Rozwiązywanie kurdyjskiego węzła

Niesławny konflikt, który od niemal stu lat wydaje się być nierozwiązywalny, wkracza właśnie w nową fazę procesu pokojowego. Turcja, tocząca od zarania swojej najnowszej historii bezwzględną wojnę z kurdyjskimi bojownikami, wyciąga rękę do porozumienia.

Węzeł. Fot. jonas_k
Fot. jonas_k

Rozpoczęta 4 lata temu polityka łagodzenia kursu wobec największej mniejszości narodowej w kraju w ostatnich miesiącach nabiera nagłego przyspieszenia. Co kryje się za gwałtowną zmianą, nieustępliwego dotąd, stanowiska Ankary? I czy negocjacje rzeczywiście mogą się powieść, gdy w wieloletniej walce oba narody poniosły tyle ofiar?

Więzień wyspy Imrali

W styczniu i lutym doszło do dwóch historycznych wizyt złożonych Abdullahowi Ocalanowi przez deputowanych do tureckiego parlamentu z ramienia prokurdyjskiej partii Pokoju i Demokracji (BDP). Ocalan to legendarny przywódca Partii Pracujących Kurdystanu, organizacji uznawanej przez Turcję, Stany Zjednoczone i Unię Europejską za terrorystyczną. Prowadzi ona od 1981 r. partyzancką wojnę o niepodległość swojego kraju w południowo-wschodniej Turcji.

W 1999 r. lider Partii Pracujących Kurdystanu został schwytany przez tureckie siły specjalne i skazany na karę śmierci, zamienioną na dożywotnie pozbawienie wolności. Od tamtej pory przebywa w niemal całkowitej izolacji w więzieniu na wyspie Imrali nieopodal Stambułu, będąc wrogiem publicznym numer jeden dla Turków i bohaterem narodowym d­la Kurdów. Jego spotkania z tureckimi parlamentarzystami kurdyjskiego pochodzenia to przełomowy element rozpoczynającego się właśnie nasilenia starań zmierzających do zawarcia pokoju pomiędzy rządem w Ankarze a separatystami.

Cienka lina Erdogana

Konflikt sięga korzeniami lat 20. XX wieku i twardej, nacjonalistycznej polityki Mustafy Kemala Ataturka, uznającego Kurdów za nieuświadomionych „Górskich Turków”. Od tamtego czasu skomplikowana historia regionu składa się z kolejnych krwawych powstań i twardej polityki Ankary odmawiającej uznania istnienia w kraju kilkunastomilionowej mniejszości narodowej. Obecnie z problemem „węzła kurdyjskiego” próbuje zmierzyć się piastujący od 10 lat stanowisku premiera Turcji, charyzmatyczny Recep Tayyip Erdogan. Zadanie to jest niezwykle trudne. Z jednej strony zdolność do kompromisu górskich bojowników, od 30 lat toczących zacięte walki, które kosztowały życie kilkudziesięciu tysięcy ich rodaków, wydaje się być wątpliwa. Z drugiej, Erdogan naraża się na zarzuty uległości wobec terrorystów czy, co gorsza, zdrady kemalistowskich ideałów, co w państwie zbudowanym na kulcie Ataturka należy do najcięższych oskarżeń.

W ostatnich tygodniach spotkania deputowanych BDP mające przekonywać do procesu pokojowego mieszkańców tradycyjnie nacjonalistycznego czarnomorskiego wybrzeża zostały zaatakowane przez przeciwników porozumienia z Kurdami, a wizyta parlamentarzystów w Trabzonie musiała zostać odwołana w obawie przed zamieszkami. Na Erdogana sypią się także gromy ze strony  opozycyjnych partii otwarcie mówiących o zdradzie wyborców dokonanej przez premiera. Turecki przywódca wydaje się być jednak konsekwentny w dążeniu do zamierzonego celu. Stwierdził nawet publicznie, że jest gotów „wypić cykutę” jeśli będzie to konieczne do osiągnięcia pokoju.

Pod koniec stycznia zdominowany przez jego partię (AKP) parlament przyjął prawo zezwalające oskarżonym obronę przed sądem w języku kurdyjskim. W ostatnim czasie 10 osób oskarżonych o współpracę z PKK zostało wypuszczonych z więzienia. W gronie tym znaleźli się popularni byli burmistrzowie kurdyjskich miast. W najbliższym czasie planowane jest złagodzenie definicji „terrorystycznej propagandy” w tureckim Kodeksie Karnym, które może doprowadzić do uwolnienia tysięcy skazanych i podejrzanych Kurdów. Erdogan w zamian za te i zapewne dalsze ustępstwa oczekuje przyjęcia zawieszenia broni przez PKK oraz wycofania się jej bojowników do północnego Iraku rządzonego przez autonomiczny kurdyjski rząd.

Mocarstwowe plany

Można wskazać kilka powodów determinacji rządu w Ankarze by osiągnąć porozumienie, zarówno międzynarodowych, jak i wewnętrznych. Najważniejszym z nich wydaje się ambicja odgrywania roli mocarstwa i lidera regionu, realizowana z sukcesami przez premiera Erdogana i  jego ministra spraw zagranicznych Ahmeta Davutoglu. Jednym z kluczowych elementów tej strategii jest plan uczynienia z Turcji energetycznego węzła pomiędzy Bliskim Wschodem i Azją Środkową a Europą, natomiast jednym z  najważniejszych punktów tego planu są dostawy surowców z zasobnego w złoża irackiego Kurdystanu.

Ankara przez długi czas alergicznie reagowała na istnienie kurdyjskiej autonomii u swojego południowego sąsiada (wchodząc niejednokrotnie w konflikt ze Stanami Zjednoczonymi), jednak w 2009 r. Erdogan dokonał diametralnego zwrotu i uznał jej rząd, a w maju 2012 r. Turcja podpisała z irackimi Kurdami umowę na budowę 3 rurociągów przeznaczonych do transportu gazu i ropy na terytorium Turcji. Trasa przesyłu tych surowców musi biec przez turecki Kurdystan. W tej sytuacji zapewnienie spokoju w południowo-wschodniej części kraju i utrzymanie względnie poprawnych relacji z Kurdami stanowi „być albo nie być” całego projektu.

Niepewna energia

Dodatkowym czynnikiem przyspieszającym zbliżenie Ankary z uznawanym do tej pory za  nieistniejący narodem jest gwałtowna zmiana w jej międzynarodowych relacjach. Wraz z wojną domową w Syrii tzw. doktryna Davutoglu, której motto brzmi „zero problemów z sąsiadami”, odchodzi do przeszłości. Jednoznaczne poparcie przez Turcję rebeliantów w tym konflikcie doprowadziło nie tylko do załamania serdecznych dotąd stosunków z syryjskim reżimem (Erdoganowi zdarzało się nawet organizować wspólne posiedzenia rządów z Baszarem al-Asadem), ale też znacznie pogorszyło jej relacje z Iranem. Nie wróży to również najlepszych stosunków z coraz bardziej pro-irańskim centralnym rządem Iraku. Syryjska wojna przyniosła także wzrost napięcia na linii Ankara-Moskwa.

Gdy polityka przyjaźni ze wszystkimi okazała się być, niezbyt zaskakująco, strategią na krótką metę, pod znakiem zapytania stanęło bezpieczeństwo energetyczne Turcji, w dużej mierze oparte na surowcach z Iranu i Rosji (z tych dwóch krajów pochodzi zdecydowana większość importowanych do kraju ropy i gazu). Wraz z dynamicznym rozwojem tureckiej gospodarki dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na energię – nawet do 5% w skali roku i zapewnienie jej stabilnego dostarczenia jest warunkiem koniecznym utrzymania ekonomicznego sukcesu kraju. Przy zaogniającej się sytuacji w regionie dobrze znany w Polsce problem dywersyfikacji dostaw stał się tym bardziej palący, a bogate złoża w kurdyjskiej części Iraku wydają się być jego optymalnym rozwiązaniem.

Pokoju i igrzysk

Nie bez znaczenia dla procesu pokojowego są również ambitne plany ustanowienia nowej konstytucji. Recep Tayyip Erdogan forsuje pomysł wprowadzenia w Turcji systemu prezydenckiego. Z sondaży wynika, że około 2/3 społeczeństwa jest przeciwnych takiemu rozwiązaniu. Premier więc, jak nigdy, potrzebuje teraz wielkiego sukcesu, a takim niewątpliwe byłoby zakończenie wyniszczającej od 30 lat południowo-wschodnią część kraju wojny domowej.  Negocjacje z ludźmi uznawanymi za terrorystów są niezwykle niebezpiecznym wizerunkowo zabiegiem, ale wydaje się, że Erdogan, o którym mówi się jako o najpopularniejszym polityku od czasów Ataturka, jest gotów podjąć to ryzyko.

Dodatkowo turecki rząd ubiega się o organizację Igrzysk Olimpijskich w 2020 r. i Stambuł znalazł się, obok Tokio i Madrytu, w finałowej trójce Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Osiągnięcie porozumienia z Kurdami powinno znacznie zwiększyć jego szanse przed decydującym wrześniowym głosowaniem. Można postawić tezę, że starania o członkostwo w Unii Europejskiej odrywają tu drugorzędną rolę, jako że turecka akcesja wydaje się obecnie niezbyt prawdopodobnym, a co najmniej odległym scenariuszem.

Siła narodowego symbolu

Wiele wskazuje na to, że ostatnie działania rządu Erdogana są nie tylko propagandowym manewrem, ale mają na celu zawarcie trwałego porozumienia z Kurdami, którego konieczność podyktowana jest szerokimi strategicznymi względami. Nie wiadomo jednak jak daleko Ankara gotowa jest pójść na ustępstwa w negocjacjach. Z pewnością niemożliwa jest postulowana przez PKK autonomia, ale przyznanie kolejnych praw kurdyjskiej mniejszości jest teraz realne jak nigdy. Wydaje się, że jednym z decydujących elementów procesu pokojowego jest Abdullah Ocalan, który cieszy się ogromnym autorytetem wśród bojowników i znacznej części kurdyjskiego społeczeństwa, a flagi z jego portretami od lat są nieodłącznym elementem kurdyjskich demonstracji. Przetrzymywany w izolacji lider dowiódł niedawno swoich wpływów, kiedy to w listopadzie 2012 roku jednym poleceniem zakończył strajk głodowy tysięcy kurdyjskich więźniów w całej Turcji, dopuszczając tym samym możliwość kompromisu z rządem w Ankarze.

W ostatnich dniach Ocalan poprzez deputowanych BDP przekazał list skierowany do władz ich partii i zarządu PKK w którym przedstawia swoją wizję porozumienia pokojowego. Jak wynika z nieoficjalnych źródeł, w zamian za złożenie broni przez separatystów liczy na wzmocnienie lokalnego samorządu, prawne gwarancje bezpieczeństwa bojowników w trakcie wycofywania  i powołanie parlamentarnej komisji do badania naruszeń praw człowieka. Chce także zdefiniowania w prawie „neutralnego obywatelstwa” niewyróżniającego tureckiego ani kurdyjskiego pochodzenia.

Jeśli te warunki zostaną spełnione PKK ma przejść do Iraku do końca sierpnia. Część komentatorów zdaje się jednak wątpić w to,że Ocalan  wciąż posiada absolutną władzę nad swoją organizacją i że jego postanowienia będą w pełni respektowane przez wszystkich partyzantów. W najbliższych tygodniach spodziewana jest odpowiedź obecnych liderów PKK. Wtedy powinno się okazać czy rzeczywiście klucz do pokojowego rozwiązania turecko-kurdyjskiego konfliktu spoczywa w rękach jednego mężczyzny od lat uwięzionego na małej wysepce na Morzu Marmara.