Pękające więzi między Iranem a Al-Kaidą

Współpraca Iranu z Al-Kaidą opierała się na wspólnocie doraźnych interesów, a przede wszystkim – chęci ograniczenia wpływów USA na Bliskim Wschodzie. Obecnie drogi niedawnych, jakże od siebie odmiennych, sojuszników się rozchodzą.

Flickr: Stewf-CC
Flickr: Stewf-CC

Późną wiosną zeszłego roku opisywałem jeden z najdziwniejszych sojuszy zawartych na Bliskim Wschodzie w XXI wieku. Związek partnerów o przeciwnej naturze i wielu rozbieżnych interesach, który był możliwy dzięki istnieniu wspólnego wroga. Wroga w pewnym sensie zabrakło, przynajmniej w Iraku, miejscu, w którym krzyżuje się wiele interesów Al-Kaidy i Iranu, bo o nich mowa. Obecnie jesteśmy świadkami powrotu do stanu naturalnego, czyli rozchodzenia się ścieżek szyickiej teokracji i organizacji, która jest sztandarem sunnickiego terroryzmu. Powód? Syria i Irak. Efekty? Trudne do przewidzenia. To Al-Kaida była słabszą stroną w tym związku, wydaje się jednak, że jego rozpad przyniesie jej dalsze kłopoty.

W obu zapalnych punktach centralnej części regionu Al-Kaida stoi w opozycji do Iranu. W Syrii walczy z reżimem Assada, w Iraku jest symbolem napędzającym sunnickie resentymenty.  Syrię i Irak można postrzegać jako jednolity front. Dowodzi tego choćby sytuacja, która miała miejsce zaledwie kilkanaście dni temu. Uciekająca pod naporem rebeliantów grupa syryjskich żołnierzy, przedostała się do Iraku. Tam opieką otoczył ją miejscowy rząd. Iraccy żołnierze eskortowali Syryjczyków z powrotem do kraju. Niestety przemierzyć musieli prowincję Anbar, bastion irackich sunnitów. Konwój został wymordowany przez nieznanych sprawców. Minimum 48 ofiar – głównie syryjscy żołnierze, ale także eskortujący ich Irakijczycy.

Rząd w Bagdadzie chciał zrzucić winę za tę rzeź na syryjskie grupy rebelianckie, które przenikają przez granicę. Nic z tego. Odpowiedzialność wzięła na siebie iracka Al-Kaida. Terroryści wykorzystali sprawę propagandowo, uznając ją za dowód na otwarte poparcie rządu w Bagdadzie dla reżimu Assada. Ekipa rządząca w Iraku oficjalnie jest neutralna, choć jej “sympatia” dla rządu syryjskiego jest dla wszystkich oczywista. To, że wojna w Syrii rozlewa się na wschód i zachód nie jest tajemnicą. Kwestią czasu było, kiedy wzrost napięcia i co raz aktywniejsze działania Al-Kaidy na rzecz upadku Assada, a także podsycanie napięć w Iraku spotkają się z irańską odpowiedzią.

W ostatnich miesiącach Iran pozbywa się ze swojego terytorium  wysoko postawionych przedstawicieli Al-Kaidy, z zięciem Osamy bin Ladena na czele. Iran nie jest już bezpiecznym, choć może nieco ciasnym i niekomfortowym, schronieniem dla organizacji. Dotychczasowa sytuacja stała się dla Iranu niewygodna. W okresie bardzo wysokiego stopnia napięcia religijnego w regionie, szyici muszą być pewni, że mogą ufać Iranowi. Teheran nie może sobie teraz pozwolić na jawne (choć oczywiście dalece nieoficjalne) goszczenie u siebie wysoko postawionych figur ugrupowania, które od wielu lat zabijało i wciąż zabija wielu szyitów. W Teheranie zbilansowano plusy i minusy. Wynik okazał się dla Al-Kaidy niekorzystny. Czasy wojny w Iraku minęły, obecnie Amerykanie nie są największym problemem dla Iranu. Potrzebą chwili jest niedopuszczenie do upadku irańskich sojuszników w Damaszku i Bagdadzie, groziłoby to bowiem izolacją Iranu na Bliskim Wschodzie.

Ajatollahowie nie zwykli jednak wykonywać nerwowych ruchów. Również w tym rozdaniu starają się ugrać jak najwięcej. Najprawdopodobniej Al-Kaida nadal ma możliwości przerzutu bojowników i środków między Afganistanem, a centrum regionu przez Iran. Dopóki NATO będzie w Afganistanie jest to w interesie Teheranu (na fakt, że tymi samymi szlakami bojownicy i środki płyną w drugą stronę – do Syrii i Iraku – przymyka się, póki co, oko). Jest to jednak ostatnia silna nić, która wiąże obu tych graczy.

Co wynika z tych zmian? Al-Kaida od 2001 roku była bardziej zakładnikiem niż sojusznikiem Iranu. Obecnie straciła jedno z ostatnich miejsc, gdzie jej bojownicy mogliby zażyć trochę spokoju, poza strefami wojny i zasięgiem amerykańskich dronów. Terroryści nie powinni się jednak łudzić. Jeśli USA nie wrócą na Bliski Wschód, to – wraz z kolejną wojną – Iran stanie się ich wrogiem. Gdy obecna erozja stosunków przerodzi się w otwartą walkę, Al-Kaidzie będzie jeszcze ciężej niż teraz. O wiele ciężej.

Iran również podejmuje pewne ryzyko. Przede wszystkim może stać się celem ataków terrorystycznych na dużą skalę. Teheran jest “wymarzonym” wrogiem dla sunnickiego terroryzmu, i choć Al-Kaidzie będzie trudno organizować krwawe akcje w kraju takim jak Iran, nie jest to niemożliwe. Mimo pewnej hermetyczności i pełnej kontroli nad państwem, jaką ma Korpus Strażników Rewolucji, Iran nie jest nietykalny. Dowodzą tego sukcesy Mossadu w zabójstwach irańskich naukowców czy funkcjonowanie grupy terrorystycznej Dżundallah w Beludżystanie.

Jest to jednak ryzyko, które Iran musiał wziąć na swoje barki. Na Bliskim Wschodzie są dziś rzeczy ważniejsze. Według mnie, w obecnych realiach sojusz Teheranu i Al-Kaidy nie ma już racji bytu. Jego rozpad jest czymś naturalnym, gdyż środowisko uległo daleko idącej przemianie w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Sądzę, że większe szkody poniesie Al-Kaida, gdyż po 2014 roku jej ośrodki w Afganistanie i Pakistanie mogą zostać w znacznej mierze odcięte od centrum regionu. Iran może również za pomocą swoich ekspozytur i tajnych służb zacząć aktywnie ją zwalczać. W toczącej się wojnie między sunnitami i szyitami, która najprawdopodobniej będzie zataczać co raz szersze kręgi, niedawni sojusznicy skazani są na zajęcie stanowisk po różnych stronach barykady. Jedynce co może znowu popchnąć Al-Kaidę w ramiona Teheranu to interwencja USA, na przykład w Syrii.