Świat się zmienia, ale nie należy się go bać – polemika z red. Jerzym Haszczyńskim

Szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej” boi się świata, w którym USA nie będą w stanie pełnić roli globalnego policjanta. Mam jednak wątpliwości, czy jeden podmiot  stosunków międzynarodowych powinien mieć taką pozycję jak chciałby Jerzy Haszczyński.

USA (Flickr: uBookworm)
Flickr: uBookworm

Szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”, redaktor Jerzy Haszczyński, opublikował interesujący wpis na blogu noszący tytuł  „Już można się bać”. Rozumiem go jako nostalgię za unilateralnie działającymi, dominującymi Stanami Zjednoczonymi, które niczym wymagający rodzice karcili niegrzeczne dzieci (pytanie tylko, na ile to było sprawiedliwe karanie, a na ile selektywne, wynikające z interesu narodowego?).

„Amerykanie są obecni militarnie w wielu trudnych miejscach świata. Ale, jak pokazuje przykład Syrii, nie są w stanie podjąć decyzji, dzięki której obecność przemieni się w działanie militarne. Dla powstrzymania rozlewu krwi nie wysłali nad Syrię nawet kilkuset lotników. Mimo że ogłosili, że dyktator Baszar Asad już przekroczył czerwoną linię, bo użył broni masowego rażenia przeciwko opozycji.

Z jednej strony to dobrze, iż doniesienia wywiadów o użyciu niewielkiej ilości broni chemicznej nie są powodem do wywoływania wojen. Z drugiej jednak – cóż to za mocarstwo, które regionalnym dyktatorom wytycza czerwone linie, a po ich przekroczeniu udaje, że nic się nie stało.

Z tego powodu czasy wojny koreańskiej i wielkiego zaangażowania militarnego Ameryki za granicą wydają się zupełnie inną epoką. Już można się bać.”

Obraz świata red. Jerzego Haszczyńskiego zdaje się uwzględniać rolę Stanów Zjednoczonych jako obrońcę wolności, oskarżyciela dyktatorów i jednocześnie sędziego w wielu regionach świata (w tekście wymienione zostały Korea i Syria). Ja nie jestem przekonany o tym, czy jeden podmiot  stosunków międzynarodowych powinien mieć taką pozycję. Przede wszystkim problemem tutaj jest brak rzeczywistej kontroli (w praktyce nie można kontrolować też dużych państw np. takich jak Rosja czy Chiny), a stan ten promuje ignorowanie interesu społeczności międzynarodowej kosztem swojego, osobistego. Czyż interwencja w Iraku była  dobrodziejstwem, jeżeli w 2013 roku – 10 lat po rozpoczęciu operacji – na ulicach dalej giną setki ludzi? Oczywiście, ktoś słusznie zauważy – destabilizacja Iraku to skutek uboczny interwencji, Saddam Hussajn był okrutnym tyranem, Amerykanie nie chcieli wieloletniej wojny domowej, a ich celem było krzewienie demokracji! Czego jednak należało spodziewać się po interwencji w tak skomplikowanym regionie? I czy dostatecznym usprawiedliwieniem dla śmierci tysięcy ludzi jest to, iż Waszyngton nie chciał, aby tak się to skończyło? Przepraszam, że wasze rodziny giną, nie chcieliśmy tego? Tak wyszło.

Faktem jest także, że pozycja Stanów Zjednoczonych na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat zmieniła się. Ameryka nadal jest najpotężniejszym państwem, jeżeli chodzi o możliwości militarne, ale kryzys i życie ponad stan znacznie pogorszyły sytuację gospodarczą supermocarstwa.  Świat unilateralny umiera na naszych oczach, a Amerykanie, dysponujący niezwykle przenikliwą elitą, chcą uczyć się na popełnionych błędach. Stąd zmiana podejścia, która wzbudza krytykę red. Haszczyńskiego.

Nie bójmy się!

Stopniowy koniec ery superpolicjanta to nie musi być zagrożenie, lecz może być nadzieją na nowy porządek, w którym wzrośnie nasze znaczenie. Niektórym, zwłaszcza zwolennikom tezy, że Waszyngton zrobi wszystko za nas, może się taki obrót sprawy nie podobać, ale powinniśmy analizować zmiany rzeczywistości międzynarodowej i się do nich dostosować. Mechanizmy multilateralne, o ile będą zaplanowane jako skuteczne (jak nieskuteczne mogą być pokazuje polityka Unii Europejskiej!), mogą być korzystniejsze, ponieważ będą sprawiedliwsze.

Trudno lubić prezydenta Assada, a równie ciężko jego opozycję, zwłaszcza tę fundamentalistyczną. Posługując się jednak przykładem red. Haszyńskiego – czy nie lepiej, gdy o tym, czy doszło do użycia broni chemicznej zdecyduje komisja śledcza powołana przez Radę Praw Człowieka ONZ, a nie John Kerry w wystąpieniu telewizyjnym? Badacze bywają co prawda nieskuteczni, a Syria mogłaby ich nie wpuścić – prawda, ale właśnie naszym wspólnym zadaniem powinno być doprowadzenie do sytuacji, w której będzie możliwe sprawdzenie twierdzeń stron konfliktu. Inaczej będziemy żyli ciągle w epoce Colina Powella, który oświadczył, że Irak dysponuje bronią masowego rażenia, a po 10 latach od interwencji jest większa szansa na spotkanie na pustyni Yeti, aniżeli znalezienie broni, o której raportowali Amerykanie.  Ameryka nieinterweniująca – jak to mawia Ferdynand Lipski w „Kilerze” –„just like that” nie musi być powodem do niepokoju, ponieważ Waszyngton wie, iż operacja militarna jest najłatwiejszą częścią interwencji. Potem trzeba kraj ustabilizować, odbudować i usamodzielnić – Libia, Irak, Afganistan czy, choć tam problemy są inne, Kosowo – udało się to gdzieś?

Amerykanom nie odbierze się roli lidera, ale Waszyngton powinien być liderem mającym silnych partnerów, z którymi się liczy. Europa jeszcze nie jest gotowa do tego, aby osiągnąć taką pozycję, chociaż już operacja w Libii pokazuje, że obowiązkami można było się podzielić.. Znamienny – i sceptyczny – jest też przykład Egiptu – ani Stany Zjednoczone, ani Unia Europejska nie są obecnie w stanie zapanować nad sytuacją. Z jednej strony pragmatyczny interes nakazujący współpracować z wojskiem, z drugiej głoszone wartości demokratyczne. A wystarczyłoby mówić o modernizacji i przemycać w nim demokrację.

Polska musi się więc uczyć nowego porządku, dbać o pozycję Europy, ale też doceniać rolę innych graczy, takich jak Chiny, Indie, Brazylia czy Rosja. Na multilateralnym świecie możemy bardziej zyskać niż na tym dwubiegunowym lub unilateralnym, gdyż mamy dużo więcej możliwości. Możemy być również bardziej elastyczni.

Zmian nie zatrzymamy, musimy działać tak, aby na nich skorzystać lub jak najmniej stracić. Najważniejszy jest ten pierwszy krok – nie bać się. W przeciwieństwie do red. Haszczyńskiego  nie chcę żyć w epoce wojny koreańskiej! Ona kojarzy mi się jeszcze gorzej niż współczesny świat.