Wojna w Mali: czy czeka nas drugi Afganistan?

Połączenie szybkich postępów sił zachodnich z odwrotem rebeliantów na północy Mali przypomina pierwszą fazę działań wymierzonych w talibów w Afganistanie. Pomoc Wielkiej Brytanii sprawia, że to porównanie staje się jeszcze trafniejsze.

Wielka Brytania wspiera interwencję we Francji za pomocą Sentinela R1 (fot. © Crown copyright 2012)
Wielka Brytania wspiera interwencję we Francji za pomocą Sentinela R1 (fot. © Crown copyright 2012)

Wraz z odbiciem z rąk rebeliantów Kidalu, ostatniego dużego miasta w północnym Mali, 31 stycznia 2013 r. francuska operacja militarna właściwie zakończyła się. Więcej problemów podczas niej sprawiła Francuzom niespodziewana burza piaskowa, niż zbrojny opór wycofujących się islamistów.

Uderzające jest podobieństwo niektórych elementów tej kampanii – szybkich postępów wojsk francuskich, niewielkiej liczby faktycznych starć zbrojnych, faktu, że rebelianci jakby rozpłynęli się w powietrzu, zamiast walczyć – do pierwszych etapów operacji wymierzonej w siły talibów w Afganistanie w grudniu 2001 r.

Wtedy również rebelianci – w obliczu nalotów amerykańskiego lotnictwa i ataków ich afgańskich rywali w postaci Sojuszu Północnego – woleli się wycofać. Początkowo wydawało się, że wojska zachodnie odniosły łatwe zwycięstwo, lecz z czasem okazało się, że talibowie przegrupowali się by odzyskać siły, dzięki czemu byli zdolni toczyć skuteczną walkę przez ponad dekadę, nawet przy ogromnej przewadze sił Zachodu liczących w szczytowym okresie blisko 140 tys. żołnierzy.

Czy ta analogia będzie miała zastosowanie do reszty konfliktu w Mali? Odpowiedź na to pytanie zależy przede wszystkim od decyzji, które podejmą państwa Zachodu w najbliższej przyszłości, a w szczególności od tego, czy postawią w większym stopniu na środki wojskowe, czy dyplomatyczne.

Dylemat

Podstawowym celem Francji jest zmniejszenie skali interwencji i przekazanie odpowiedzialności za nią armii malijskiej i biorącym udział w konflikcie siłom regionalnym, za szkolenie których mają odpowiadać wojskowi przysłani przez państwa Unii Europejskiej. Osiągnięcie tego celu w krótkiej perspektywie jest jednak bardzo mało realistyczne. Tuż przed rozpoczęciem interwencji, Europejczycy szacowali, że czas potrzebny do przeszkolenia malijskiego wojska wyniesie od 12 do 15 miesięcy, a słuszność takiego założenia potwierdziła rzeczywistość, ponieważ niektóre z malijskich jednostek podczas marszu na północ kraju wykazały się wyjątkowo niskim poziomem dyscypliny. Co więcej, żadne z państw ościennych – być może poza Czadem – na razie nie jest w stanie zaoferować pomocy odpowiednio przeszkolonej i doświadczonej armii.

Co więcej, choć wielu z islamistów pozostało na terytorium Mali, część uciekła przez granicę do Mauretanii i Nigru, a może i do Algierii. Trudno będzie ich stamtąd wypędzić, a ponadto będą mogli całkiem szybko odzyskać utracone wpływy, a nawet – władzę nad partiami północnego Mali. Zapobiec temu może zwiększenie skali interwencji i liczebności sił zachodnich, lecz wymagałoby ono przezwyciężenia oporu w Europie.

I w tym tkwi główny problem Zachodu. Rządy państw chciałyby uniknąć bezpośredniego zaangażowania w ten konflikt, podczas gdy wojskowi mają świadomość tego, że ich afrykańscy sojusznicy nie będą w stanie w przewidywalnej perspektywie czasowej sprawować kontroli nad niestabilnym regionem.

Logicznym wyjściem z patowej sytuacji byłoby dołożenie wszelkich starań aby rozpocząć negocjacje z rebeliantami, a także wysłuchać skarg mieszkańców północnego Mali – w szczególności zaś Tuaregów – na temat ich traktowania w przeszłości, stałej marginalizacji i dążeń do niezależności. Może okazać się to jednak problematyczne ze względu na okrucieństwo malijskiej armii podczas tego konfliktu, nasilające się nastroje antytuareskie w Bamako oraz fakt, że niektóre zachodnie państwa – nie tylko Francja – już przygotowują się do operacji przeciwpowstańczej. W tym celu Stany Zjednoczone zamierzają otworzyć bazę operacyjną dla dronów w graniczącym z Mali Nigrze, natomiast – co jeszcze bardziej symptomatyczne – Wielka Brytania wysyła do Mali swoje siły specjalne i to pomimo wielokrotnie powtarzanego zapewnienia, że Brytyjczycy nie zaangażują się w walki w Mali.

Dynamika konfliktu

Brytyjskie Ministerstwo Obrony twierdzi, że do Zachodniej Afryki zamierza wysłać 330 ludzi: czterdziestu ma pomagać armii malijskiej, dwustu – armiom innych zachodnioafrykańskich państw, a dwudziestu zostało oddelegowanych do obsługi transportowców C-17. Pozostałych siedemdziesięciu tworzy załogę i obsługę samolotu rozpoznawczego Sentinel R1. Jak twierdzi Ministerstwo, żaden z Brytyjczyków nie będzie brał udziału w walce, ale – patrząc na zadania jakie wykonuje na polu walki Sentinel – można mieć obiekcje czy termin “walka” nie jest przez Londyn rozumiany zbyt wąsko.

Sentinel R1 jest samolotem rozpoznania i koordynacji pola walki zbudowanym na zamówienie RAF-u przez amerykańską firmę Raytheon na bazie płatowca kanadyjskiego odrzutowca Bombardier Global Express. Bazą dla pięciu Sentineli, które posiada RAF, jest Waddington we wschodniej Anglii. Samoloty wykorzystują system radarowy ASTOR (Airborne Stand-Off Radar), składający się z radaru skanującego SAR (radar z syntetyczną aperturą) i systemu automatycznego wykrywania ruchomych obiektów (GMTI). Jest to zatem zaawansowany system szpiegowski, służący rozpoznaniu i śledzeniu celów naziemnych na polu walki.

Sentinel jest wspólnym projektem RAF-u oraz brytyjskich wojsk lądowych. Załoga każdego samolotu składa się z dwóch pilotów RAF-u, dowódcy misji (RAF) oraz dwóch analityków obrazów radarowych (z RAF lub wywiadu), zajmujących się obsługą systemów SAR i GMTI. Sentinel może prowadzić działania bez przerwy aż do 14 godzin, zazwyczaj z pułapu ok. 13 km; stopień jego zaawansowania technicznego oraz konieczność korzystania z naziemnych stacji (służących do odbioru sygnałów z samolotu i przekazywaniu ich dowódcom sił lądowych) sprawia, że – przy misjach zagranicznych – każdy samolot, obsługiwany przez pięcioosobową załogę, wymaga pomocy blisko siedemdziesięciu ludzi na ziemi.

W zamyśle, radar ASTOR i wykorzystujący go Sentinel miały być używane podczas dużych konfliktów konwencjonalnych, a jednym z powodów jego kupna były problemy, jakie napotkała brytyjska armia w pierwszej fazie (lata 2003-04) wojny w Iraku. Jednak odkąd Sentinele weszły do służby w RAF w 2008 r., wykorzystywano je głównie do wsparcia działań przeciwpartyzanckich w Afganistanie (od 2010 r.) oraz nalotów NATO w Libii (2011 r.), gdzie miały ponoć odegrać kluczową rolę.

Gdy to piszę, tylko jeden Sentinel został wysłany do operacji w zachodniej Afryce, ale wielce prawdopodobne jest, że wkrótce dołączy do niego następny. Ich podstawowym zadaniem będzie patrolowanie słabo zaludnionych terenów na północy Mali w celu śledzenia jednostek islamistów, które – jeśli zostaną uznane za zagrożenie – dzięki zebranym informacjom mogą zostać później zaatakowane przez helikoptery, samoloty szturmowe lub jednostki specjalne.

Charakter zbieranych przez Sentinele informacji, a także sposób użycia zgromadzonej dzięki nim wiedzy, sprawiają, że określenie ich udziału w operacji jako “niezwiązanego z walką” jest naciągane. Samo zaangażowanie takiego rodzaju sił jest dowodem na to, że zachodni stratedzy przygotowują się na eskalację konfliktu w Mali, zatem jeśli chcemy rozpocząć negocjacje z rebeliantami i uniknąć długiego konfliktu asymetrycznego, czasu nie zostało zbyt wiele.

Artykuł w wersji angielskiej oryginalnie ukazał się w serwisie OpenDemocracy.