Sprzedawcy bez marzeń

Mają od 8 do 14 lat. Mieszkają w San Cristobal de Las Casas w stanie Chiapas, Meksyk. Handlując słodyczami, przekąskami, ręcznie robionymi pluszakami dzielą pracę ze szkołą. Nie starcza już czasu na zabawę, ni siły na marzenia.

Orzeszki

Sebastian ma osiem lat i drewnianą skrzyneczkę-wystawkę, na której układa gumy do żucia, paczki solonych orzeszków, batony i papierosy sprzedawane na sztuki. Skrzyneczka zwisa na szyi, gdy młody handlarz i jego nieco starszy kolega chodzą dookoła zocalo, głównego placu miasta. Gdy się rozdzielają, Sebastian zajmuje wylot ulicy Miguela Hidalgo, którą od placu oddzielają dwa słupki. Na jednym chłopiec ustawia skrzyneczkę, na drugim siada, czekając na klientów.

Paczka orzeszków u Sebastiana kosztuje 8 pesos, czyli 2 złote.

Pracuje codziennie. W niedzielę i święta po 10 godzin. W tygodniu mniej, bo chodzi też do szkoły. Gdy ma czas wolny, lubi grać w piłkę nożną. Mówi z rozwagą, że jeszcze nie wie co chce robić w przyszłości. Marzeń nie ma.

Następnego dnia robi się zimno (San Cristobal znajduje się na ponad dwóch tysiącach metrów, więc choć to południowy Meksyk, w listopadzie bywa nieprzyjemnie). Sebastian nie ma ze sobą żadnej kurtki, tylko ten sam sweterek w paski, co poprzedniego dnia. Teraz przytulał się do jeszcze rozgrzanego słońcem metalowego śmietnika.

Sebastian ma osiem lat (…). Pracuje codziennie. W niedzielę i święta po 10 godzin. W tygodniu mniej, bo chodzi też do szkoły. Gdy ma czas wolny, lubi grać w piłkę nożną. (fot. W.Ganczarek)
Sebastian ma osiem lat (…). Pracuje codziennie. W niedzielę i święta po 10 godzin. W tygodniu mniej, bo chodzi też do szkoły. Gdy ma czas wolny, lubi grać w piłkę nożną. (fot. W.Ganczarek)

Chrupki

Christinę spotykam pod katedrą. Krąży między turystami z koszem chicharrones na głowie, w ręce trzyma plastikowy taborecik. Chicharrones to prażone świńskie skórki, i przy okazji typowa przekąska w tamtej części świata. Podchodzę, Christina zatrzymuje się, stawia taborecik, na nim kosz. Do plastikowej torebki z chrupkami dodaje nieco sosu chilli. Uśmiecha się nieśmiało, a jej młodsza siostra przygląda się nam niepewnie.

Christina ma 13 lat. Skończyła sześcioletnią szkołę podstawową i teraz już tylko pracuje. Codziennie przez około 10 godzin handluje pod katedrą i na zocalo. Czasami zamiast kosza chicharrones nosi na głowie metalową tacę rurek z kremem.

— A co lubisz robić, gdy nie pracujesz? – pytam, a dziewczyna zamyśla się.
— Hmm… Chodzi o to, że ja raczej nie odpoczywam, więc lubię tylko sprzedawać.
— Nic więcej?
— Nic.

Nie wie, co chciałaby robić w przyszłości. Nie wie co odpowiedzieć, gdy pytam o zainteresowania. To samo w przypadku marzeń.

Pluszowe żyrafy

Maria przechadza się z mamą ulicą 20 Listopada – to trasa od zocalo do kościoła Santo Domingo, otoczonego bazarem z tkaninami, pamiątkami i wszystkim tym, co może zainteresować turystę (np. malutka laleczka-Zapatysta za 5 pesos). Ma 13 lat, czworo rodzeństwa, sprzedaje pluszowe żyrafy i lwy. Lew, którego kupuję, przypomina bardziej małpkę, ale żyrafy są przepiękne, o jaskrawej, ale gustownie dobranej kolorystyce, i sympatycznych buziach.

Maria szyje żyrafy w tygodniu, wtedy chodzi też do szkoły. Potrzebuje jeden dzień na zwierzę, które sprzedaje potem turystom za 30 pesos (7.50zł). Handluje w soboty i niedziele. Wychodzi z domu o ósmej rano i wraca o dziewiątej wieczorem, sprzedając średnio ze cztery sztuki.

— A kiedy nie pracujesz, co lubisz robić?
— No… szyję te wszystkie lwy i żyrafy.
— Nie bawisz się?
— Nie – odpowiada krótko.

Gdy pytam o przyszłość, jest zdziwiona tak, jakbym spytał ją jakiego koloru jest niebo. Oczywiście w przyszłości będzie pracować. Jak? Oczywiście sprzedawać lwy i żyrafy. Nie chce innej pracy? Nie.

— A o czym marzysz?  stojąca obok mama, z naręczem szali domowej roboty, wzdycha rozmarzona, a dziewczyna wystrzela:
— Pomóc mojej mamie!

Maria, 13 lat, 13 godzin pracy, żyrafy i lwy. (fot. W.Ganczarek)
Maria, 13 lat, 13 godzin pracy, żyrafy i lwy. (fot. W.Ganczarek)

Rurki z kremem

— Bojtek? I jesteś z Polski? Łaaał! – mała robi zdziwioną, radosną minę. Jest bardzo śmiała, zupełnie inaczej niż pozostałe dzieci, które spotkałem.
— Tak, tak, z Polski. A ty jak masz na imię?
— Yakelin!

Ma osiem lat. Chce zostać aktorką i świetnie się do tego nadaje: próbuje mi wcisnąć rurkę z kremem wypowiadając dwukrotnie zawyżoną cenę z miną świętoszka Moliera, a gdy wykrywam spisek – wybucha śmiechem. Pracuje codziennie, jak mówi, ale tylko po pół godziny. Chyba rzeczywiście, bo zaraz po rozmowie widzę ją, jak z dwójką kolegów bawi się w ganianego w dużej aptece na rogu zocalo. Z pewnością ma przysłowiowego diabła za skórą, chociaż gdy pytam o zainteresowania, odpowiada z przekonaniem, że bardzo lubi uczyć się i pracować. Lubi też sport: piłkę nożną i koszykówkę, ale przede wszystkim – aktorstwo. Słowo „actriz” (hiszp. aktorka) wypowiada z pasją, długo przeciągając ostatnią literę.

Coca-cola

Rosa Angelika terminuje w sklepie spożywczym swojego ojca, który najwyraźniej oszczędza światło. Długa drewniana lada oddziela klienta od pustawych pułek z chipsami i puszkowaną fasolą. W lewym rogu stoi lodówka z nieśmiertelną coca-colą, które w Meksyku jest tańsza od wody mineralne. Od nie-mineralnej zresztą też.

Rosa ma czternaście lat i uczy się w secundarii, czyli odpowiedniku naszego gimnazjum. Gdy zaczynamy rozmowę, zatapia się głęboko w sklepowy fotelik. Za ladą stoi po 6-7 godzin. Gdy nie jest w szkole czy sklepie, pomaga w domu. Lubi czytać. Wie już, że w przyszłości chciałaby być nauczycielką, co oświadcza z mieszanką nieśmiałości i dumy.

— A o czym marzysz?
— Nie wiem…
— Jestem pewny, że o czymś marzysz! – próbuję zachęcać dziewczynę. Może chcesz być aktorką, wiesz, niektórzy by chcieli…
— Nie, nie wiem – zatrzymuje mnie.
— To nie masz marzeń?
— Nie.

***

Mural na drewnianym budynku zarządu zapatystów („Oficina de buen gobierno”) w separatystycznej osadzie Roberto Barrios, niedaleko Palenque. (fot. W.Ganczarek)
Mural na drewnianym budynku zarządu zapatystów („Oficina de buen gobierno”) w separatystycznej osadzie Roberto Barrios, niedaleko Palenque. (fot. W.Ganczarek)

San Cristobal de Las Casas jest swego rodzaju kulturalną i polityczną stolicą stanu Chiapas, jednego z najbiedniejszych regionów Meksyku. Miasto stało się sławne w 1994 roku wraz z występującymi w obronie ubogich zapatystami pod wodzą charyzmatycznego subcomendante Marcosa. Działalność zapatystów w regionie jest kontynuowana, jednak poziom życia ludności nie uległ znaczącej zmianie na większą skalę. Przy głównej drodze prowadzącej z Palenque do San Cristobal mijałem wioski małych, drewnianych chat, których jedynym wyposażeniem były hamaki. Mój rower często zatrzymywały dzieci rozciągające w poprzek drogi linę i usiłujące sprzedać banany czy pomarańcze. W modnym San Cristobal bieda jest może jeszcze bardziej widoczna, bo mali sprzedawcy czy koczujący w namiotach ludzie, których głód wygonił z okolicznych wiosek, kontrastują z bogatymi rzeszami turystów z kraju i zagranicy, a także obcokrajowcami-aktywistami, którzy zajmują się problemami pierwszego świata, nie za bardzo przystającymi do głównych problemów Chiapas.

***

Tytuł reportażu nawiązuje do piosenki grupy Myslovitz „Sprzedawcy marzeń”.

  • Turystka

    W fantastyczny sposób piszesz.
    Bardzo mądry i dający do myślenia tekst.