Oceniajmy polityków przez pryzmat racji stanu. Viktora Orbana też

Ostatnie porozumienie Węgier z Rosją wywołało wiele kontrowersji w naszym kraju. Niestety, zdaje się, że mało który polski publicysta bierze pod uwagę fakt, że Orban po prostu dba o interes narodowy Węgier, a nie Polski czy UE.

Viktor Orbán (fot. European Union 2012 EP/Pietro Naj-Oleari/Flickr)
Viktor Orbán (fot. European Union 2012 EP/Pietro Naj-Oleari/Flickr)

Nie chcę w Warszawie drugiego Budapesztu, a w dodatku nie chciałbym też węgierskich problemów w Polsce – tych związanych z zarzutami naruszenia standardów demokratycznych, ale też wynikających z historii (Węgrzy czują się historycznie pokrzywdzeni, szczególnie postanowieniami, które zapadły po I wojnie światowej). W Polsce Wiktor Orban, obecny premier Węgier, posiadający większość konstytucyjną, jest oceniany w różny sposób. Lewica zwalcza Orbana, a lewicowi politycy i publicyści (w Polsce to jednak odważne, bo kogo nazwać lewicowym?) krytykują go, prawicowi zaś albo wychwalają pod niebiosa (jak politycy PiS-u) lub zachowują przyjazną neutralność (jak politycy Platformy – Donald Tusk i Wiktor Orban mają też wspólną pasję w postaci piłki nożnej).

Nie jestem specjalistą od Węgier i tego nie ukrywam. Inspiracją do tego tekstu stały się ostatnie wydarzenia na linii Budapeszt-Moskwa, a mianowicie deal:
a) Rosjanie pożyczają 10 mld euro Węgrom na 30 lat;
b) Węgrzy rozbudowują elektrownię atomową w Paks w ciągu 10 lat;
c) Węgrzy popierają i biorą udział w South Streamie, co znacznie utrudnia realizację konkurencyjnego projektu Nabucco.
Wydarzenia te zostały kompetentnie przedstawione i ocenione przez Ośrodek Studiów Wschodnich w analizie, do lektury której zachęcam.

Efektem decyzji Orbana, podjętej na parę miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, była burza na polskim Twitterze. Podział jest oczywiście typowy i zależny pod poglądów politycznych. To, czego jednak nie zniosę jest ocenianie Orbana przez pryzmat rozumowania „nie współpracuje z Rosją – bohater, idol, współpracuje – zdrajca”. Zresztą, ten błyskotliwy niczym Warsaw Shore model został przeniesiony ze szczytów intelektualnych prezentowanych w polskich studiach telewizyjnych, gdzie dyskutuje się płytko o stosunkach polsko-rosyjskich.

Kryteria oceny Orbana

A rzetelnego przeanalizowania sprawy, jak punktów w piłkarskich Eliminacjach do mistrzostw Świata w Brazylii, brakuje. Dbanie o rację stanu nie polega na tym, że z Rosją się współpracuje bądź też nie współpracuje. Mówiąc wprost – z Rosją trzeba współpracować wtedy, gdy jest to zgodne z racją stanu i nie współpracować wtedy, gdy ta współpraca nam się na danym polu nie opłaca. Oczywiście, po drodze są kompromisy, my wam tu, wy nam tu itd. Generalnie jednak zamykanie sobie drzwi w polityce międzynarodowej (patrz: problem Syrii 2011-2012) jest nierozsądne i świadczy o krótkowzroczności. Krótko mówiąc: rzetelna ocena posunięć w polityce międzynarodowej musi zakładać ocenę realizacji interesu narodowego, którego percepcja może być subiektywna.

Trzeba powiedzieć wprost – Orban zagrał z Rosją przeciwko Unii Europejskiej, a patrząc z punktu widzenia polskiej polityki energetycznej – też przeciwko Warszawie. Polska zatem nie będzie popierać ani South Streamu, ani z miłością i maślanymi oczami patrzeć na działania Rosatomu u naszych braci od szabli i od szklanki. Stąd głosy o tym, że Orban „zdradził” (!), a z drugiej strony próby (nieudolne) tłumaczenia, że to nie tak wszystko…. Ktoś jest jednak zdziwiony, że dla Orbana ważniejsze są stosunki z Rosją niż z Polską?

A z punktu widzenia Węgier wygląda to tak:

1) Wiktor Orban nawiązuje bardzo poprawne relacje z największym dostawcą energii, co może zaprocentować obniżkami cen;
2) Wiktor Orban pogłębia uzależnienie energetyczne Węgier od Rosji i nie sprzyja polityce dywersyfikacji;
3) Wiktor Orban otrzymuje dobrą propozycję biznesową – my budujemy i pomagamy finansować, ty zapewniasz nam rynek i wpuszczasz nasze kluczowe inwestycje;
4) a pozycja Węgier w UE? Przecież Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy i Polacy uznają to za afront.

Premier Orban zadbał więc o ceny surowców energetycznych, ale jednocześnie niezwykle umocnił pozycję rosyjską na węgierskim rynku. Bonusem, jaki może uzyskać przy niskich kosztach energii, jest wzrost popularności. Tutaj odsyłam do raportu OSW, gdzie jest napisane, że zainteresowanych kontraktem było wielu (m.in. Francuzi i Amerykanie), a rząd węgierski wykorzystał procedurę bezprzetargową, teoretycznie najgorszą z punktu widzenia zamawiającego. Znowu powstaje klasyczne pytanie: co jest ważniejsze, cena czy dywersyfikacja? A może to jest super układ dla Węgier, bo przecież Rosjanie tylko rozwiną elektrownię atomową, a jej właścicielem będą Węgrzy i to oni będą zużywać produkowaną tam energię? Są tez negatywne konsekwencje dla Węgier – wyobraźcie sobie, jak odebrany zostanie Orban na brukselskich salonach, gdzie nie jest już zbyt popularny. Oddał gigantyczny kontrakt Rosjanom i de facto poparł Rosję w negocjacjach, w których Unia Europejska jest stroną. A moment wyborny: Moskwa najpierw zgarnęła Armenię, potem odwiodła Ukrainę od przystąpienia do umowy stowarzyszeniowej, a teraz poszerzyła swoje wpływy na Węgrzech.

Oceniamy działania i efekty, a nie wizerunek i słowa

Nie wchodząc w szczegóły. To, do czego Was zachęcam, przy ocenianiu klasy Wiktora Orbana jako polityka poruszającego się na arenie międzynarodowej, jest analiza tego, czy ten kontrakt się Węgrom opłaca, czy nie. To są zadania dla Orbana – stworzyć Węgrom jak najlepsze warunki do rozwoju, zwiększyć PKB, bogacić społeczeństwo, umacniać pozycję międzynarodową Węgier.

To samo dotyczy polskiej polityki. Nie patrzmy na Rosję, Niemcy, Stany Zjednoczone jako wyznacznik tego, jak Polska musi postępować. Kierujmy się, przy ocenianiu polskich polityków, polskim interesem narodowym. Taki skromny apel. A umiejętności Orbana można krytykować za treść umów z Rosjanami, a nie za sam fakt ich podpisania. Tutaj wypada tylko pozdrowić tych naiwnych, którzy uważali, że Orban będzie się kierował naszym interesem, bo lubi Polskę – nie, nie będzie. Nie dotyczy to tylko Węgier, ale też Niemiec, Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, a nawet Luksemburga. To też powód – odbijam piłeczkę na stronę federalistów – dla których „Stany Zjednoczone Europy” to projekt w tym momencie nierealistyczny.

Oczywiście, Orbana – jako polityka – można lubić albo nie lubić. Tylko że wtedy nie udawajmy, że jesteśmy bezstronni. Nasza ocena jest wtedy emocjonalna, a debata ma niewiele wspólnego z merytoryczną dyskusją.