Turcja: rugowania wojska z polityki ciąg dalszy

Wysokie wyroki dla członków Ergenekonu mogą stanowić ostateczny akt w, jak powiedzą jedni, rozprawie premiera Turcji Recepa Tayyipa Erdogana z siłami zbrojnymi, bądź – jak uważają inni – w przywracaniu normalności w kraju, gdzie wojsko od dawna próbowało mieszać się w sprawy polityki.

Premier Recep Tayyip Erdogan (fot.  World Economic Forum, CC)
Premier Recep Tayyip Erdogan (fot. World Economic Forum, CC)

Były szef sztabu tureckiej armii gen. Ilker Basbug to najbardziej prominentna postać wśród pierwszych skazanych za udział w rzekomym spisku, tzw. Ergenekonie. Spiskowcy – wojskowi, politycy, dziennikarze etc. – mieli przygotowywać zamach stanu, którego celem było obalenie rządów Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) i premiera Recepa Erdogana. Pisałem o sprawie w 2008 roku.

Minęło niespełna pięć lat i zapadły pierwsze wyroki. Wspomniany wyżej gen. Basbug dostał dożywocie. Za kratki na długie lata pójdą także politycy opozycji i dziennikarze (więcej tutaj). Część osób uniewinniono. Wyroki pokazują, że Erdogan zamierza przeprowadzić do końca proces poddania sił zbrojnych cywilnej kontroli. Armia ma przestać pełnić (i wierzyć, że pełni) rolę strażnika świeckiej republiki Ataturka (twórcy nowoczesnej Turcji), co determinowało prawo wojskowych do wychodzenia z koszar w sytuacji, gdy świeckość państwa była zagrożona. Zmieniono odpowiednie przepisy (w tym wojskowy regulamin), dokonano zmian w generalskiej wierchuszce.

Czy armia powinna mieć prawo do interwencji w politykę?

Wyroki w sprawie Ergenekonu mogą stanowić ostateczny akt w, jak powiedzą jedni, rozprawie z siłami zbrojnymi, bądź – jak uważają inni – w przywracaniu normalności. A nie jest normalne, gdy wojsko rezerwuje sobie prawo do obalania demokratycznie wybranych władz, gdy generalicja ma takie widzimisię. Turcja jako państwo, a także demokracja jako ustrój Republiki Tureckiej, mają się lepiej, gdy wojsko znajduje się pod cywilną kuratelą.

W tym miejscu niektórzy zapytają, jak można krytykować tureckie siły zbrojne w sytuacji, gdy ich rolę ogranicza premier Erdogan. Cóż, jak pisałem w czerwcu, Erdogan nie jest wzorem demokraty. Cechuje go nadmierna ambicja i arogancja. To charyzmatyczny przywódca, a Zachód jest do takich nieprzyzwyczajony (od czasów Reagana i Thatcher ze świecką szukać charyzmatycznych liderów na Zachodzie). Dominują postaci miałkie, bezbarwne, niekontrowersyjne, czasem o charyzmie przysłowiowego mokrego mopa. Stąd naturalne obawy i niezrozumienie dla przywódców, którzy charyzmę posiadają (vide Orban na Węgrzech). Tymczasem Erdogan to przywódca, który cieszy się nadal ogromnym poparciem społecznym, a czerwcowe protesty wywołane iskrą ze stambulskiego parku Gezi mu nie zaszkodziły. Przynajmniej na razie.

Islamizacja Turcji?

Czy w obliczu pacyfikacji armii – pomijam tutaj kwestię zasadności procesu w sprawie Ergenekonu, gdyż obie strony mają swoje narracje i ciężko dotrzeć do w miarę bezstronnej informacji – należy obawiać się islamizacji Turcji? To odwieczny argument za silną armią, która przystopuje zapędy partii o islamskim charakterze. Nie da się ukryć, że odkąd Erdogan został premierem, czyli od 2003 r., wiele się w kraju zmieniło. Gospodarka znacząco urosła, a w sprawach społecznych islam zaczął odgrywać większą rolę. Jednak czy to powinno nas dziwić w przypadku kraju, w którym zdecydowana większość społeczeństwa to muzułmanie? Czy państwo ma prowadzić politykę wbrew woli znacznej części społeczeństwa? Z drugiej strony – co zauważa Karol Wasilewski na swoim, notabene świetnym, blogu poświęconym Turcji – istotne jest, aby ta większość nie narzucała swoich zwyczajów i praw reszcie społeczeństwa. To zresztą jeden z podstawowych dylematów demokracji, a nie ekskluzywny problem Republiki Tureckiej.

Związane ręce generałów

Jaka będzie reakcja armii na wyroki w sprawie Ergenekonu? Czy wojskowi zaakceptują dożywotnie więzienie dla swoich byłych zwierzchników? Do tej pory nie podnieśli głowy, a na przełomie maja i czerwca mieli do tego świetną okazję. Ktoś powie, że po dekadzie rządów Erdogana siły zbrojne są już „zinfiltrowane” przez islamistów (w najlepszym przypadku przez zwolenników premiera) i niezdolne do reakcji. Uważam, że przyjęcie takiego założenia byłoby bardzo naiwne. Wydaje się, że Erdogan jest zbyt popularny, by można go było obalić w miarę bezkrwawy sposób. Protesty sprzed kilku tygodni były zbyt słabe, by zachęcić armię do opuszczenia koszar. To nie była sytuacja jak w Egipcie, gdzie miliony ludzi domagały się odejścia prezydenta Mursiego. To nie Pakistan, gdzie rządy cywilne są raczej słabe, nieudolne, a armia jest jedyną sprawnie funkcjonującą instytucją.

Co więcej, wojskowi czytają gazety, oglądają telewizję i są zorientowani w realiach. Dziś bezpośrednie rządy wojska to wielkie ryzyko narażenia się na ogromną niepopularność. Po co to komu? W Egipcie armia skryła się za sędziami. W Turcji nie ma się za kim schować, a liczba zwolenników Erdogana jest większa niż jego przeciwników.

Zasada wzajemności

Czy Ergenekon istniał? A jeśli tak, czy należeli do niego akurat ci, którzy zostali skazani? Jest wiele wątpliwości, a sprawa jest czysto polityczna. Ci, którzy załatwiają politykę przy pomocy sądów powinni liczyć się z tym, że gdy stracą władzę, może ich czekać to samo (vide zamknięcie w więzieniu Julii Tymoszenko za prezydentury Wiktora Janukowycza). Tylko jak prowadzić polityczną rozgrywkę z instytucją, która z założenia powinna być apolityczna, ale w tureckiej rzeczywistości nigdy taka nie była?