Trzęsienie ziemi koło irańskiej elektrowni atomowej w Buszehrze i teorie spiskowe

Informacja o tym, że niecałe 100 km od jedynej irańskiej elektrowni atomowej doszło do trzęsienia ziemi, przywołała nie tylko wspomnienia z katastrofy w Fukushimie, ale również zmusza do oceny znaczenia tego kompleksu z punktu widzenia bezpieczeństwa międzynarodowego.

Model elektrowni w Buszehrze (fot. Bernd.Brincken/Wikimedia Commons)
Model elektrowni w Buszehrze (fot. Bernd.Brincken/Wikimedia Commons)

We wtorek 9 kwietnia w pobliżu irańskiego portu Buszehr zatrzęsła się ziemia. Nie ma w tym nic zaskakującego, gdyż Iran leży na aktywnym sejsmicznie terytorium, a trzęsienia ziemi dla tego kraju to niemalże codzienność. Czasem są one bardzo tragiczne, jak zniszczenie  historycznego miasteczka Bam w 2003 roku, w wyniku którego śmierć poniosło ok. 26 tys. osób. Tym razem ofiar było znacznie mniej – blisko 40 osób zginęło, a ponad 850 zostało rannych.

Bezpieczeństwo jądrowe

Informacja o tym wydarzeniu nigdy nie znalazłaby się na Polityce Globalnej gdyby nie fakt, iż w Buszehr funkcjonuje irańska elektrownia jądrowa. Z racji tego wieść o trzęsieniu ziemi – epicentrum znajdowało się 89 km od elektrowni – szybko obiegła czołówki globalnych agencji i mediów zagranicznych. Wielu osobom zaświtała zapewne myśl o japońskiej Fukushimie, gdzie tsunami mocno uszkodziło instalację, w efekcie czego nastąpiło skażenie radioaktywne najbliższej okolicy. Buszehr, jako się rzekło, to port na wybrzeżu Zatoki Perskiej, którą codziennie transportuje się znaczącą część zużywanej przez świat ropy naftowej. W pobliskim Bahrajnie stacjonuje V flota marynarki wojennej USA. Mając te fakty na uwadze łatwo zrozumieć, że konsekwencje ewentualnej awarii elektrowni w Buszehr mogłyby być daleko większe od tych wywołanych przez awarię w Fukushimie. Tak się zresztą składa, że w tym samym momencie w Waszyngtonie odbywała się konferencja Carnegie International Nuclear Policy, podczas której dyskutowano m.in. o bezpieczeństwie elektrowni w Buszehr.

Szczęśliwie, tym razem elektrownia nie została dotknięta przez trzęsienie ziemi. Przynajmniej takie informacje przekazują władze Iranu, a ich wyjaśnienia akceptuje Międzynarodowa Agencja Energii Jądrowej (IAEA). Pytanie, czy instalacja wytrzyma w starciu z kataklizmem o większej sile rażenia? Z sytuacją, w której – jak w przypadku Fukushimy – wystąpi szereg niefortunnych i trudnych do przewidzenia zdarzeń? W obliczu nieustannego zagrożenia wystąpieniem trzęsienia ziemi pytania te będą powracać.

Teoria spisku

Może właśnie dlatego, że trzęsienia ziemi to dla Iranu chleb powszedni, nie spotkaliśmy się jeszcze z zadziwiającym twierdzeniem na wzór tego, które poszło w świat za sprawą wysokiej rangi chińskiego oficera. Powiedział on, że wirus H7N9 to amerykańska broń biologiczno-psychologiczna, która została użyta w celu osłabienia Chin – wprowadzenia chaosu i zamętu, odwrócenia uwagi od spraw naprawdę istotnych. Ów oficer apelował do władz, by nie dały się zwieść wrogim siłom i nie traciły czasu na zajmowanie się tak błahą sprawą. Co więcej, nawet jeśli kilka osób zginie, będzie to po wielokroć mniej od liczby ofiar wypadków drogowych.

Wyobraźcie sobie teraz, że jakiś wysoki rangą oficer Korpusu Strażników Rewolucji (IRGC) wypowiada coś na kształt następującego oskarżenia: Trzęsienie ziemi w okolicach elektrowni jądrowej w Buszehr, przedmiotu dumy narodu irańskiego, to wynik działań wrogich imperialistycznych sił Wielkiego (Stany Zjednoczone) i Małego (Izrael) Szatana. Ten spisek był szyty grubymi nićmi, a jego celem był zamach na nasz pokojowy program rozwoju energii jądrowej.

Zapotrzebowanie na spiskowe teorie nie zna ograniczeń geograficznych ani politycznych. Nawet najbardziej nonsensowne koncepcje mogą zyskać poklask i trafić w eter. W epoce mediów społecznościowych może to nastąpić naprawdę szybko. Szybciej niż rozwija się epidemia, ot chociażby wirusów takich jak SARS czy H7N9.