Irański poker. Izraelczycy oraz Saudyjczycy poza stołem?

usa-iranW Genewie fiaskiem zakończyły się rozmowy stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ + Niemiec (tzw. grupa P5+1) z Iranem. Niby sensacji budzić to nie powinno, gdyż wielokrotnie już nie dochodzono do porozumienia. Jeżeli jednak John Kerry mówi o tym, iż miało miejsce znaczące zwężenia różnic dzielących grupę P5+1 oraz Iran, to znaczy, iż do dealu jest naprawdę blisko. Wznowienie rozmów zapowiedziano na 20 listopada.

Oficjalnie nie wiemy, kto i gdzie poszedł na ustępstwa, ale na podstawie informacji prasowych możemy postarać się o odtworzenie tego rozdania, aczkolwiek zastrzegam, iż są to moje rozważania, a wyniki negocjacji mogą prezentować się inaczej, aniżeli ja to widzę po obserwacji stanowisk państw biorących udział (Stany Zjednoczone, Iran, UE), czy reakcji jeszcze innych (Królestwo Arabii Saudyjskiej, Izrael).

Zdolność progowa utrzymana?
Irańczycy oficjalnie zapowiadają, iż ich „czerwoną linią” (jakie piękne nawiązanie do słów premiera Netanjahu ze Zgromadzenia Ogólnego ONZ sprzed roku) jest możliwość wzbogacania uranu w Iranie. Irańczycy obecnie są zdolni do wzbogacenia uranu do 20%, a do – ewentualnego – użycia wojskowego potrzebują uranu wzbogacanego do poziomu minimum 90%. Dopóki więc Iran jest „zatrzymany” na poziomie 20%, nie wyprodukuje bomby. Porozumienie, w oparciu o te informacje, może zatem wyglądać następująco: 1) Iran nie wzbogaca dalej; 2) państwa P5+1 i MAEA otrzymują pełną możliwość kontroli/nadzoru na poziomie pozwalającym na zagwarantowanie, iż Iran nie będzie „mocniej” wzbogacał posiadanego uranu 3) w zamian stopniowo „uwalnia” się sankcje (chociaż tutaj mniejsze znaczenie mają sankcję ONZ, a większe te nałożone „indywidualnie” przez Unię Europejską oraz Stany Zjednoczone). Nadal nie wiemy, co w takiej sytuacji stałoby się z istniejącym obecnie uranem, infrastrukturą itd.

Szeroko pojęty Zachód wygrywa czas i wstrzymuje irańskie ambicje, gdyż Iran nie będzie miał możliwości wyprodukowania broni nuklearnej, a wszelkie zerwanie porozumienia skończy się ponownym nałożeniem sankcji. Iran jednak – zgodnie z takim porozumieniem – nie cofa się w programie atomowym lub robi to nieznacznie, po prostu go zamrażając. Utrzymuje swoje możliwości, nie korzystając z nich. Irańczycy potrzebują tej zdolności progowej na potrzeby propagandowe oraz jako gwarancji porozumienia – w razie fiaska lub pogorszenia kontaktów, Teheran wznawia program i jest blisko mety, a nie zaczyna swój bieg od początku. Irańczycy dzięki temu wygrywają korzyści gospodarcze (zdjęcie sankcji) bardzo niskim koszem (zamrożenie lub nieznaczne cofnięcie się w swoim programie). Gra nie jest też zero-jedynkowa o tyle, że na handlu z Iranem olbrzymie pieniądze zarobić mogą zarówno Europejczycy, jak i Amerykanie. Teheran to nie tylko zagrożenie, ale także olbrzymia szansa, chociażby patrząc na zasoby surowcowe (2. złoża gazu, 3 złoża ropy naftowej) czy rynek zbytu.

Saudowie i Izraelczycy poza stołem?
Nic tak nie łączy jak wspólny wróg. Stara prawda jak świat i tym razem ta swoista „strzała Amora” trafiła z jednej strony Izrael, a z drugiej Arabię Saudyjską. Izraelczykom porozumienie, w mniej więcej przedstawianym kształcie, nie pasuje, gdyż potencjał irański nie zostaje usunięty (a postrzegany jest w Izraelu jako śmiertelne zagrożenie), zaś z drugiej strony sojusznicy Izraela (Stany Zjednoczone + Unia Europejska) pozbywają się, przynajmniej tymczasowo, swojego najskuteczniejszego kija (proszę zobaczyć – poważniejsze sankcje gospodarcze są 10 x skuteczniejsze aniżeli staromodna groźba ataku).

Premier Netanjahu jest nieusatysfakcjonowany. Zapowiada, iż nie będzie to porozumienie (pomiędzy grupą P5+1 a Iranem) zawarte z Izraelem, a więc nie będzie Izraela obowiązywać. Premier izraelski pyta m.in. ile wirówek ma zostać zniszczonych w ramach tego porozumienia? Izraelska obawa jest prosta – Izrael nie będzie bezpieczniejszy po zawarciu tego porozumienia, a Iran odzyska świetne warunki do rozwoju, które wykorzysta na wszystkich frontach, na których walczy z Izraelem. W dodatku Jerozolima znajduje się poza stołem negocjacyjnym i może jedynie intensywnie zachęcać uczestników negocjacji, aby żądali od Iranu więcej, ale bez żadnej gwarancji, iż pogląd ten znajdzie odzwierciedlenie w wynikach rozmów.

Jest jednak jedno państwo, które nie lubi Iranu jeszcze mocniej niż Izrael – Królestwo Arabii Saudyjskiej. To Saudowie – według wycieków znanych dzięki WikiLeaks – nakłaniali Amerykanów, aby „odcięli wężowi głowę”. Arabia Saudyjska także znalazła się poza stołem, a – podobnie jak Izrael – jest przerażona perspektywą rozwoju Iranu i możliwego porozumienia z Zachodem. Można się jedynie domyślać, iż sprawa irańska była przedmiotem rozmów bilateralnych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Arabią Saudyjska. Saudowie do sprawy podchodzą poważnie, otwarcie sugerując Amerykanom, iż się od nich odwrócą. Już w Syrii Arabia Saudyjska popiera radykalną opozycję i wysyła skazanych w swoim kraju morderców na dżihad. Ostatnimi czasy Rijad zrezygnował z zasiadania w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, a jako oficjalne powody podano m.in. brak możliwości rozwiązania sytuacji w Syrii oraz … konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

Najsmaczniejsze pozostawiam na koniec. Według informacji BBC Arabia Saudyjska w przeszłości inwestowała w program atomowy Pakistanu i w razie problemów, będzie zdolna do pozyskania własnej broni nuklearnej. Saudowie dmuchają zatem na zimno i ostrzegają,iż jeżeli Iran posunie się o krok za daleko to stanie się to, czego obawiają się wszyscy na Bliskim Wschodzie – wybuchnie wyścig zbrojeń. Należy się tylko zastanowić, kto będzie następny? Turcja, która deklaruje przyjaźń wobec Teheranu, ale w rzeczywistości bardzo się atomowego Iranu boi, a może Egipt, wyhodowany na amerykańskiej pomocy wojskowej?

Puzzle składające się na rozgrywkę atomową na Bliskim Wschodzie są bardzo trudne do ułożenia, jednak nie wylania się z nich obraz harmonijny, a zarysowuje się postępująca rywalizacji. Bardzo wiele zależy od porozumienia, które może zostać zawarte w przeciągu kilkunastu dni. Być może ono rozwieje wszelkie wątpliwości?