Unijny budżet to coś więcej niż 300 miliardów dla Polski

Po długich negocjacjach przywódcy państw Unii Europejskiej przyjęli perspektywę finansową na lata 2014-20. Po raz kolejny Polska dostanie ogromny zastrzyk pieniędzy, który musi wykorzystać pamiętając, że polityka musi kreować przyszłość, a nie zmagać się z teraźniejszością.

Szczyt Unii Europejskiej: spotkanie D. Tuska i Jose M. Barroso (Fot. Maciej Śmiarowski/KPRM)
Szczyt Unii Europejskiej: spotkanie D. Tuska i Jose M. Barroso (Fot. Maciej Śmiarowski/KPRM)

Rytuał wielogodzinnych negocjacji budżetowych w Unii Europejskiej został zachowany. Na koniec wszyscy odeszli od stołu nie do końca zadowoleni, a następnie pobiegli do dziennikarzy ogłaszać zwycięstwo. Polska wynegocjowała kampanijne (spoty wyborcze PO z udziałem komisarza ds. budżetu Janusza Lewandowskiego) 300 miliardów złotych w ramach polityki spójności. Tak zwana koperta narodowa dla naszego kraju wynosi blisko 106 mld euro, czyli 441 mld złotych po dzisiejszym kursie złotego. Przekłada się to na 1 i 1/3 wydatków budżetu na 2013 rok. Bruksela odpali nam zatem „trzynastkę z małym haczykiem”.

Polska zadowolona z podziału środków

Perspektywa finansowa na lata 2014-2020 została przyjęta przez przywódców państw UE i teraz brakuje tylko zgody Parlamentu Europejskiego. Ten może ją zaakceptować albo odrzucić, nie ma możliwości wprowadzania zmian. Eurodeputowani zapędzili się trochę w kozi róg ogłaszając przed czwartkowo-piątkowym szczytem, iż w przypadku dodatkowych cięć (było pewne, że nastąpią) mogą odrzucić ewentualny kompromis zawarty przez szefów państw i rządów. Po szczycie powtórzyli swe groźby, ale jest mało prawdopodobne, by Parlament chciał wszczynać awanturę o 20-30 mld euro. Byłaby to może próba zdobycia kolejnych uprawnień, ale w szalenie ryzykownej sprawie. W obliczu kampanii wyborczej w Niemczech trudno byłoby się spodziewać kolejnego kompromisu przed jesienią. Można więc uznać przyjęte w piątek ustalenia za ostateczne.

Udało się osiągnąć to, o co chodziło premierowi Cameronowi, czyli mniejszy budżet w czasach oszczędności i cięć. W efekcie Unia Europejska wyda mniej niż 1% PKB swych członków. To naprawdę bardzo mało. Gdyby od początku ta informacja była powszechna, kruszenie kopii podczas nocnych negocjacji wyglądałoby żałośnie. Unijny budżet na 7 lat to mniej niż roczne wydatki Niemiec czy jednoroczna wartość niemieckiego eksportu.

Unijne fundusze to tylko dodatek

„Trzynastka” dla Polski to ważne wsparcie, które stanowi impuls modernizacyjny. Środki te powinniśmy wykorzystać na poprawę konkurencyjności i modernizację gospodarki. Rozumiem przez to zarówno budowę infrastruktury, jak też unowocześnienie przedsiębiorstw oraz inwestycje w kapitał ludzki.

Ciesząc się z dodatkowych pieniędzy płynących z Brukseli musimy jednak pamiętać, że to tylko wsparcie. Polska musi wyłożyć z własnego budżetu o wiele większe środki, na realizację celu, jakim jest modernizacja i poprawa jakości życia społeczeństwa. Potrzebne są reformy o charakterze strukturalnym, dzięki którym extra-kasa z Unii zostanie lepiej wydana i przyniesie bardziej dorodne owoce. Do zmiany są m.in. przetargi, w których kryterium niskiej ceny odbija się nam czkawką z powodu niskiej jakości czy praktyk korupcyjnych; system edukacji i kształcenia wyższego, który nie zapewnia młodym ludziom niezbędnych umiejętności, a starszych nie wzbogaca o dodatkową wiedzę; prawo budowlane, które komplikuje i przedłuża proces inwestycyjny, generując koszty i zapewniając alibi rozbuchanej biurokracji.

Polityka „ciepłej wody w kranie” jest miła i przyjemna dla rządzących oraz rządzonych, lecz stanowi krótkoterminowy substytut prawdziwej polityki. Należy kreować przyszłość, a nie wyłącznie zmagać się z teraźniejszością. Drugi raz otrzymujemy od Unii bonus w postaci znaczących środków finansowych. To, co już dostaliśmy, wykorzystaliśmy całkiem dobrze. To, co dostaniemy do 2020 roku trzeba jednak wykorzystać znacznie lepiej, wspierając wydawanie pieniędzy odpowiednią polityką.

W poszukiwaniu prawdziwej polityki

Wielu ekspertów wypowiada się dziś w takim tonie, jakby wynegocjowana właśnie perspektywa finansowa miała być ostatnią tak hojną dla Polski. Ciężko to dziś przewidzieć. Możliwe, że UE będzie skonstruowana inaczej – np. powstanie osobny budżet eurogrupy, do którego powędruje część środków dostępnych dziś dla wszystkich państw członkowskich. Za siedem lat inne mogą być cele i wyzwania. Najpewniej polskie regiony nadrobią część zaległości względem zachodu Europy, więc środki na spójność będą mniejsze.

Nie powinno nas jednak specjalnie zajmować wróżenie z fusów i dyskusja o perspektywie na trzecią dekadę tego stulecia. Dużo ważniejsze jest „tu i teraz”. Ważna jest polityka. Rozumiana jako rozwiązywanie problemów, kreowanie rozwiązań, a nie hucpy w postaci obsadzania stanowiska wicemarszałka (pozycja zupełnie bez znaczenia) czy powoływaniu „technicznego” premiera. Wypowiedzi wielu rodzimych polityków już po szczycie nie nastrajają optymistycznie.

Gospodarka, głupcze!

Tymczasem przed Polską stoi jeszcze jedno ważne wyzwanie – ewentualna akcesja do strefy euro. Tutaj też poważną dyskusję i plany reform (bo o te w zasadzie chodzi) przykrywa płycizna intelektualna w postaci traktatowego zobowiązania czy zagadnienia suwerenności. Rozmowa o euro to tak naprawdę rozmowa o gospodarce. A o tej mało kto może kompetentnie rozmawiać.