Protesty w Turcji: pokaz siły czy koniec wszechwładzy Erdogana?

Protesty w Turcji pokazują, jak bardzo rząd premiera Recepa Tayyipa Erdogana oddalił się od społeczeństwa. Kraj, który wielu obserwatorów z Zachodu dawało jako wzór do naśladowania dla innych państw muzułmańskich, przeżywa kryzys jakiego nie widzieliśmy od lat.

Protesty przeciw rządom premiera Recepa Erdogana w Turcji (fot. Flickr / Fotomovimiento)
Protesty przeciw rządom premiera Recepa Erdogana w Turcji (fot. Flickr / Fotomovimiento)

Nasilające się od kilku dni w Turcji protesty pokazują, że jej władcy oderwali się od społeczeństwa. Z małego, lokalnego protestu o charakterze społecznym powstała polityczna machina wymierzona w premiera Recepa Erdogana i jego Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Z racji tego, że Turcja jest 17. największą gospodarką świata i istotnym graczem w kluczowym regionie globu, warto przyjrzeć się bliżej wydarzeniom ostatnich kilkudziesięciu godzin.

Geneza porażki

Brak konsultacji społecznych, lekceważenie głosu obywateli, arbitralne podejmowanie decyzji, arogancja, pycha i buta. Takie są przyczyny niezadowolenia, które wpłynęło na setkę osób – inicjatorów protestu w Stambule. Zamiast parku ma być centrum handlowe. To nie jest sprawa, która może obalić władzę. I najpewniej jej nie obali. Jednak reakcja władz, w tym samego Erdogana, jest bardzo wymowna. Pod adresem demonstrantów posypały się epitety i oskarżenia. Wmieszano w to nawet zagraniczną inspirację – syryjskiego dyktatora Baszara Assada, którego Erdogan chciałby się pozbyć, terrorystów z Partii Pracujących Kurdystanu, z którymi Erdogan próbuje zawrzeć porozumienie itp. Turecki premier zdążył już uznać Twittera i media społecznościowe za zagrożenie, czy inaczej – narzędzia zła. Erdogan i jego ekipa brną w ślepy zaułek, a w kolejnych miastach Turcji wybuchają protesty przeciwko władzy AKP. Premier apeluje, by nie przyłączać się do demonstrantów.

Straty zewnętrzne

O ile wewnętrznie Erdogan nie ma się raczej o co obawiać – rządzi trzecią kadencję, szykuje sobie grunt na prezydenturę skrojoną w opracowywanej właśnie nowej konstytucji – konsekwencje zewnętrzne obecnego zamieszania mogą być znaczące. Przede wszystkim Turcja robi sobie najlepszą możliwą antyreklamę na Zachodzie, zarówno w Europie (gdzie i tak nie miała zbyt dobrej prasy), jak i w USA (dla których Ankara jest kluczowym sojusznikiem na Bliskim Wschodzie, a ostatnio także partnerem w porządkowaniu powiosennego krajobrazu arabskiego). Erdogan, który określa demonstrantów mianem  „elementów ekstremistycznych” i szuka zewnętrznej ingerencji brzmi zabawnie, gdy porównamy jego wsparcie dla rebelii w Syrii. Przywódca, który brzmi zabawnie jest do przełknięcia tylko na krótką metę. A to dlatego, że najczęściej staje się przez to niewiarygodny. Owszem, nie jest pierwszyzną mówić jedno, a robić coś dokładnie przeciwnego, lecz skuteczność działania wymaga jednolitego przekazu. Trudno o sukces, gdy wszyscy wokół widzą hipokryzję. Witajcie w XXI-wiecznych realiach, gdy zakulisowe czy gabinetowe załatwianie spraw jest w zasadzie niemożliwe, a każdy urywek wypowiedzi będzie popularyzowany i wnikliwie analizowany w mediach społecznościowych. W czasach, gdy milczenie ponownie staje się cnotą, decydenci zaskakująco często nie powściągają swojego języka.

Nie można lekceważyć strat wizerunkowych, gdyż wizerunek jest dzisiaj wielkim atutem. A także walutą w stosunkach międzynarodowych. Erdogan pielęgnował dotychczas wizerunek obrońcy uciśnionych (Palestyńczycy, Navi Marmara i zerwanie współpracy z Izraelem – co ważne, bez sankcji ze strony USA, co pokazuje wagę relacji Waszyngtonu z Ankarą) oraz forpoczty arabskiej wiosny (wyprowadzenie „na prostą” rewolucji w Egipcie, poparcie dla obalenia Kaddafiego i Assada). Turcja stała się regionalnym graczem wagi ciężkiej, który wraz z Arabią Saudyjską i Katarem rozmontowywał arabskie dyktatury. Teraz, gdy ten sam Erdogan pozwala na pałowanie protestujących, traktowanie ich gazem łzawiącym i „innymi przyjemnościami”, wizerunek obrońcy uciśnionych legł w gruzach. Erdogan odsłania swe, znane specjalistom od spraw tureckich, oblicze – twardego człowieka. Czy już dyktatora, przywódcy autorytarnego?

Naśladować Turcję?

Model, który wypracował Erdogan miał być wzorem dla muzułmańskich państw regionu – islamska demokracja, połączenie konserwatyzmu z otwartością i kapitalizmem. Nic z tych rzeczy. Ten model okazuje się specjalnie nie różnić od regionalnych standardów, wedle których z opozycją się nie rozmawia (a najchętniej po prostu nie toleruje), a władza ma zawsze rację. Oczywiście trudno porównywać Turcję do jej sąsiadów, także pod względem politycznym, lecz liczne działania władz spod znaku AKP budzą wątpliwości (aresztowania dziennikarzy, oburzenie na demonstracje).

Gdy Barack Obama ogląda obrazki z Turcji musi się zastanawiać, kiedy ktoś zapyta go, dlaczego toleruje takie postępowanie u swego kluczowego sojusznika. To bardzo kłopotliwe pytanie. Reakcja na wydarzenia w Stambule i innych miastach może być tylko jedna – potępienie. Wiadomo też, jak zareaguje Erdogan lub jego ekipa – oburzenie i wezwanie, by nie mieszać się w wewnętrzne sprawy Turcji. Raczej nie pojawi się melodia inspiracji protestów przez Amerykanów. Jeszcze nie, ale za pół roku czy rok?

Bilans nadal na plus

Obrazek tureckiego sukcesu, lansowany przez premiera Erdogana, znowu może lec w gruzach. Modernizacja gospodarki to niewątpliwy sukces. Ale na arenie międzynarodowej sukcesy przeplatają się z porażkami. Polityka „zero problemów z sąsiadami”, której architektem jest szef dyplomacji Ahmet Davutoglu, przegrała w starciu z arabską wiosną. Zamiast handlu z Syrią trzeba było obalać Assada. Bliskie związki z Izraelem zostały złożone na ołtarzu zyskania popularności na „arabskiej ulicy”. Fakt, po arabskiej wiośnie Erdogan był fetowany w krajach Afryki Północnej. Za polityką idzie tu biznes, który ma zyskać na nowym politycznym otwarciu.

Od miesięcy trwają rozmowy z Kurdami, których celem jest zakończenie trwającego dekady konfliktu. Byłoby to niemałe osiągnięcie Erdogana, osobiście bardzo zaangażowanego w proces pokojowy. Autonomia dla Kurdów w Turcji, autonomia w Iraku – byłby to wzór i punkt odniesienia dla Kurdów w innych krajach regionu. A w zasięgu kilku dekad być może coś więcej? Połączenie autonomii w jedno państwo? Brzmi dość abstrakcyjnie, lecz zmiany granic są czymś zupełnie naturalnym, podobnie jak powstawanie bądź znikanie państw. Sprawy tej wagi należy rozpatrywać w dłuższym terminie.

Czy Erdogan się czegoś nauczy?

Wracając do Erdogana należy podkreślić, że ten zręczny polityk wytrwale pracował na swój dzisiejszy los. Charyzma, przekonanie o słuszności własnych poglądów oraz wizja zmian, które chciał przeprowadzić zaprowadziły go na szczyt. Gdy już tam dotarł, tracił jednak kontakt ze społeczeństwem i coraz gorzej znosił opinie odmienne od własnych. Powyższe cechy w połączeniu z dumą i arogancją (pamiętajmy, to już trzecia kadencja) powodują, że kumulują się złe i szkodliwe reakcje na wydarzenia. Spirala nakręca się i obserwujemy to, co obserwujemy. Przedstawienie dość marnej jakości ze strony Erdogana kontrastuje z mobilizacją opozycji – nie tylko partyjnej – i pokazem sprawności społeczeństwa obywatelskiego. Wątpliwe, by ten wybuch doprowadził do znaczącej zmiany, ale może wpłynąć na dalsze postępowanie – łagodząc nieco kanty władzy Erdogana. Podobnie jak polskie protesty przeciwko ACTA.