Iran: wybory prezydenckie bez znaczenia?

Irańczycy wybierają dziś następcę prezydenta Mahmuda Ahmadineżada. Mimo wąskiego spektrum prezentowanych przez kandydatów postaw i poglądów Irańczycy znów tłumnie stawią się przy urnach. Trzeba tylko mieć nadzieję, że wybiorą mądrzej niż ostatnio.

Ali Chamenei (Wikimedia Commons)
Ali Chamenei (Wikimedia Commons)

Irańczycy wybierają dziś następcę prezydenta Mahmuda Ahmadineżada, który piastował to stanowisko przez dwie czteroletnie kadencje. Kontrowersyjny, konserwatywny i uparcie antyzachodni Ahmadineżad zostawia kraj podzielony, izolowany na arenie międzynarodowej i biedniejący w wyniku międzynarodowych sankcji, a sam wkracza do politycznego czyśćca – pozbawiony sojuszników i skonfliktowany z rządzącymi w Iranie zausznikami Najwyższego Przywódcy (rahbara) Chameneiego, nie jest w stanie odgrywać już żadnej znaczącej roli.

Nastroje dziś są zupełnie inne niż cztery lata temu, gdy przez główne miasta przepływała „Zielona Fala” zwolenników Mir-Hosejna Musawiego i wydawało się, że kandydat reformistów nie może przegrać. Późniejsze wydarzenia, a przede wszystkim wielomilionowe protesty spacyfikowane przez paramilitarne oddziały basidżów i represje wobec opozycji, ukazały jednak kulawe mechanizmy działania demokracji islamskiej. Dziś, te same mechanizmy, które krytykowano po tamtych wyborach mają zapewnić legitymizację władzy nowego prezydenta. Jest to oczywiście demokracja nieliberalna, w dużej mierze fasadowa, na pewno ułomna, ale jej obecność jest nie do przecenienia. Mimo wszystkich swoich wad (których Irańczycy są świadomi) kanalizuje frustracje i zapewnia pewien stopień stabilności, o którym rządzący innymi państwami regionu mogą tylko pomarzyć. Jeśli pomyślimy o tym, jak z podobnymi kryzysami radzili sobie egipscy, syryjscy czy libijscy autokraci, a nawet zdecydowanie bardziej demokratyczna Turcja, dojdziemy do wniosku, że jest to jednak spore osiągnięcie.

Nastroje się zmieniły na gorsze, ale problemy pozostały te same, co w 2009 r.: słaba kondycja gospodarcza pogrążonego w stagnacji kraju, której efektem jest wysoka stopa bezrobocia (oficjalnie: 16 proc., realnie ok. 25 proc.) i inflacja na poziomie 30 proc. Irańską gospodarkę dusi także wysoki poziom korupcji, a także sankcje społeczności międzynarodowej związane z rozwojem programu atomowego.

W tym roku entuzjazmu nie ma, bo – nauczony protestami po poprzednich wyborach – irański establishment zaakceptował wyłącznie sześciu „prawomyślnych” kandydatów na stanowisko prezydenta. Spośród nich większość to bardzo bliscy współpracownicy Najwyższego Przywódcy, m.in. były wieloletni minister spraw zagranicznych kraju Ali Akbar Welajati i obecny negocjator ds. programu atomowego Said Dżalili.

Tylko jeden z kandydatów związanych z obozem reformistów dotrwał do ostatniego etapu wyścigu prezydenckiego. Pozostali albo zostali odrzuceni w przedbiegach przez Radę Strażników Rewolucji, zaś jeden, Mohammed Reza Aref, wycofał się na kilka dni przed wyborami, prosząc swoich sympatyków o głosy dla Hassana Rohaniego. Rohaniego poparli też – związani z reformistami – dwaj byli prezydenci, Mohammed Chatami i Ali Haszemi Rafsandżani. Nie była to z pewnością łatwa decyzja, a u jej podstaw leży chłodna kalkulacja, że ten umiarkowany konserwatysta będzie lepszym kandydatem, niż jego konkurenci.

Mimo poparcia reformistów dla Hassana Rohaniego, trzeba jasno powiedzieć, że w wyborach startują wyłącznie kandydaci obozu rządowego, do tego od lat należący do jego elit. Nie ma wśród nich człowieka właściwie znikąd, powiewu świeżości, jakim był w 2005 r. Ahmadineżad (ówcześnie: burmistrz Teheranu, niezbyt znany poza stolicą) czy cztery lata później jego przeciwnik Musawi (na wpół zapomniany przez Irańczyków były premier z lat 80., który wycofał się na blisko 20 lat z życia politycznego). Wydaje się, że – mając w pamięci wyzwanie rzucone przez obecnego prezydenta po reelekcji w roku 2009 – Chamenei chciał się w ten sposób zabezpieczyć przed mało lojalnymi kandydatami, którzy nie są odpowiednio obrośnięci siecią politycznych i personalnych współzależności. Tym razem wszystkim kandydatom zależało więc na przekonaniu opinii publicznej, a przede wszystkim innych członków establishmentu, że popiera ich rahbar, działają podług jego wskazówek i zgodnie w prezentowaną przezeń wizją rozwoju państwa.

Trudno zakładać, że bezgraniczna niemal lojalność wobec Najwyższego Przywódcy jest tylko elementem kampanii wyborczej. Żaden z kandydatów nie wydaje się być zdolny do tego, tego co zrobił Ahmadineżad i w mniejszym stopniu Musawi: kontestacji istniejącego porządku. Jeśli ktoś oczekuje po nowym prezydencie pozytywnych zmian, otwarcia na zachód, wstrzymania programu atomowego, srodze się zawiedzie, wygląda bowiem na to, że bez względu na to, kogo wybiorą Irańczycy, będzie to prezydent dokładnie taki, jakiego chciałby mieć Chamenei, a wszystkie kluczowe decyzje będą zapadać tak jak obecnie, w gabinecie rahbara.

Irańska polityka potrafi być jednak bardzo pogmatwana. To właśnie obecny prezydent starał się ograniczyć władzę szyickich duchownych i zastąpić ją twardymi rządami cywilnymi, a być może nawet dyktaturą opartą o siłę paramilitarnych bojówek i Strażników Rewolucji. Przegrał i teraz ponosi tego konsekwencje: jego protegowany nie został dopuszczony do wyborów, a jego samego czeka polityczna emerytura, ale wśród kandydatów nie ma nikogo, kto mógłby spróbować przeciwstawić się dyktatowi rahbara. To są jednak tylko pozory: Ahmadineżad przecież również deklarował niezachwianą lojalność wobec Chameneiego, dzięki któremu wygrał poprzednie wybory, a nie przeszkodziło mu to rzucić wyzwania przywódcy przy nadarzającej się okazji. Kto wie, czy jego następca nie okaże się z czasem jeszcze bardziej niezależny, a jeśli przy tym będzie nieco bardziej powściągliwy, może się okazać również bardziej skuteczny.

Nie zapominajmy także o sędziwym wieku ajatollaha Chameneiego. To kolejny czynnik, który może rzutować na okres urzędowania przyszłego prezydenta. Jeśli stan zdrowia rahbara pogorszy się na tyle, że nie będzie on miał tyle energii i siły woli co dotychczas, nowy prezydent będzie miał zdecydowanie większe pole do niezależnych działań.

Wydaje się, że mimo wąskiego spektrum prezentowanych przez kandydatów postaw i poglądów Irańczycy znów tłumnie stawią się przy urnach. Trzeba tylko mieć nadzieję, że wybiorą mądrzej niż ostatnio. Aby przestawić kraj znów na właściwe tory, na fotelu prezydenckim w Teheranie musi zasiąść pragmatyk zdolny lawirować między oczekiwaniami różnych grup wyborców i establishmentu, cieszący się zaufaniem Alego Chamneiego, ale mający również trzeźwe spojrzenie na gospodarkę i politykę zagraniczną. O tym, że nie jest to łatwe na własnej skórze poczuł Mahmud Ahmadineżad, a my wkrótce dowiemy się o tym, kim będzie kolejna osoba, która się o tym przekona.