Scenariusze interwencji w Syrii: drugi Irak czy Kosowo?

Interwencja Zachodu w Syrii wydaje się być wyłącznie kwestią czasu. Niestety, niemal wszystkie ostatnie podobne operacje kończyły się katastrofalnie: Libia – już bez Kaddafiego – jest niestabilna, a w Iraku i Afganistanie od lat trwa wojna domowa. Czy jest szansa na inny scenariusz?

Demonstracja przeciw Assadowi (Flickr:garda-cc)
Demonstracja przeciw Assadowi (Flickr:garda-cc)

Opowiem Wam pewną historię. Około dwóch tygodni temu zdarzył się wypadek. Sytuacja jest nagła, ostry dyżur, bardzo mocno złamany obojczyk. Ogląda go młody lekarz – „potrzebuję jeszcze jednego zdjęcia, ale raczej będziemy operować”, wtedy wchodzi drugi młody lekarz, spogląda na zdjęcie i mówi  „nastawiamy”. „jak to nastawiamy? Przecież to kwalifikuje się do operowania?” – odpowiada lekarz. „Oczywiście, że tak, ale operować zawsze zdążymy, a to oznacza komplikacje dla pacjenta. Spróbujemy”.

Podobnie jest z Syrią, w której trzeci rok trwa wojna domowa. Zginęło w niej tysiące Syryjczyków (podaje się liczbę 100 tysięcy – jest ona nie do zweryfikowania), świat jest bezradny, a poszczególni aktorzy rozgrywają swoje interesy (Stany Zjednoczone, Rosja, Iran, Arabia Saudyjska, Unia Europejska,  Turcja, aktorzy niepaństwowi tacy jak Hezbollah czy Front Al-Nusra). Śmierć tysięcy niewinnych ludzi jest tematem zastępczym, bo w tle są interesy.

Użycie broni chemicznej

Miejsce ataku chemicznego jest obecnie badane przez inspektorów Organizacji Narodów Zjednoczonych. Ja, podobnie jak prawie wszyscy komentatorzy wypowiadający się na temat sytuacji w Syrii, tam nie jestem, nie wiem, kto wystrzelił rakietę. Reszta to polityka. Sekretarz Stanu Stanów Zjednoczonych, John Kerry (to ten na zdjęciu koło Assada), ogłosił, że użycie broni chemicznej przez siły rządowe  jest „niezaprzeczalne”. Amerykanie zapowiadają publikację dowodów, ale na razie to tylko słowa. Przed oczami staje mi tez Colin Powell w kwiecie wieku stwierdzający w 2003 roku  podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ ws. Iraku : „drodzy koledzy, każde prezentowane przeze mnie stanowisko jest oparte na źródłach, poważnych źródłach. To nie są twierdzenia. To, co wam prezentujemy to fakty i konkluzje oparte na solidnych danych wywiadowczych”. Potem okazało się, ze te niepodważalne dowody supermocarstwa to wymysły paru ludzi, którzy mogliby pisać książki science-fiction.

Realnie rzecz biorąc jesteśmy w stanie oprzeć się na dwóch relacjach. Inspektorów, którzy zostali dopuszczeni do ofiar ataku i będą w stanie stwierdzić, czy została użyta broń chemiczna (jest to więcej niż prawdopodobne) i Lekarzy Bez Granic, którzy swoim oświadczeniem również dowodzą, iż w praktyce taka liczba hospitalizowanych nie byłaby możliwa w wyniku konwencjonalnej przyczyny. A poza tym to obie strony prowadzą wojnę informacyjną.

Na razie nie jesteśmy w stanie stwierdzić, kto użył tej broni. Nie mamy dowodów na to, jedynie, oświadczenia m.in. amerykańskie, francuskie i brytyjskie stwierdzające, że za atakiem stał Assad, a z drugiej strony deklaracje rosyjskie czy irańskie, że nie ma na to dowodów i to mogli być powstańcy. Fakt, iż to siły rządowe posiadają stosowne arsenały przebija piłeczkę na ich stronę, gdyż oznacza to, że siły prezydenta Assada nie były zdolne do zapewniania szczelności magazynów zarówno w przypadku nieautoryzowanego użycia broni przez dowódców Assada, jak również nawet wtedy, jeżeli okaże się, że strzelali powstańcy. W przypadku użycia broni chemicznej za zgodą i wiedzą władz sprawa jest oczywista – Assad kwalifikuje się do Międzynarodowego Trybunału Karnego, chociaż rozwiązanie takie wymagałoby zagłosowania za nim w Radzie Bezpieczeństwa przez Rosję i Chiny.

W czasie wojny domowej sytuacja wymyka się spod kontroli, władze syryjskie są w poważnych tarapatach, ale mimo wszystko nadal nie widać sensu w użyciu broni chemicznej z premedytacją przez Assada. Media konfliktem się nie zajmowały. Ważniejszy był Egipt, na froncie udało się odnieść ograniczone sukcesy przy pomocy broni konwencjonalnej, władze syryjskie wpuściły do siebie inspektorów ONZ. I w takim momencie zdecydowano by się na użycie sarinu przeciwko cywilom? Nie twierdzę, że tak nie było – wszakże komentuję temat nie na żywo z Damaszku, a z Warszawy, ale jest to nieracjonalne i przeciwko interesom prezydenta Assada, zwłaszcza jeżeli się okaże, że Amerykanie, wraz z koalicją chętnych, zdecydują się na operację wojskową.

Nie tracić czasu na dyplomację?

Zwolennicy natychmiastowej interwencji, nie bez racji, stwierdzają, że dyplomacja w kwestii syryjskiej od 3 lat ponosi spektakularną porażkę. Rzeczywiście, I konferencja genewska nie przyniosła przełomu, a do drugiej nawet nie wiadomo, czy dojdzie. Dyplomacja nie zawiodła jednak dlatego, że nie ma wyjścia z konfliktu i manweru, a ze względu na to, iż była uprawiana dla pozoru.

Skoro jedna strona, w tym przypadku opozycja, mówi drugiej, kto ma w jej imieniu negocjować (a konkretniej – że nie będzie negocjacji z prezydentem Assadem), to jak mówić o rozmowach? Doskonale pozory dyplomacji, której celem jest rozwiązanie konfliktu obrazuje spotkanie prezydenta Obamy z prezydentem Putinem. Obaj panowie nie zgodzili się co do niczego, oprócz tego, iż trzeba jak najszybciej zatrzymać rozlew krwi. „Nasze stanowiska nie są w pełni zbieżne, lecz jesteśmy jednomyślni co do wspólnego zamiaru zakończenia przemocy i powstrzymania rosnącej liczby ofiar w Syrii, rozwiązania problemów pokojowymi metodami, w tym rozmowami w Genewie – oświadczył prezydent Rosji. „

Słowa pozostały słowami i żaden z panów nie podjął rzeczywistych działań w celu zakończenia przemocy, a wręcz przeciwnie – obie strony nadal wspierają swoich sojuszników. Amerykańscy dyplomaci przełożyli spotkanie ze swoimi rosyjskimi odpowiednikami na temat II konferencji genewskiej dotyczącej sytuacji w Syrii. Oświadczenia rosyjskie zdają się wskazywać, iż Moskwa przewiduje ograniczoną operacje przeciwko Assadowi. To nie są działania osób zainteresowanych końcem cierpienia.

Konkluzja w temacie negocjacji jest prosta. Trzeba posadzić wszystkie strony do stołu i próbować wynegocjować porozumienie. Afganistan pokazuje, iż przeciwnik dużo słabszy militarnie, lecz działający w warunkach asymetrycznego konfliktu, może trwać i czekać na swój czas. Dlatego pokój musi uwzględniać interesy wszystkich poważniejszych graczy. Władza musi zostać podzielona, z uwzględnieniem praw sunnitów, szyitów, alawitów, Kurdów oraz zagwarantowaniem praw chrześcijan. Rozmowy powinny toczyć się pod odpowiednią presją. Jeżeli nie dogadacie się między sobą, to Rada Bezpieczeństwa będzie zdolna do podjęcia działań. Brzmi to jak bajka, bo głównym mocarstwom nie zależy w tym momencie na pokoju, lecz na ugraniu swojego. W dodatku łatwo wyobrazić sobie skalę nienawiści pomiędzy uczestnikami wojny domowej, która nie sprzyja dobrowolnym rozmowom.

Interwencja. Historia jako nauczycielka życia.

Obecnie znajdujemy się w punkcie, w którym Stany Zjednoczone i ich sojusznicy rozważają podjęcie akcji militarnej w Syrii. Prezydent Obama nie wydaje się wielkim entuzjastą podejmowania takich działań, lecz staje się zakładnikiem, z jednej strony swojej deklaracji o „przekroczeniu czerwonej linii” w przypadku użycia broni chemicznej lub biologicznej przez Assada, a z drugiej, opinii publicznej, która na zawsze zapamięta mu bierność w obliczu zabijania niewinnych cywilów. Same wojsko amerykańskie jest gotowe do podjęcia działań, ale wojskowi obawiają się konsekwencji, z jakimi wiązać się będzie podjęcie działań.

Interwencje w Afganistanie i Iraku kosztowały Amerykanów – według szacunków costofwar.com – około półtora biliona dolarów (!). Nikt nie ma wątpliwości, co do osoby Saddama Hussajna. Okrutny dyktator, zabijający cywilów, stosujący w przeszłości broń chemiczną przeciwko niewinnym ludziom. Od amerykańskiej interwencji do marca 2013 – weg publikacji „The Christian Science Monitor” – w Iraku zginęło 134 tysiące cywilów (!). Od stycznia 2004 do grudnia 2009 roku zginąć miało, według szacunków amerykańskich ujawnionych przez WikiLeaks, około 66 tysięcy cywilów. Nie mówiąc o setkach tysięcy rannych i niecywilnych ofiarach – m.in. żołnierzach koalicji. Amerykanie, mając w pamięci Irak i stacjonując ciągle w Afganistanie, na opcję okupacyjną nie powinni się zdecydować.

Innym typem konfliktu jest Libia. Tam zdecydowano się na rozwiązanie, które rozważane jest również w tym przypadku. Bombardowania z powietrza, no fly-zone i wspieranie opozycji. Po pół roku Kaddafi został pokonany, jednak kraj nadal jest niestabilny. Poszczególne regiony ogłaszają autonomię (np. Cyrenajka), rząd nie panuje nad terytorium, jeden z ludów niezadowolonych z sytuacji postanowił nawet… najechać parlament. Oblegane również w przeszłości były Ministerstwo Sprawiedliwości i Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Władze libijskie szacują, iż w czasie konfliktu zginęło 25 tysięcy osób. Organizacja „Human IRghts Watch” informuje w swoim corocznym raporcie m.in. o braku kontroli rządu nad uzbrojonymi grupami, na arbitralne bezprawne zatrzymanie nawet 3 tysięcy osób, torturowanie zatrzymanych, niewyjaśnione zabójstwa byłych zwolenników Kaddafiego i śmierć w niewoli itd.

Interwencja. Co dalej?

Tak, przykładowo, wyglądają skutki interwencji, które sprowadzają się do słowa „niestabilność”. Dlatego zalecanym, przeze mnie, rozwiązaniem byłoby połączenie kija z marchewką. Ograniczona interwencja będąca w istocie próbą zmuszenia alawitów do rozmów mogłaby pomóc w osiągnięciu kompromisu. Warunkiem jest jednak doprowadzenie do stołu również drugiej strony. Inaczej czeka nas powtórka – w najgorszym przypadku z Iraku i Afganistanu, w najlepszym z Kosowa. Przy czym trzeba pamiętać, że w Kosowie dużo dobrego robi Unia Europejska i państwo te położone jest w Europie, a proszę zauważyć, z jakimi problemami gospodarczymi i politycznymi nadal się boryka po 14 latach.

Usunięcie Assada z Damaszku nie będzie najtrudniejszą częścią operacji. Uważam wręcz – jeżeli Amerykanie będą zdeterminowani – że to kwestia paru dni.  Tylko co potem? Jeżeli Amerykanie nie zrobią tego tylko po to, aby otworzyć negocjacje z ziomkami Assada, to kraj będzie dalej pogrążony w wojnie domowej. Amerykanie nie uciekną od tego, że zarówno sympatyzujący z Assadem i walczący w Syrii Hezbollah, jak również dżihadyści syryjscy (ci od jedzenia serca swoich wrogów…) to śmiertelni przeciwnicy Waszyngtonu. O ile ataki na Hezbollah można „wkalkulować” w operacje przeciwko Assadowi, o tyle akcja przeciwko np. Frontowi Al-Nusra to już atakowanie opozycji. Czy Amerykanie będą chcieli ich dopuścić do władzy? Już widzę protesty premiera Netanjahu.  Pozostaje tez trudne pytanie o Kurdów, którzy w tej grze grają o swoją autonomię i obecnie administrują swoimi terenami przy cichym pozwoleniu Assada oraz w kooperacji z jego wojskami, zaś przeciwko fundamentalistom. Kurdowie to jednak amerykańska nadzieja w przypadku interwencji, ponieważ w Iraku jedynym względnie stabilnym regionem jest ten kontrolowany przez Kurdów, którzy na amerykańskiej interwencji wygrali autonomię.

Już Sun Tzu uczył, ze przeciwnikowi należy dać szansę ucieczki, bo inaczej będzie się bił do końca ze swoich całych sił. W takiej sytuacji będą alawici przekonani o tym, że jeżeli przegrają, to czeka ich w najlepszym przypadku czystka. Skutkiem interwencji będzie najprawdopodobniej kolejny konflikt o charakterze asymetrycznym i bardzo słaby rząd w Damaszku, który prawdopodobnie stanie się przed koniecznością prowadzenia wojny z fundamentalistami, których siła będzie rosła w wyniku panującego chaosu i wszechobecnej biedzie. Wolna Armia Syryjska nie jet obecnie zdolna do wygrania wojny domowej, a co będzie, jezeli na plecach amerykańskich odniesie zwycięstwo? Umiarkowana opozycja nie będzie w stanie samodzielnie rządzić.  W takiej sytuacji na stabilizacji nie będzie też  zależeć Iranowi i Hezbollahowi dla których strata przyjaznego rządu Assada będzie niezwykle dotkliwa. W tym scenariuszu Syria ma duże szanse, aby zostać kolejnym państwem upadłym (o ile już nim nie jest), w którym wszyscy będą się bić ze wszystkimi. Najlepiej to obrazuje Aleppo, prześliczne miasto, które zamieniło się w śmietnik.

Najgorszym scenariuszem dla Stanów Zjednoczonych jest, na wzór wietnamski, wymuszenie na Ameryce interwencji wojskowej i zajęcie Syrii. To koszmar prezydenta Obamy, bo wtedy Amerykanie będą w czymś, co pozwolę sobie nazwać asymetrycznym oblężeniem.

Tylko w scenariuszu z wymuszeniem pokoju (podejmowane są nieśmiałe próby wciągania w ten proces nawet Teheranu), zapewne połączonym z wysyłaniem misji pokojowych ONZ, cywile wychodzą na plus. Niezależnie od tego, jak rozwinie się sytuacja, prezydent Obama kalkuluje w tym momencie, czy gorsze jest dla niego interweniowanie czy brak interwencji? W każdej sytuacji stanie w ogniu krytyki, a niewinni ludzie będą nadal ginąć.