Jeremy Scahill: „Dirty wars: the world is a battlefield”

Zawarte w „Dirty wars: the world is a battlefield” – nowej książce Jeremy’ego Scahilla – spostrzeżenia i wnioski dotyczące znaczenia sił specjalnych w polityce zagranicznej USA sprawiają, że jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich pasjonatów polityki międzynarodowej. 

Blackwater. The rise of the world’s most powerful mercenary army

Jeremym Scahillem zetknąłem się pierwszy raz na lotnisku Londyn-Luton, gdy – mając w perspektywie powrót do kraju – postanowiłem wydać ostatnie 10 funtów na książkę, która uczyni lot interesującym. Wybór padł na „Blackwater. The rise of the world’s most powerful mercenary army. Lektura była tak pasjonująca, że z żalem opuszczałem samolot w porcie lotniczym w Warszawie. Książkę Scahilla po prostu się połykało. Skłaniała ona do przemyśleń, analizy, czego owocem jest obszerna recenzja, w której streszczałem główne punkty tekstu Scahilla.

W „Blackwater” Scahill przedstawił mechanizm prywatyzacji wojny – oddawania kolejnych zadań, tradycyjnie wykonywanych przez siły zbrojne, w ręce prywatnych firm. Wojsko miało walczyć. Lecz udział w walce brali także najemnicy z prywatnych firm wojskowych (PMCs). A na tym fachu znali się nierzadko lepiej od żołnierzy – sami wywodzili się z rozmaitych sił zbrojnych, nierzadko z sił specjalnych. Najemnicy (czy inaczej mówiąc, kontraktorzy) często bywali głównymi aktorami (winowajcami) skandali, najczęściej z powodu zbyt swobodnego korzystania z broni. Pamiętna scena z irackiej Falludży, gdzie rozjuszony tłum ciągnął po mieście zwłoki kilku najemników firmy Blackwater, a następnie wiesza te zwłoki na moście przyczyniła się do oblężenia tego miasta przez wojska amerykańskie i długotrwałych walk ulicznych.

Wzrost roli prywatnych korporacji w amerykańskich wojnach to jednak tylko pewna część większej całości. Obok kontraktorów firm takich jak dawne Blackwater, „bohaterami” wojny z terrorem są operatorzy oddziałów specjalnych. I o tym traktuje druga książka Scahilla – Dirty wars: The world is a battlefield”. Lektura jest wstrząsem dla czytającego, a wnioski z niej płynące nie są optymistyczne. Przedstawię w punktach najważniejsze, moim zdaniem, spostrzeżenia:

1. Strategia Obamy, polegająca na ograniczaniu ilości żołnierzy w Iraku (aż do wycofania) i Afganistanie (wycofywanie już w przyszłym roku) miała swoją drugą stronę, w postaci znaczącego zwiększenia roli działań sił specjalnych. Te ostatnie działały poza strukturą (a nierzadko wiedzą) wojsk konwencjonalnych, co w oczywisty sposób wywoływało spory i – co ważniejsze – szkodziło działaniom podejmowanym przez siły konwencjonalne.

2. W walkę z terrorem, jak ujął to prezydent Bush junior, Ameryka zaangażowała elitę swoich sił specjalnych oraz dynamicznie rozwijające się pod względem technologicznym samoloty bezzałogowe (drony).

3. Prezydent Obama, chociaż w kampanii wyborczej „jechał” na krytyce administracji Busha i jego podejściu do prowadzenia wojny, nie tylko przejął strategię republikańskiego poprzednika, lecz w daleko idący sposób ją udoskonalił (rozwinął). Centralnym elementem zwalczania terrorystów i radykałów stały się siły specjalne (Spec Ops), drony oraz ataki lotnicze i rakietowe.

4. Rosnące wykorzystanie sił specjalnych opierało się na doktrynie Rumsfelda i Cheneya, kluczowych graczy w ekipie Georga W. Busha, której nazwa mówi sama za siebie – the world is a battlefieldPolem bitwy jest cały świat. Amerykańskie siły specjalne działają już w ponad 100 państwach.

5. Mianowanie wywodzącego się z sił specjalnych (JSOC) gen. Stanleya McChrystala na głównodowodzącego amerykańskich wojsk w Afganistanie (sierpień 2008 r.) było apoteozą roli Spec Ops w wojnie z terroryzmem. Liczba nocnych operacji (głównie wkraczanie do domów), nalotów lotniczych oraz ataków z wykorzystaniem dronów systematycznie rosła.

6. Poszerzał się także zakres terytorialny tych operacji. Obama zezwolił na bezpardonowe obchodzenie się z suwerennością Pakistanu, na terytorium którego z regularnością szwajcarskiego zegarka zaczęły spadać rakiety wystrzeliwane z samolotów bezzałogowych. Również operatorzy sił specjalnych coraz częściej przekraczali granicę afgańsko-pakistańską.

7. Efektem powyższych działań była szybująca w astronomicznym tempie liczba zabitych cywili (czasem ginęli także pakistańscy żołnierze). Jednocześnie w miejsce zabijanych (rzadziej łapanych i aresztowanych) ekstremistów pojawiali się następni. Ich liczba rosła.

8. O ile w Pakistanie amerykańskie siły specjalne musiały się miarkować, o tyle w Somalii czy – w szczególności – w Jemenie, nie istniały praktycznie żadne granice. Zasada „więcej ataków = więcej zabitych cywilów” zadziałała także w tych państwach. Nic dziwnego, że talibowie w Afganistanie (i Pakistanie), Al-Kaida i Al-Shabab w Somalii oraz Al-Kaida Półwyspu Arabskiego (AQAP), mimo systematycznej eliminacji ich liderów, rosną w siłę. Amerykańskie działania kreują kolejne głowy hydrze, którą rzekomo zwalczają. Radykałowie zyskują bowiem na nienawiści miejscowej ludności do Stanów Zjednoczonych, które zabijają ich przyjaciół, rodziny i dzieci. Nierzadko całe wioski czy plemiona, które w żaden sposób nie mają interesu w popieraniu radykałów, decydują się wspomóc ich bądź działać przeciwko USA.

9. Prawnik konstytucjonalista – prezydent Barack Obama – wypracował w trakcie swojej prezydentury model zabijania własnych obywateli bez jakiegokolwiek niezależnego nadzoru. Egzekutywa ocenia, analizuje, decyduje i wykonuje wyroki śmierci na Amerykanach, których podejrzewa o terroryzm. Gdy pojawiają się wątpliwości, nie ujawnia dowodów i mętnie tłumaczy swoje racje. Prawo do sądu i rzetelnego procesu zanika. Dziś dotyczy to osób oskarżanych o terroryzm, ale jutro może dotyczyć każdego. Precedens już jest. I to niejeden, chociaż imię Anwar al-Awlaki jest tutaj głównym przykładem. Niedobrze, gdy władza wykonawcza ma aż tak wielkie możliwości, a jeśli udało się je stworzyć w USA, to prosta droga wiedzie stamtąd do Europy.

10. Wojna z terrorem stała się samonakręcającym się przedsięwzięciem. Rozlewa się po coraz większym terytorium na mapie świata, angażuje coraz większe i potężniejsze siły, a jednocześnie nie widać na horyzoncie jej końca. Nie było nim w żadnym przypadku zabicie Osamy bin Ladena. Teraz lokalni radykałowie podszywają się bądź podłączają pod brand Al-Kaidy, wydając wojnę miejscowym władzom, a przy okazji Stanom Zjednoczonym i Zachodowi.Wojny z terrorem nie da się wygrać wyłącznie środkami wojskowymi, do tego głównie siłami specjalnymi i dronami. Polityka, gospodarka, rozwój i kultura muszą znaleźć swoje miejsce na stole.

Gorąco polecam lekturę książki „Dirty wars: The world is a battlefield„. Składa ona puzzle, które są nam serwowane przez media bez jakichkolwiek „linków” pomiędzy nimi. Tymczasem, jak mawiał znajomy historyk, każde wydarzenie to zawsze „przyczyna-przebieg-skutki”. Coraz mniej tego typu tekstów w przestrzeni informacyjno-analitycznej. Scahill jest jednym z nielicznych autorów podążających słusznym tropem.