Sahel płonie. Czy Zachód może pomóc?

Sztuczne granice, brak elit i tradycyjne rozumienie suwerenności to wybuchowa mieszanka, która sprawia, że Afryka dziś jest tak niestabilna. Czy Zachód może pomóc naprawić błędy popełnione przy dekolonizacji?

Rebelianci z Republiki Środkowoafrykańskiej (fot. Flickr: hdptcar / car.humanitarianresponse.info - CC)
Rebelianci z Republiki Środkowoafrykańskiej (fot. Flickr: hdptcar / car.humanitarianresponse.info – CC)

Błędy i niedociągnięcia popełnione w przeszłości mszczą się dzisiaj. Gwałtowna dekolonizacja Afryki, w efekcie której powstało kilkadziesiąt – w zdecydowanej większości nieprzygotowanych do niepodległości – państw to główna przyczyna dzisiejszych niepokojów na Czarnym Lądzie. Sztuczne granice, brak elit i westfalskie rozumienie suwerenności to prawdziwie wybuchowa mieszanka. Afryka nigdy nie była kontynentem stabilnym, a w niezliczonych wojnach trup słał i ściele się gęsto. Czy Zachód jest w stanie cokolwiek zrobić? Zasypywanie Afryki pieniędzmi nie przyniosło bowiem pozytywnych skutków.

Mniejszy bądź większy chaos

Niestabilna jest Afryka Północna, w której od Tunezji przez Libię po Egipt rewolucje wywróciły konserwowany przez dekady autorytarny porządek polityczny. Podmuch arabskiej wiosny dotarł do Sahelu w postaci Tuaregów, którzy postanowili upomnieć się o swoje prawa w Mali. Szło im to naprawdę dobrze, w kilka miesięcy przejęli kontrolę nad połową terytorium kraju. Na tym obszarze coraz śmielej zaczęli działać radykalni islamiści, w tym terroryści z grup powiązanych z Al-Kaidą. Gdy islamiści przejęli pałeczkę w początkowo tuareskim buncie i zaczęli zagrażać pokonaniem resztek zdemoralizowanej i słabej malijskiej armii, do gry wkroczyła dawna metropolia – Francja. W kilka tygodni udało się pokonać islamistów i wymusić na Tuaregach, by realizowali swoje cele za pomocą metod politycznych.

Jednak nie tylko Mali jest płonącym problemem na obszarze Sahelu. Kolejne kostki domina to Niger, Czad, Republika Środkowoafrykańska i Sudan Południowy. Z powodzeniem można dodać też północną część Nigerii. Na południe od Republiki Środkowoafrykańskiej oraz Sudanu Południowego wieczną ostoją niestabilności jest DR Kongo (oczywiście nie leży na obszarze Sahelu). Gdy udało się powierzchownie ugasić pożar w Mali, z pełną mocą wybuchł pożar w Republice Środkowoafrykańskiej. Znowu to Francuzi musieli wysłać swoich żołnierzy, by ratować dawną kolonię przed totalnym chaosem i zbrodniami przeciwko ludzkości. Paryż apeluje do sojuszników o pomoc, gdyż sam nie poradzi sobie z porządkowaniem tak ogromnego terytorium. Nie w sytuacji, gdy nie ma czegoś takiego jak linia frontu, a walki wybuchają i gasną w różnych punktach kraju. Poważny niepokój wzbudza też sytuacja w Sudanie Południowym, który istnieje jako niezależny byt dopiero 2,5 roku. Walka o władzę między elitami dwóch najliczniejszych plemion – Dinkami i Nuerami – nabiera niebezpiecznej dynamiki. Pytania o zachowanie integralności kraju są może przedwczesne, lecz obawy o długotrwały konflikt, który może pochłonąć tysiące istnień ludzkich są jak najbardziej uzasadnione. Ostatnie dekady zebrały w Sudanie wyjątkowo krwawe żniwo, a teraz do walki między sobą stanęli dawni towarzysze broni, zbuntowani przeciwko Arabom z Chartumu.

Jak pomóc, żeby nie zaszkodzić?

Porządkowanie sytuacji w Sahelu nie może być oderwane od porządkowania sytuacji w Afryce Północnej. Dopóki w Libii trwa chaos, a coś takiego jak władza centralna de facto nie istnieje, nie ma mowy o stabilności w Sahelu. Zbyt dużo broni, zbyt duże pole do popisu dla licznych milicji i ugrupowań o radykalnym charakterze. Nawet gdy Libia była oazą spokoju pod twardą pięścią Muammara Kaddafiego, Sahel przypominał dziurawy kanister paliwa, do którego co chwilę podbiegali z zapałkami chętni do wywołania fajerwerków.

Sahel to kombinacja ubóstwa, wysokiego przyrostu naturalnego i słabej, zacofanej gospodarki. Wszystko to jest podlane sosem niekompetentnej, skorumpowanej i nastawionej na promowanie interesów własnego plemienia/grupy etniczno-religijnej władzy. A w tle mamy wspomniane na początku sztuczne granice, których politycy afrykańscy zrzeszeni w Unii Afrykańskiej są gotowi bronić do krwi ostatniej. Nie zapominajmy też o surowcach naturalnych, za którymi idą gigantyczne pieniądze i koncerny z całego świata, gotowe – i to dosłownie – po trupach dojść do celu, czyli zdobyć kontrakty na wydobycie i eksport.

W takich warunkach się poruszamy i należy zapytać, czy potrafimy się w tym wszystkim odnaleźć. Czy mamy odpowiedź na bolączki państw Sahelu i jakąś alternatywę dla rosnącej rzeszy podatnych na radykalizację ludzi? Czy wysłanie kilku tysięcy żołnierzy rozwiązuje cokolwiek poza doraźnymi problemami? Czy odgrywamy rolę policjanta przerywającego masakry cywilów, nie mając wiele więcej do zaproponowania? Co moglibyśmy zaproponować wiedząc, że budowa państwa od podstaw (nation-building) to kosztowne przedsięwzięcie, które nie za bardzo nam wychodzi? Czy wysyłanie do kolejnych państw kontyngentów pokojowych składających się z afrykańskich żołnierzy (chwała Unii Afrykańskiej za to, że takie misje organizuje) stanowi lepsze rozwiązanie niż zachodnia interwencja? Listę pytań można z powodzeniem uzupełniać o kolejne propozycje. Tylko czy znajdujemy jakieś rozsądne, racjonalne odpowiedzi? Czy możemy zrobić coś więcej od doraźnego gaszenia pożarów?