Polska i Ukraina: rzeczywistość postwileńska

Po zakończonym fiaskiem szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie prezydent Bronisław Komorowski powiedział o konieczności utrzymania wagi stosunków polsko-ukraińskich w „rzeczywistości postwileńskiej”. Jednak mało kto się spodziewał, że rzeczywistość ta będzie aż tak nieprzewidywalna.

Prounijna demonstracja w Kijowie, grudzień 2013 r. (fot. Flickr / Ivan Bandura)
Prounijna demonstracja w Kijowie, grudzień 2013 r. (fot. Flickr / Ivan Bandura)

Test na męża stanu

Męża stanu rzekomo można poznać po tym, że nie myśli o przyszłych wyborach, lecz o przyszłych pokoleniach. Bez wątpienia, w tej kategorii prezydent Wiktor Janukowycz się nie sprawdził. Kiedy okazało się, że przejście suchą stopą przez operację zwrócenia swego kraju ku Zachodowi jest niemożliwe, obecny prezydent Ukrainy postanowił przystopować ten proces nawet kosztem przyszłości swojego państwa.

Rzeczywiście, bilans zysków i strat w perspektywie krótkoterminowej wypada na niekorzyść związania się z Unią Europejską. Kluczowe znaczenie ma tutaj dramatyczny stan ukraińskiej gospodarki. W tym roku PKB tego kraju obniży się o ok. 1 %. Ponadto spada eksport, produkcja przemysłowa, popyt wewnętrzny. Do tego dochodzi konieczność spłat zagranicznych pożyczek: 10 mld USD w tym roku i 14 mld w następnym.

W takiej sytuacji rosyjskie „kroki protekcyjne” mogłyby być bardzo dotkliwe. Uderzyłyby one przede wszystkim we wschodnią część kraju, czyli matecznik Partii Regionów i co także ważne, w część oligarchów.

Władze w Kijowie liczyły, że uda się wytargować coś od Unii – bez skutku. Zdaniem premiera Ukrainy Mykoły Azarowa UE zaproponowała „jałmużnę”, czyli 1 mld euro. Do niedawna zdaniem szefa ukraińskiego rządu potrzebne były kwoty rzędu 20 mld, corocznej pomocy. Dziś wspomina jedynie o jednorazowej wpłacie 10 mld, która ma ochronić przed skutkami reakcji Rosji. Pomijam, że sama Unia nie jest w stanie w szybkim czasie zapewnić takich sum, a sam Kijów zaczął się interesować tym tematem dość późno to jednak kluczowe w tym wypadku były negocjacje z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Ale i tutaj, nawet po sporych ustępstwach, warunki MFW dla ekipy Janukowycza okazały się nie do przyjęcia. Terapia szokowa jakiej wymagał Fundusz poważnie uderzyłyby w społeczeństwo. Najbardziej jaskrawym przykładem było żądanie podwyżki cen gazu o 40 proc dla odbiorców indywidualnych. Koszty polityczne byłby zatem zbyt wysokie.

Wisienką na torcie była sprawa Juli Timoszenko, jednego z najgroźniejszych rywali politycznych obecnego prezydenta Ukrainy. Podczas negocjacji przed podpisaniem umowy stowarzyszeniowej jej niewypuszczenie mogłoby zostać potraktowane jako powód do zerwania rozmów przez stronę unijną, a tym samym uratowałoby Wiktora Janukowycza przed odium winnego niepodpisania umowy. Ta operacja się jednak nie udała i to prezydent Ukrainy pierwszy powiedział „nie”.

Za mała marchewka, niewielki kij?

Umowa stowarzyszeniowa przygotowana dla Ukrainy, poza aspektem obietnicy przyszłego członkowstwa w Unii, jest znacznie korzystniejsza niż ta którą podpisała chociażby Polska. Ponadto, wraz z nią ma zostać podpisana umowa DCFTA tworzący strefę wolnego handlu. Wspólnota obiecuje także wsparcie za przeprowadzenie konkretnych zmian. Z kolei MFW zgadzał się na rozłożenie trudnych reform na lata.

Z pozoru jest to atrakcyjna oferta. Warto jednak ją porównać z rosyjską. Moskwa nie wymagała od Ukrainy żadnych reform wewnętrznych, groziła sankcjami gospodarczymi, gdyby ta zdecydowała się na podpisanie umowy stowarzyszeniowej, ale gdyby wybrała ich Unię Celną dawała nadzieję na profity. Bruksela nie dość, że wymagała trudnych reform to narażała na ryzyko rosyjskiej odpowiedzi, a na dodatek nie oferowała doraźnej pomocy, a nawet wsparcia niwelującego straty w ukraińskiej gospodarce. Marchewka unijna była mało widoczna. Kijów nie miał jasnej deklaracji z Brukseli, czego mógłby się spodziewać, gdyby zdecydował się na przeprowadzenie ciężkich reform i odczułby rosyjskie niezadowolenie. Wina Unii Europejskiej za fiasko wileńskiego szczytu, niestety, jest też spora.

Błędy w strategii negocjacyjnej UE obnaża jedną z wielu bolączek wspólnej polityki zewnętrznej Wspólnoty – brak geopolitycznej strategii. Ukraina ma kolosalne znaczenia dla architektury geopolitycznej całego kontynentu europejskiego. Jej przeciągnięcie w orbitę Unii Europejskiej stanowiłoby przesunięcie granicy świata zachodniego daleko na Wschód. Najważniejszym jest jednak uczynienie tego pierwszego kroku – bazy, na której można by budować ściślejsze relacje. Tym krokiem jest umowa stowarzyszeniowa. Droga do pełnej integracji jest odległa, lecz przeorientowanie teraz Ukrainy na Zachód jak najbardziej możliwe.

Fakt, że ostatnie zmagania między Moskwą a Brukselą na obszarze krajów Partnerstwa Wschodniego wyglądały jak geopolityczna rozgrywka to jednak zasługa Rosji, która wymogła na Unii wejście w takie ramy. UE opierała swoje negocjacje na Ukrainie (nie pierwszy zresztą raz) w oparciu pozytywny wizerunek uosobienia bogatego Zachodu, poszanowania demokracji i praw człowieka. Nie mieszała się w wewnętrzne sprawy Ukrainy, nacisk był umiarkowany, a odpowiedzią na rosyjski szantaż były mało znaczące apele i głosy potępienia. Z kolei Rosja, której soft power w całej strefie postradzieckiej topnieje szybciej niż pokrywa lodowa na obszarze Arktyki, wykorzystywał wszystkie dostępne środki od nacisku społecznego (jak widać nieskutecznego) poprzez oddziaływanie na oligarchów po szantaż wobec władzy w Kijowie. Unia takich rzeczy robić nie może, bo nie byłby Unią, ale posiada pewne możliwości zbudowania także twardej formy nacisku, czyli tzw. kija.

Podczas, gdy Kreml „przekonywał” oligarchów z otoczenia Janukowycza do Unii Celnej, państwa UE mogłyby się dokładnie przyglądnąć ich interesom prowadzonych często w wielu krajach Zachodu. Podobne działania wymierzone w aspekty gospodarcze możliwe były także wobec Moskwy. Jednakże, żeby wykorzystać takie mechanizmy musi istnieć jednolita unijna strategia działania. Na razie poza Polską i innymi państwami regionu Europy Środkowej pozostałe kraje unijne mają co najwyżej letni stosunek do całej sprawy integracji z Europą Wschodnią. Nie bez znaczenie jest też obawa państwa UE narażenia swoich interesów gospodarczych w Rosji. Warto jednak pamiętać o dwóch rzeczach: 1) będąca w złej sytuacji gospodarczej Rosja nie może sobie pozwolić na dłuższą metę na wyniszczanie obcego kapitału; 2) nawet jeśli już decyduję się na takie kroki to chociażby jako członek WTO musi się liczyć z odpowiedzialnością.

Gospodarka, głupcze!

W negocjacjach stowarzyszeniowych niepotrzebnie do rangi symbolu urosła sprawa Julii Timoszenko. Wielu wskazywało, łącznie z samą zainteresowaną, że nie można uzależniać zgody na podpisanie umowy od kwestii uwolnienia jednej osoby, tym bardziej że brak zgody na jej podpisanie utwierdzi tylko status quo, natomiast zgoda „mimo wszystko” może stanowić kolejny czynnik popychający Ukrainę do przeprowadzenia prodemokratycznych reform, tym bardziej że na etapie ratyfikacji Unia Europejska nadal była w stanie wywierać odpowiedni nacisk. Strona polska kilkukrotnie próbowała przenieść akcenty w rozmowach unijno – ukraińskich na kwestie bardziej dotyczące, zdecydowanie ważniejszej, sfery gospodarczej – bez skutecznie.

Warto tutaj zwrócić uwagę na drugi aspekt wileńskiego szczytu czyli parafowanie umów stowarzyszeniowych z Mołdawią i Gruzją. Samo parafowanie jest czynnością czysto techniczną, świadczącą o zakończeniu negocjacji i ustalenie tekstu umowy. W Wilnie nadano temu wydarzeniu ekstraordynaryjny charakter. Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Baroso i prezydent Rady Europejskiej Herman van Rompuy przekonywali, że należy teraz dążyć do jak najszybszego podpisania tych dokumentów. W domyśle, póki Rosja nie rozpocznie kolejnej rundy szantażów. UE reagowała już na takie poczynania Moskwy wobec Kiszyniowa. W odpowiedzi na rosyjskie embargo na mołdawskie wina Unia otworzyła na nie swój rynek. Ponadto już niedługo Mołdawia zostanie włączona do strefy ruchu bezwizowego. Podobne działania Bruksela mogłaby zastosować wobec Kijowa.

Choć żądane przez Ukrainę kwoty rzędu 20 mld euro co roku na podreperowanie ukraińskiej gospodarki są absurdalne to jednak Bruksela powinna zaproponować programy wsparcia, które niwelowałyby koszty społeczne trudnych reform. Za ich przeprowadzenie Ukraina może liczyć na 15 mld kredytu z MFW. Dodatkowe pieniądze z Unii są trudne do wyobrażenia. Obecny budżet takich kwot nie przewiduje. Nowelizacja czy zrzutka państw równie długa co ciężka w realizacji. Wspólnota musi przede wszystkim przygotować „coś na teraz”.

Nie tylko Unia, ale i cały Zachód nie może sobie pozwolić na dawanie władzą ukraińskim pieniędzy od ręki. Taka sytuacja mogłaby tylko utrwalać patologiczny stan tego kraju. Jako pomoc doraźną UE może się postarać zniwelować skutki ewentualnych „kroków protekcyjnych” Rosji m.in. poprzez pomoc w reorientacji tych gałęzi gospodarki, które by najmocniej na tym ucierpiały. Zwłaszcza, że w takim wypadku, gdyby Kreml zdecydował się na ich przeprowadzenie (co wcale nie jest takie pewne) to byłaby to szansa dla Ukrainy na głębokie uniezależnienie ukraińskiej gospodarki i odebranie Moskwie mechanizmów szantażu.

Symboliczną rzeczą, a zarazem niezwykle ważną dla Ukraińców, szczególnie w kontekście obecnych protestów, byłoby zniesie wiz do Unii Europejskiej. Co prawda Kijów obecnie nie spełnia wszystkich wymagań, jednakże zakreślenie wyraźnego horyzontu czasowego, czy nawet wykazanie się pewną elastycznością to byłoby to już dużo i na pewno mocno zaprocentowałoby w nastawieniu społeczeństwa ukraińskiego do UE.

Niebezpieczny balans

Trudno nie oprzeć się jednak wrażeniu, że Ukraina płaci za lata zaległości. Ciągłe balansowanie między Brukselą a Moskwą, brak woli przeprowadzenia głębokich reform, utrzymywanie niezdrowych powiązań z Rosją, powoduje że wcale nie jest łatwiej podejmować decyzję o geopolitycznej przyszłość kraju. O ile w Polsce udało się już na początku lat 90. przerwać te zasadnicze więzy zależności od Moskwy, płacą zresztą także swoją cenę, o tyle Ukraina nigdy, w takim stopniu, nie zdobyła się na ten krok, ani zaraz po odzyskaniu niepodległości, ani po pomarańczowej rewolucji.

Pomimo jednak że pomarańczowi zaprzepaścili, w znacznej mierze, szansę na zmodernizowanie kraju to jednak udało się, jak widać trwale, wynieść na czoło polityki zagranicznej kierunek prozachodni, a ściślej prounijny i nie został on wbrew obawą zrzucony po sięgnięciu po władzę przez niebieskich. To właśnie Janukowycz, a nie Juszczenko zakończył negocjacje nad umową stowarzyszeniową i to on miał ją podpisać.

Do ostatniej chwili zarówno świat zachodni jak i Ukraińcy zgromadzeni na Majdanie w Kijowie łudzili się, że prezydent Ukrainy podpiszę umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską. Niestety, tak się nie stało, a brutalne usunięcie demonstrantów z Majdanu w nocy z 29 listopada na 30 listopada, wywołało w tym kraju największą falę protestów od czasów pomarańczowej rewolucji.

Nawet jeżeli Wiktor Janukowycz, jak niektórzy sądzą, nie jest winowajcą brutalnej reakcji milicji wobec protestujących na Majdanie to i tak jego należy winić za to, że w ogóle do protestów doszło. Janukowycz zarówno w czasie wyborów jak i podczas negocjacji postulował proeuropesjski kierunek swojej polityki. Gdy Rosja zaczęła grozić Ukrainie wręcz otaczał się unijnymi emblematami. Aż tu nagle powiedział „nie” dla stowarzyszenia z UE. Rozbudzone u znacznej części społeczeństwa nadzieje i mocno podgrzane marzenie Europy zostało przez samego jej agitatora oddalone. Ludzie poczuli się oszukani. Na tłumaczenia o kosztach zbliżenia było już za późno.

Protesty jednak nie pomagają ukraińskiej gospodarce, a jej sytuacja zaczyna być niepokojąca. W takiej sytuacji Ukraina jest coraz bardziej podatna na naciski Moskwy i widać, że Kreml to wykorzystuje. Po ostatniej wizycie prezydenta Janukowycza w Soczi pojawiła się informacja o przygotowaniach do podpisania „umowy o znaczeniu strategicznym”. Unia Celna tylnymi drzwiami? Niekoniecznie. Prawdopodobnie chodzi tutaj o kupienie czasu, wyciągnięcie pewnych profitów na podreperowanie swojej sytuacji, bez konieczności wstępowania do UC, czyli utrzymanie stanu zawieszenia między Rosją a UE. W tym celu głowa ukraińskiego państwa udała się także do Chin. Wsparcie trzeciego gracza byłoby dla władz w Kijowie zbawienne. Lecz jak wszystko na to wskazuję, pomoc chińska nie będzie wystarczająca.

Marne są szansę na poprawę gospodarczą przed wyborami w 2015 r. Z kolei to jak one przebiegną tj. czy zgodnie ze standardami demokratycznymi może rzutować nie tylko na dalszy dialog z Brukselą, ale także na sytuację wewnętrzną.

Projekt Unii Celnej nie jest dla Ukraińców tak atrakcyjny jak Unia Europejska (w sondażach popiera go maksymalnie 20% społeczeństwa), więc zdecydowanie się na przystąpienie do niego jeszcze silniej podkręciłoby nastroje społeczne, a w takiej sytuacji pacyfikacja? Druga Białoruś? Czy raczej podział państwa, bowiem niewiadomo jak zachowałaby się zachodnia Ukraina ze swoimi władzami? W dłuższej perspektywie dalsza zapaść gospodarcza wraz z destabilizacją może obudzić uśpione dążenia separatystyczne w innych regionach.

Rosja na razie odniosła pyrrusowe zwycięstwo. Uaktywnił się czynniki społeczny, co źle wróży akcesji Ukrainy do UC, a bez niej cały projekt jest niewiele wart. Ponadto, nawet jeśli Ukraina w całości wejdzie do Unii Celnej to przez jakiś czas, dopóki jej gospodarka nie stanie na nogi, będzie poważnym obciążeniem finansowym dla Rosji. Moskwa może się jednak zdecydować na powolne oplatanie Ukrainy siecią umów, które w ostatecznym rozrachunku spowodowałby, że to państwo będzie całkowicie uzależnione od UC.

Obydwie strony ukraińskiego sporu, zarówno opozycja jak i władze, powinny dążyć teraz do porozumienia. Wiktor Janukowycz mógłby też się starać przeczekać falę demonstracji, lecz nie ugasi to poziomu frustracji, co w perspektywie najbliższych wyborów może się zemścić. Rozsądną propozycją jest zbudowanie konsensu między rządem i opozycją w sprawie przeprowadzania unijnych reform. Radykalizacja żądań ze strony opozycji, może tylko przynieść destabilizację, a to ostatnia rzecz jakiej teraz potrzebuję Ukraina.

Małe brawa dla Polski

Mimo wszystko, słowa uznania należą się Polsce. Do sukcesu na Wschodzie ciągle daleko, ale niewątpliwy postęp jest. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie działania polskiej dyplomacji to kwestia umowy stowarzyszeniowej, nie tylko wobec Kijowa, ale również wobec innych państw Partnerstwa Wschodniego dziś by w ogóle nie istniała. Partnerstwo Wschodnie – projekt, któremu od początku nie wróżono sukcesu, pomimo nadal wielu mankamentów, to jak na warunki unijne w szybkim czasie znacząco pobudził stosunki z krajami Europy Wschodniej i podwyższyła ich rangę.

Owszem, ostatnia dynamizacja działań Partnerstwa jest związana z pogorszeniem stosunków między Rosją a wieloma państwami unijnymi, w tym z najbardziej wpływowymi Niemcami. Jednak to dzięki Polsce, a także Szwecji unijna polityka wschodnia zyskała jakieś ramy. To polski szef MSZ inicjował wspólne wyprawy ministerialne do państw Europy Wschodniej, czasami ciągnąc niemal na siłę także swoich niemieckich odpowiedników. To również polscy europosłowie zajmowali się tym regionem w Parlamencie Europejskim. To właśnie były polski prezydent został jednym z dwóch specjalnych unijnych wysłanników na Ukrainę. Natomiast prezydent Bronisław Komorowski wygrywa rankingi największych przyjaciół tego kraju, a szef placówki unijnej w Kijowie Jan Tombiński na najlepszego dyplomatę, niewiele wyprzedzając ambasadora RP Henryka Litwina.

Bardzo ważne są również wizyty polskich polityków na kijowskim Majdanie, w tym lidera opozycji Jarosława Kaczyńskiego. Takie działania nie tylko budują pozytywny wizerunek w społeczeństwie ukraińskim, ale umacniają też nasze zaangażowanie na kierunku wschodnim.

Zadanie polskiej dyplomacji jest teraz proste. Jak wyraził to prezydent Komorowski „trzymać nogę w drzwiach do Unii Europejskiej, żeby nie zamknęły się przed Ukrainą”. Warszawa powinna nadal być najaktywniejszym (nie mylić z najważniejszym) graczem w kwestii ukraińskiej i z tego względu winna przede wszystkim ona przygotować „poprawioną” propozycję dla Kijowa, a także pełnić rolę pośrednika między Brukselą a władzami nad Dnieprem. W tym kontekście ważnym jest utrzymywanie dialogu z obydwoma stronami sporu wewnątrz ukraińskiego.

Na razie została przegrana bardzo ważna bitwa, ale walka o przyszłość Ukrainy, a tym samym o przyszłość całej wschodniej części tego kontynentu trwa nadal.