Amerykanie chcą wierzyć w cud w relacjach afgańsko-pakistańskich

Amerykańska administracja liczy, że w czasie ostatnich miesięcy pobytu wojsk ISAF w Afganistanie uda się dokonać tego, co było nieosiągalne przez minionych kilkanaście lat. Skłonienie Pakistanu, by swoimi działania wsparł pokojową odbudowę Afganistanu i na równi z ANSF zwalczał operujące na Pograniczu grupy bojowników – polityczna misja niemożliwa.

Prezydent Afganistanu Hamid Karzaj, Sekretarz Stanu USA John Kerry i szef sztabu armii Pakistanu gen. Aszfak Kajani na spotkaniu w Brukseli, kwiecień 2013 r. (fot. US State Department)
Prezydent Afganistanu Hamid Karzaj, Sekretarz Stanu USA John Kerry i szef sztabu armii Pakistanu gen. Aszfak Kajani na spotkaniu w Brukseli, kwiecień 2013 r. (fot. US State Department)

Powyższe zdjęcie oddaje sielankowe nastroje niedawnych rozmów w Brukseli. Z Pakistanu słychać częste i solenne zapewnienia dotyczące zmiany polityki wobec wschodniego sąsiada. Wszystko bardzo pięknie. Szkoda tylko, że kontrastuje to z co raz częstszymi spięciami na granicy afgańsko-pakistańskiej, co raz większą wrogością obu państw, ale co najważniejsze z pakistańskim interesem. Wyznaczniki pakistańskiego bezpieczeństwa naprawdę nie zmieniły się w ciągu ostatnich tygodni i nie zmienią się po wyjściu ISAF z Afganistanu.

Główny problem jest znany. Pakistan wykorzystuje grupy bojowników do załatwiania swoich spraw zarówno na wschodniej , jak i na zachodniej rubieży. Robi to od początku funkcjonowania jako niezawisłe państwo i będzie robił nadal. No, przynajmniej do czasu, aż zanikną przesłanki doprowadzające do napięć z Indiami. Jako optymiści możemy mieć nadzieję, że kiedyś to nastąpi. Jednak raczej nie w przyszłym roku.

Przypomnijmy, Islamabad, głównie poprzez ISI, utrzymuje poprawne stosunki, a także wspiera grupy afgańskich Talibów z szury (rady) Kwetty i Siatką Hakkaniego na czele. Celem tych działań jest utrzymanie znacznego wpływu na bieg wypadków w Afganistanie. Pakistan nie może pozwolić sobie na całkowite wyrwanie się wschodniego sąsiada spod kontroli, bo ten mógłby zbliżyć się do Indii. To oznaczałoby katastrofę geopolityczną i utratę strategicznej głębi w wypadku wojny z Indusami. Czy cokolwiek zmieniło się na tej płaszczyźnie? Nie.

Chęć posiadania możliwości wpływu na wypadki za zachodnią granicą będzie jeszcze wzrastać, gdyż przyszłość Afganistanu jest wielką niewiadomą. Nieważne czy w Afganistanie wybuchnie wojna domowa, czy narodzą się silne wpływy Rosji, Chin, czy też Amerykanie utrzymają status najbliższego partnera rządu w Kabulu. Pakistan musi wiedzieć dokładnie co dzieje się w Afganistanie i mieć możliwość reakcji. Czy rezygnacja z tego atutu miałaby jakikolwiek polityczny sens? Nie.

Optymiści zwracają uwagę, że zmienia się podejście władz i kół wojskowych w Pakistanie. Podobno nowa pakistańska doktryna nie jest aż tak “hindocentryczna” i kładzie również nacisk na bezpieczeństwo wewnętrzne, związane z przeciwdziałaniem zagrożeniom, które rodzą się na Pograniczu. Rzeczywiście, Tehrik-i-Taliban Pakistan (TTP) daje się ostatnio Pakistanowi we znaki. Radykalizacja i obniżenie bezpieczeństwa po pakistańskiej stronie granicy z Afganistanem jest widoczne. Słychać głosy jakoby pomoc w zwalczaniu afgańskich, “dobrych” Talibów (na początek może mniej ambitnie – zaprzestanie wspierania) miała pomóc w uzyskaniu przewagi nad “złymi” Talibami, którzy wolą walczyć z Pakistanem, niż Amerykanami. Nie bardzo rozumiem jednak w jaki sposób. Czy TTP złagodnieje jeśli Islamabad przestanie bratać się z szurą z Kwetty i Siatką Hakkaniego, a serdecznie uściśnie dłoń afgańskim Tadżykom i Uzbekom? Nie.

Pakistan wyraża poparcie dla czegoś co w mediach występuję pod nazwą “proces z Doha”, czyli rozmów władz afgańskich z Talibami, jak dotąd raczej bezowocnych. W to jestem w stanie uwierzyć. Pakistan na pewno nie życzy sobie kolejnej wojny domowej na dużą skalę, bo nie ma możliwości, żeby ta się nie rozlewała, a jej odłamki nie uderzały w pakistańskie miasta i ludność. “Proces z Doha” jakkolwiek jest wolno się rozwija, hipotetycznie może doprowadzić do osiągnięcia wpływu na afgańską politykę przez Talibów pokojowymi środkami. Tym lepiej dla Pakistanu.

W ostatnim czasie wykonano wiele pustych gestów. Uśmiechy, wymiany uścisków dłoni. Pakistańscy wojskowi w Kabulu, co raz częściej rozmawiający z ludźmi związanymi z Sojuszem Północnym. Prezydent Zardari zapewniający na forum ONZ, że wierzy w pokojową przyszłość, stabilność i prosperitę w Afganistanie (oczywiście dodając złowróżbnie, że Afganistan musi być kierowany i rządzony przez “Afgańczyków”). Niektórzy dają się zwodzić tym propagandowym pląsom. Warto jednak zadać pytanie. Czy Pakistan ma jakikolwiek interes w silnym rządzie w Kabulu i wytępieniu bojowników walczących z władzą Karzaja? Nie.

Pakistan ma za to interes w prowadzeniu obecnej propagandowej gry. Jest to świetne lekarstwo, które osładza Amerykanom odejście, ładnie wygląda w zachodnich mediach. To przecież bardzo ważne, aby w Waszyngtonie nikomu nie przyszło na myśl, by choć pisnąć na temat pozostania w Afganistanie troszkę dłużej lub wysłać tam po 2014 roku większy niż symboliczny kontyngent. Gdy Amerykanie znikną wreszcie będzie można bez ograniczeń i bez bzyczących nad głowami dronów prowadzić politykę zgodną z własnym interesem.