Chiny gwarantem pokoju w Azji Wschodniej?

Rozwój gospodarczy Chin wymaga od władz w Pekinie utrzymania pokoju w Azji Wschodniej. Dlatego Chiny nie zamierzają wdawać się w żadną wojnę, tym bardziej jeśli ich przeciwnikiem miałaby być Japonia.

Flaga Chin. Zdjęcie: johntrathome/Flickr/CC
Zdjęcie: johntrathome/Flickr/CC

Od 30 lat Chiny starają się utrzymywać pokój w Azji Południowo–Wschodniej. Ich celem, było stworzenie warunków, do jak najwyższego wzrostu gospodarczego w Państwie Środka. Początki tej polityki sięgają lat 70. XX wieku, gdy krajem rządził Deng Xiaoping. W swoich przemówieniach wielokrotnie wspominał, że Chiny, chcąc pobudzić wzrost gospodarczy powinny szukać porozumienia z sąsiadami. Dzięki temu duże wydatki na wojsko nie były konieczne, a państwo mogło inwestować w poprawę stosunków handlowych z sąsiadami i przyciągnięcie inwestorów z innych krajów. To była recepta Deng Xiaopinga na wzmocnienie gospodarki. Recepta słuszna, dziś Chiny są potęgą gospodarczą, ustępującą tylko Stanom Zjednoczonym.

Koncepcja Deng Xiaopinga jest żywa w Chinach do dzisiaj. Jakikolwiek konflikt w regionie, naruszyłby z trudem zbudowaną i utrzymywaną od kilkudziesięciu lat, strategię gospodarczą. Starania Chińczyków o to, żeby juan stał się walutą międzynarodową, ległyby w gruzach, a stosunki handlowe z innymi krajami uległyby destabilizacji. Dlatego Pekin nie zamierza wdawać się w żadną wojnę, tym bardziej jeśli ich przeciwnikiem miałaby być Japonia.

Władze chińskie boją się wzrostu nastrojów nacjonalistycznych w społeczeństwie. Konflikt zbrojny, przyczyniłby się do gwałtownego wzrostu nacjonalizmu, co nie jest na rękę rządzącej Komunistycznej Partii Chin i jej nowemu przywódcy – Xi Jinpingowi. Przed nowymi władzami stoi zadanie reformy gospodarki chińskiej, która zaczyna zwalniać, a konflikt zbrojny, wymusiłby przeznaczanie większych funduszów na wojsko, co jest przeciwnikiem pobudzania wzrostu gospodarczego. Xi Jinping doskonale zdaje sobie z tego sprawę i stara się utrzymywać chiński nacjonalizm w dopuszczalnych ryzach.

Nacjonalistyczni Chińczycy mogliby sprzeciwić się władzy, ponieważ mogliby poczuć, że państwo nie chroni ich interesów i łatwo ulega Japończykom, nie angażując dostatecznie dużych sił przeciwko wrogowi (obawiając się destabilizacji gospodarki).

Xi Jinping wydaje się być politykiem, który pamięta o polityce jego poprzedników i otwarcie deklaruje, że nie zamierza wzmacniać własnego państwa kosztem sąsiadów. Zdaje sobie sprawę z tego, że wojna z jakimkolwiek sąsiadem może stać się niekończącym się konfliktem, bez rozstrzygnięcia. Swoje przemyślenia przedstawił w przemowie na temat polityki zagranicznej, dla członków Biura Politycznego Komunistycznej Partii Chin. Takie stanowisko przywódcy państwa zaskoczyło wszystkich.

Nie należy się jednak dziwić strategii polityki zagranicznej Xi Jinpinga. Wchodzenie w konflikt zbrojny z Japonią o kilka niezamieszkałych wysp na morzu nie jest opłacalne w sytuacji, gdy priorytetem Chin jest stabilność wewnętrzna i pobudzanie rozwoju gospodarczego.

W najbliższym czasie Państwo Środka będzie najprawdopodobniej starało się załagodzić wszelkie spory o wyspy na Morzu Wschodniochińskim. Przykładem takiego konfliktu jest spór o wyspy Senkaku (przez Chińczyków nazywane Diaoyu), które od 1895r. z przerwą w latach 1945–1972 należą do Japonii. Wyspa jest bezludna, ale w latach 60. XX wieku pojawiła się informacja o bogatych złożach ropy na tych terenach. Od tego czasu pretensje do wysp roszczą sobie również Chińczycy. Ostatni poważniejszy spór o te wyspy miał miejsce w październiku 2012r. Poparcie dla Japończyków nadeszło ze Stanów Zjednoczonych. Ówczesna Sekretarz Stanu Hillary Clinton, zapewniła, że Japonia ma pełne poparcie USA, jednocześnie nie rozstrzygając o przynależności wysp, przyjmując, że administruje nimi Japonia. Traktat amerykańsko-japoński o wzajemnej współpracy i bezpieczeństwie z 1960 r. w artykule 5 mówi, że w razie ataku na terytorium każdego z nich, druga strona będzie zobowiązana do obrony zaatakowanej. Chińczycy negatywnie odnieśli się do wypowiedzi Hillary Clinton, wskazując, że ich wykładnia jest bezstronna tylko w teorii, w rzeczywistości Stany Zjednoczone wspierają status quo, czyli przynależność wysp do Japonii, która przejęła je jako pierwsza.

Pomimo zapewnień Xi Jinpinga o potrzebie pokoju w regionie Azji Południowo–Wschodniej, rząd w Pekinie ogłosił, że wydatki na obronę w 2013 roku wzrosną o 10.7% do 740.6 mld juanów (119 mld USD). Ta zapowiedź zaniepokoiła głównie Japonię i Indie. Natomiast wydatki na bezpieczeństwo wewnętrzne w 2013 roku wzrosną o 8.7% do 769.1 mld juanów.

Przed rozpoczęciem corocznego Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, premier Wen Jiabao stwierdził: „Powinniśmy przyspieszyć modernizację obrony narodowej i sił zbrojnych, aby wzmocnić obronność Chin i możliwości militarne”. „Powinniśmy zdecydowanie utrzymać suwerenność Chin, bezpieczeństwo oraz integralność terytorialną, i zapewnić pokojowy rozwój” – podkreślił.

Chiny wielokrotnie podkreślały, że nikt nie powinien obawiać się wzrostu ich wydatków na zbrojenia. Czy powinniśmy im ufać? W obecnej sytuacji konflikt zbrojny nie jest na rękę władzom chińskim i w ciągu najbliższych kilku lat sytuacja się nie zmieni. W kwestii zbrojeń Państwo Środka ma dużo do nadrobienia względem takiej potęgi jak np. Stany Zjednoczone i jest to kwestia nie kilku lat, a kilkudziesięciu. Światowe mocarstwa muszą jednak, wystrzec się lekceważenia Chińczyków. Nie wolno przegapić momentu, w którym Chiny poczują się potężne i bezkarne, początkowo wobec sąsiadów we własnym regionie, by ostatecznie przeciwstawić się militarnej hegemonii Stanów Zjednoczonych.