Wojna w Syrii, propaganda i zbrodnie

Przywódcy państw G-8 są w sprawie Syrii zgodni co do jednego: trzeba zakończyć ten rozlew krwi. Problem w tym, że wszystkie ich deklaracje będą bez znaczenia, jeśli nie podejmą działań. A nie podejmą ich prędko.

Syryjski billboard przedstawiający Baszara al-Assada (Flickr: tgraham-cc)
Syryjski billboard przedstawiający Baszara al-Assada (Flickr: tgraham-cc)

Wielki sukces państw G-8. Stwierdziły one wspólnie, że należy sprzeciwić się rozlewowi krwi i podjąć działania mające na celu zakończenie tego procederu. Ja proponowałbym jeszcze, aby dać panom Cameronowi, Obamie, Hollande’owi oraz Putinowi puchar na zachętę, jak w „Misiu”, bo być może nie próbują nawet zatrzymać rozlewu krwi, ale za to jak pięknie o tym mówią! Planowanie konferencji pokojowej w Genewie jest oczywiście pomysłem wartym rozwagi i sensownym, ale czymże jest deklarowanie, iż chce się zatrzymać katastrofę humanitarną w momencie, gdy Rosjanie zbroją rząd, a Zachód opozycję? Promykiem nadziei w tunelu jest fakt, iż Rosja i Zachód dostrzegły, że dużo poważniejszym problemem dla ich interesów są skrajni islamiści występujący pod banderą Frontu Al-Nusry.

To z kolei narzuca kolejne rozwiązanie, a mianowicie dogadanie się rządu z umiarkowaną opozycją. Ceną takiego porozumienia byłoby odejście Assada. Tylko że w obecnych warunkach nie gwarantuje to pokoju, a dogrywkę z fundamentalistami, a pewnie i powtórkę scenariusza z Iraku i Afganistanu. Moment na rozwiązanie konfliktu został przespany, a teraz – gdy zginęło już nawet 90 tysięcy ludzi – słyszymy, że najważniejsze mocarstwa są zgodne, iż należy powstrzymać rozlew krwi. W rzeczywistości takie oświadczenia pokazują, że nie udało się dojść do żadnego porozumienia i życie ludzkie jest jedynie przykrywką do realizacji własnych interesów. Zachodnich – uzyskania większych wpływów w Syrii, osłabienia Hezbollahu w Libanie, dalszej izolacji Iranu. Rosji – utrzymania portu poza ZSRR i strategicznego sojusznika, wsparcie Iranu. Państw Zatoki Perskiej – wsparcie fundamentalistów itd.

W tych oparach cynizmu lub naiwności (w zależności od sytuacji) występują również media. Zachodnie preferują przekaz z Assadem jako mordercą i powstańcami jako utrapionymi bojownikami walczącymi za wolność Syrii. Irańskie, rosyjskie i syryjska telewizja rządowa z kolei z rebeliantów robią zło wcielone, zaś władze kreują na wyrozumiałe, zmuszone do ostateczności, popierane przez lud. Rozsądny powiedziałby – to typowa wojna informacyjna i bez bycia na miejscu wydarzeń ciężko ocenić skalę zbrodni i ostatecznie osądzić strony. Wniosek też jest taki, że ani Assad nie ma takiego poparcia, że może bez problemu stłumić rebelię, ani rebelianci takiej siły, aby Assada z Damaszku wykurzyć.

Gdzieś w to wszystko wpasowują się polskie media, które jednak nie mają własnego przekazu (!). One powielają informację z mediów zachodnich (CNN, Reuters etc), także uczestnicząc w przekazywaniu „niepewnych” informacji. W wojnie informacyjnej uczestniczyło również Europejskie Centrum Analiz Geopolitycznych na czele z Marcinem Domagałą w czasie swojej wizyty w Syrii. Opisy na Facebooku Marcina nie pozostawiają wątpliwości, że jest to ustawka i kompletnie jednostronna relacja. Marcin Domagała jest jednak na tyle uczciwy, że to przyznaje, a ja jako czytelnik otrzymuje punkt widzenia władz syryjskich, o którym mnie do tej pory nikt nie poinformował. Polska delegacja w Damaszku stała się – zresztą, w przypadku ECAG-u to nie pierwszy taki przypadek – narzędziem w wojnie informacyjnej. Można ich za to krytykować, ale trzeba też pamiętać, że inne media – być może nieświadomie – wykonują taką samą robotę dla drugiej strony konfliktu.

Podsumować to można banalnie. Wojna nie jest czarno-biała z bohaterami po jednej stronie oraz złoczyńcami po drugiej. Życzyłbym sobie tej symetrii w przypadku pisania o konflikcie przez dziennikarzy. Najlepiej  komentuje to znajomy syryjski Kurd „A idź Ty mi z nimi cholerę. Z nimi wszystkimi”.