Syria: Amerykanie tańczą tak, jak im Putin zagra…

W sprawie Syrii Moskwa ogrywa szeroko pojęty Zachód. Oczywiście, przewaga Putina polega na tym, że nie czuje się odpowiedzialny za pokój i nie ma na karku opinii publicznej, ale Amerykanie poruszają się jak dzieci we mgle.

Władimir Putin (fot. World Economic Forum/Flickr/CC)
Władimir Putin (fot. World Economic Forum/Flickr/CC)

Syria jest dla Federacji Rosyjskiej ważnym, choć niewątpliwie nie najważniejszym sojusznikiem. Znajduje się tam port w Tartus, Assad jest tradycyjnym rosyjskim sojusznikiem, ochoczo importującym rosyjską broń, Assad jest też przyjacielem Teheranu, którego los nie jest Moskwie obojętny, a ponadto rosyjskie władze, rządzące przecież w sposób niedemokratyczny, mają interes w tym, aby reżimy niedemokratyczne mogły istnieć i rządzić nieniepokojone. Wszystko powyżej wymienione, a także prestiż (Rosjanie chcą być postrzegani nadal jako supermocarstwo, chociaż należałoby im zacytować hasło Billa Clintona z jego kampanii prezydenckiej), powodują, że Rosjanie mocno zaangażowali się w konflikt wewnętrzny w Syrii po stronie rządzącego prezydenta Assada.

Postawmy się więc w sytuacji Siergieja Ławrowa i wyznaczmy trzy podstawowe scenariusze, do jakich Rosja może dążyć. Pierwszy z nich jest oczywisty, lecz jednocześnie, na chwile obecną, nieprawdopodobny w krótkim czasie do osiągnięcia: zwycięstwo Assada w wojnie domowej. Drugi scenariusz, łączący się z pierwszym, to trwanie wojny domowej z silnym Assadem, którego nie można zdmuchnąć jak domek z kart m.in. dzięki rosyjskim dostawom. Trzeci scenariusz akceptowalny zapewne jest tylko w ostateczności, zapewne na wypadek, gdyby losy wojny domowej się odwróciły: porozumienie pokojowe z uwzględnieniem interesów rosyjskich.

Teraz patrzymy na daty. 21. sierpnia na przedmieściach Damaszku ma miejsce atak chemiczny przeciwko ludności cywilnej. Assad jest w poważnych tarapatach, bo szykuje mu się interwencja ze strony Stanów Zjedonczonych. Assad i Moskwa wiedzą, że ewentualna poważna operacja Waszyngtonu musi doprowadzić do upadku Assada. Barack Obama ma tymczasem poważny problem. Obiecał, że Stany Zjednoczone zareagują w przypadku przekroczenia „czerwonej linii”, ale równocześnie jest niechętny wobec podejmowania wszelkich działań, bo mogą one zaangażować Amerykę w kolejną wojnę, która w dodatku może umocnić sunnickich ekstremistów islamskich i na pewno nie spowoduje zakończenia wojny domowej. Prezydent Stanów Zjednoczonych coś jednak musi zrobić, więc jego doradcy wymyślają wizerunkowy „atak, aby ukarać Assada, a nie go zmieniać” (w tym momencie w Moskwie otwierają się szampany – chodzi głównie o PR). Co prawda broni chemicznej używał już w przeszłości Irak za wiedzą (i poparciem) Stanów Zjednoczonych, a Iran wie, iż jeżeli taka decyzja zapadnie w Tel Awiwie i Waszyngtonie, to nie uniknie bombardowania, ale taka narracja może się sprzedać: 1) interweniujemy dlatego, że użyto broni chemicznej, aby „zwiększyć cenę jej użycia”; 2) w sam konflikt wewnętrzny nie ingerujemy. Trzeci punkt wychodzi z poprzednich dwóch: w żaden sposób nie ulży to zabijanym codziennie cywilom, ale to nieważne, bo wszyscy skupią się na broni chemicznej.

Do zniszczenia całej obrony przeciwlotniczej i lotnictwa libijskiego Amerykanom wystarczyły 2 tygodnie, a tutaj Obama ma otrzymać upoważnienie na 60 dni. Oczywiście nie wiemy, czy zdecyduje (zdecydowałby?) się na powtórkę operacji libijskiej (czyli de facto na próbę obalenia Assada) czy na nowy typ operacji „za karę”, aczkolwiek taka interwencja z pewnością osłabiłaby Assada. Rosjanie są więc w dwojakiej pozycji. Z jednej strony pokaże to ich bezradność i brak zdolności do ochrony swojego ważnego sojusznika (Serbia II!), ale z drugiej strony stawia Moskwę w komfortowej sytuacji obserwatora. Wojna trwałaby w najlepsze, bombardowano by cywilów, jedni drugim obcinaliby głowy, jeszcze inni zjadali organy wewnętrzne, a Moskwa – zrzucając odpowiedzialność na Waszyngton – zaznaczałaby, iż to było do przewidzenia, że potrzeba rozwiązania pokojowego itd.

Różnica pomiędzy Putinem i Obamą polega na tym, że jeden mówi Dumie, co ma uchwalić, a drugi – w tych okolicznościach – Kongresu się prawdopodobnie posłucha. Jeżeli Obama jest przekonany do interwencji to ma ona sens tylko w jednym celu: zmuszenia stron (zarówno rządu, jak i opozycji syryjskiej) do porozumienia. Biały Dom jednak oficjalnie mówi o jakimś dziwacznym „ukaraniu reżimu” (którego – nawiasem mówiąc – nie uznaje!). Mimo wszystko niespodziewanie okazuje się, że w Kongresie wcale tak gładko nie pójdzie, a bramkę samobójczą strzela sobie Kerry mówiący, że Stany Zjednoczone nie będą interweniować, jeżeli Assad podda swoje arsenały broni chemicznej pod międzynarodową kontrolę (trzeba też wziąć pod uwagę, że to była „ustawka”, aczkolwiek i tak niekorzystna dla Amerykanów, o czym poniżej)….

… Ławrowowi nie trzeba dwa razy powtarzać. Wychodzi z Ministrem Spraw Zagranicznych Syrii. Składa mu propozycję nie do odrzucenia (wysłanie inspektorów kontrolujących arsenały chemicznej, a później ich zniszczenie i podpisanie przez Syrię Konwencji o Zakazie Użycia Broni Chemicznej), ten jej oficjalnie nie przyjmuje, lecz nie wyobrażam sobie innego stanowiska prezydenta Assada (edycja na 10.09.2013: Syria zaakceptowała rosyjską propozycję). Proszę zobaczyć, jak tym jednym oświadczeniem wzmocniono przeciwników interwencji w Stanach Zjednoczonych.

Należy naturalnie uwzględnić scenariusz, że te stanowiska to jedynie próba kupienia czasu, aczkolwiek zadeklarowanie spełnienie żądania Kerrego pozycjonuje aktorów na następujących pozycjach.

Stany Zjednoczone: nie chcą interweniować, ale czują się zobligowane, Kongres nie wiadomo, jak się wypowie. Jeżeli nie dojdzie do interwencji pomimo tak usilnych starań, zbierania koalicji, a także porażki administracji w Kongresie, to Obama pokaże swoją słabość. Jednocześnie, jeżeli w obecnych warunkach dojdzie do interwencji, to Stany Zjednoczone będą miały problem z utrzymaniem „narracji” o broni chemicznej. Moskwa dostarcza Waszyngtonowi dogodnego pretekstu do wycofania się z ograniczonej interwencji, ale to nie Kerry i Obama zostaną uznani za zwycięzców. Prezydent Obama nie dysponuje dobrym wyborem.

Syria: Assad oczywiście chce uniknąć interwencji, która w najlepszym wypadku uderzy w jego potencjał militarny, a w najgorszym spowoduje jego upadek.

Federacja Rosyjska: zyskuje niezależnie od okoliczności.

  1. Obama nie interweniuje → Rosjanie chronią swojego sojusznika, wychodzi na to, że są konstruktywnym uczestnikiem debaty;
  2. Obama interweniuje → Putin i spółki w roli „komentatorów” i „obrońców prawa międzynarodowego”, a że interwencja przeprowadzona jedynie w celu „ukarania” za użycie broni chemicznej nie może się udać (Amerykanie zniszczą cele, ale taka interwencja nie rozwiąże głównego problemu – trwającej wojny domowej i śmierci dziesiątek tysięcy ludzi), to nie będzie specjalnie trudne, co więcej, jak będzie łatwo atakować Stany Zjednoczone, jeżeli Syryjczycy będą deklarować spełnienie amerykańskich żądań, a Waszyngton zaatakuje pomimo tego. Rosjanie zadowolą się też prawdopodobnym wzrostem ceny ropy.

Izrael: Izraelczycy mają bardzo dużo do wygrania, jeżeli broń chemiczna wyjechałaby z Syrii i została zniszczona. Nie muszę chyba tego tłumaczyć.

Dlatego uważam, że w sprawie Syrii Moskwa ogrywa szeroko pojęty Zachód. Oczywiście, przewaga Putina polega na tym, że nie czuje się odpowiedzialny za pokój i nie ma na karku opinii publicznej, ale Amerykanie poruszają się jak dzieci we mgle.