z kolei stwierdził, żepowstałe zamieszanie było rezultatem zwykłego nieporozumienia między strażnikami, które prezydent Sudanu Południowego stara się wykorzystać jako pretekst do pozbycia się swojego rywala politycznego.

Długoletnia rywalizacja

Riek Machar nie musi być koniecznie zapowiadanym w proroctwie zbawcą Sudanu, nawet jednak bez tego, jego wersja wydarzeń z grudnia 2013 r. wydaje się być nieco bardziej wiarygodna.

Animozje pomiędzy dwoma afrykańskimi politykami rosły już od pewnego czasu, przede wszystkim z powodu działań prezydenta Kiira, którego autorytarne zapędy nie są czymś nowym. Jeszcze jako działacz Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu brał on stronę jej despotycznego przywódcy Johna Garanga, co w efekcie doprowadziło w 1991 roku do rozłamu w tej organizacji. Na czele rozłamowców znalazł się… Riek Machar, który już wtedy obawiał się zbytniej koncentracji władzy w rękach jednej osoby. Lata później, w wywiadzie udzielonym jednej z ugandyjskich gazet, Machar stwierdził, że wierzy w ideę kadencyjności i ma nadzieję, że po dwóch kadencjach Salva Kiir ustąpi swoje miejsce w pałacu prezydenckim innemu kandydatowi wyłonionemu w demokratycznych wyborach. Później, już po zdymisjonowaniu przez Kiira, Machar zapowiedział start w wyborach prezydenckich w 2015 roku, aby przywrócić równowagę polityczną w nowopowstałym kraju.

Wygląda na to, że autokratyczna natura obecnego prezydenta Sudanu Południowego pozostała bez zmian, czego świadectwem jest dymisja gabinetu w lipcu 2013 roku. Można zastanawiać się, czy do takiej postawy przyczyniły się również problemy zdrowotne Salvy Kiira, który musiał w ostatnim czasie wyjechać do aż RPA w celu odbycia kuracji, ale biorąc pod uwagę jego wcześniejsze poglądy, jest to tłumaczenie raczej na wyrost.

Nieszczęścia chodzą stadami

Te wewnętrzne rozgrywki polityczne doprowadziły młode państwo na skraj wojny domowej – brutalne walki i masowe morderstwa pochłonęły już życia być może nawet dziesiątek tysięcy Sudańczyków. Sytuacja humanitarna jest coraz bardziej krytyczna i jak szacuje ONZ ponad 120 tysięcy osób musiało uciec ze swoich domów w obawie przed eskalacją przemocy. A jest się czego bać – zarówno Dinkowie, jak i Nuerowie nie mają żadnej litości, mordują ludzi zbiorowo, wyłącznie na podstawie ich przynależności plemiennej, nie oszczędzając przy tym kobiet i dzieci. Te tragiczne wydarzenia bardzo mocno przypominają sceny z sąsiedniej Republiki Środkowoafrykańskiej. W tym samym rejonie, problemy od dłuższego czasu przeżywają także chociażby Somalia czy Demokratyczna Republika Konga. Chciałoby się rzec, że nieszczęścia w Afryce Środkowej nie chodzą parami, a raczej całymi stadami.

Sytuacja w Sudanie Południowym jest tym bardziej tragiczna, że mowa o kraju niezwykle młodym, który nie zdążył jeszcze na dobrą sprawę się ustabilizować, okrzepnąć i nawet bez obecnego konfliktu miałby przed sobą całą masę wyzwań. Ponad połowa Sudańczyków (50,6%) żyje poniżej progu ubóstwa, a PKB per capita wynosi około 1000$, co stanowi jeden z najniższych wyników na świecie. Tylko co trzeci mieszkaniec tego kraju potrafi czytać i pisać, a duża część nowo narodzonych dzieci nigdy nie będzie miała nawet szansy rozpocząć nauki – na 1000 noworodków w Sudanie Południowym umierają aż 104 (dla porównania – w Polsce 5 na 1000). Co więcej, problem będzie tylko rósł, bo mieszkańcy najmłodszego państwa świata są odpowiedzialni bowiem za 3 najwyższą stopę przyrostu naturalnego na świecie (za Katarem i Omanem): coraz więcej Sudańczyków przychodzi na świat, ten jednak nie daje im żadnych perspektyw.

Warto również pamiętać o traumie i negatywnym wpływie na psychikę, szczególnie młodych osób, który niesie ze sobą wojna domowa. Szkoda, aby Sudan Południowy tuż po swoich „narodzinach” musiał borykać się z traumą narodową. Jeszcze gorzej, jeśli z tą traumą sobie nie poradzi i po prostu się rozpadnie.

Konflikt plemienny czy rywalizacja elit?

Cokolwiek się stanie z Sudanem Południowym, za dalszy scenariusz nie będzie odpowiedzialny podział plemienny na Nuerów i Dinków, jak to niekiedy przedstawia się w mediach, argumentując przy tym, że Afrykanie są predestynowani do przemocy i nie potrafią żyć w pokoju. Tak naprawdę odpowiedzialność leży po stronie wąskiej grupki ambitnych polityków, którzy wykorzystują konflikt plemienny aby za wszelką cenę dojść do władzy, nie oglądają się przy tym na koszty ludzkie. Sudańczycy nie są „dzikusami”, a raczej ofiarami oraz pionkami w grze, której do końca sami nie rozumieją. Społeczność międzynarodowa nie powinna włączać się w tę grę i przesądzać o jej wyniku, musi za to wywrzeć presję na obie strony odpowiedzialne za ten konflikt i postarać się wymusić jakiś rodzaj kompromisu, który zatrzyma rozlew krwi i pozwoli Sudańczykom samym zadecydować o swoim ustroju politycznym.

Do takiej decyzji potrzebna jest jednak dojrzałość i odpowiedzialność polityczna, a tej u prezydenta Salvy Kiira zdecydowanie brakuje.