Między wojną a pokojem: polityka zagraniczna drugiej kadencji Obamy wobec Bliskiego Wschodu

Niedawno zainaugurowana druga kadencja prezydenta Obamy jawi się jako pełna wyzwań zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. Oczy świata będą w szczególności zwrócone na amerykańską aktywność poza granicami kraju. Jednym z najważniejszych globalnych problemów z jakimi musi zmierzyć się Barack Obama jest kwestia stabilności na Bliskim Wschodzie.

Prezydent USA Barack Obama. Fot. Pete Souza, Flickr: White House.
Fot. Pete Souza, Flickr: White House.

Region ten od dekad zajmuje eksponowane miejsce wśród priorytetów polityki zagranicznej USA. Zgodnie z doktryną Cartera Bliski Wschód stanowi szczególny obszar amerykańskiego zainteresowania. Warunkuje to bogactwo w ropę naftową oraz obecność strategicznych szlaków komunikacyjnych. Każdy kolejny prezydent Stanów Zjednoczonych musiał mierzyć się ze skomplikowaną sytuacją polityczną w regionie. Nie inaczej jest również w przypadku Baracka Obamy.

Bliski Wschód był jednym z priorytetów amerykańskiej administracji podczas pierwszej kadencji Obamy.  Obama prowadził, w odróżnieniu od G. W. Busha, bardzo wyważoną politykę względem regionu. Mimo presji opinii publicznej, społeczności międzynarodowej oraz dużym pokładom dobrej woli, nie udało się rozwiązać najbardziej palących problemów w regionie. Konflikt izraelsko – palestyński nadal spędza sen z powiek urzędnikom w Waszyngtonie. Kolejną skomplikowaną kwestią jest program atomowy Iranu oraz destabilizacja sąsiedniego Iraku, targanego wewnętrznymi konfliktami. Bardzo trudną kwestią jest również wojna domowa w Syrii, wobec której biernie zachowuje się niemal cała społeczność międzynarodowa. Powyższe problemy nie zostały rozwiązane podczas pierwszej kadencji Obamy i będzie on zmuszony do stawienia im czoła podczas drugiej kadencji.

Według wielu ekspertów polityka zagraniczna USA podczas drugiej kadencji prezydenta Obamy będzie w głównej mierze oparta na kontynuacji.  Ma to związek z trudną sytuacją wewnętrzną Stanów Zjednoczonych. Na krajowym podwórku ekipa Obamy musi mierzyć się z wieloma wyzwaniami. Najpoważniejsze z nich to klif fiskalny, dyskusja nt. powszechnego dostępu do broni oraz kwestie imigracyjne. Wpływają one w dość dużym stopniu na amerykańską politykę zagraniczną, gdyż wymuszają większą koncentracje na sprawach wewnętrznych. „W polityce zagranicznej w drugiej kadencji Obamy można się spodziewać więcej kontynuacji niż zmian. Prezydent jest ewidentnie skupiony na odnowie w kraju, odbudowie klasy średniej i dlatego będzie redukował obecność USA na Bliskim Wschodzie, tak jak to się już dzieje w Afganistanie. Kierowniczą regułą będzie strategia powściągliwości i ostrożności, co już widzimy w polityce wobec powstania w Syrii i wojny domowej w Mali” – powiedział PAP politolog z Rady Stosunków Międzynarodowych (CFR) Charles Kupchan. Wtóruje mu dyplomata Karl Inderfurth z waszyngtońskiego Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS): „W najbliższych czterech latach może dojść do wysłania gdzieś wojsk amerykańskich, ale interwencja taka będzie musiała spełnić bardzo wyśrubowane kryteria zgodności z żywotnymi interesami narodowymi USA”.

Obecnie największym wyzwaniem w regionie Bliskiego Wschodu jest irański program atomowy.  Zachód oskarża Teheran o rozwijanie programu jądrowego pod przykrywką pokojowego wykorzystania atomu jako źródło energii. W inauguracyjnym przemówieniu 4 lata temu Obama wyrażał głęboką nadzieję na pokojowe rozwiązanie kwestii irańskiego programu nuklearnego. Nie spotkało się to jednak z odzewem ze strony Iranu. Podobnie jak kolejne sankcje ekonomiczne. W najbliższych miesiącach Stany Zjednoczone będą podejmować kolejne próby pokojowego rozwiązania kwestii irańskiego programu nuklearnego.  Należy spodziewać się podjęcia próby bezpośrednich negocjacji. Mało prawdopodobne na tę chwilę wydaje się zaangażowanie militarne w kolejny konflikt zbrojny. Zbyt wiele amerykańskiej krwi zostało przelane w Iraku i Afganistanie. Poza tym interwencja zbrojna mogłaby zachwiać pacyfistyczny obraz prezydenta Obamy. Nie można oczywiście wykluczyć siłowego rozwiązania kwestii irańskiego programu jądrowego, którego gorącym orędownikiem jest Izrael. Druga kadencja prezydencka sprzyja podejmowaniu trudnych decyzji, a taką bez wątpienia jest decyzja o siłowym rozwiązaniu te kwestii. Jeśli sytuacja nadal będzie rozwijać się nie po myśli Waszyngtonu, Barack Obama zostanie zmuszony do bardziej radykalnych posunięć. „Jeżeli dyplomacja nie przyniesie rezygnacji Iranu z produkcji broni atomowej, istnieje prawdopodobieństwo, że USA wejdą z nim w konflikt zbrojny jeszcze za rządów Obamy. Ameryka nie chce tej wojny, bo konsekwencje mogą być bardzo poważne, ale jeśli sankcje i dyplomacja zawiodą, USA zgodzą się z Izraelem co do konieczności interwencji militarnej” – przewiduje Kupchan.

W kwestii konfliktu izraelsko – palestyńskiego również nie należy spodziewać się przełomu. Po okresach zawieszenia broni, ze zdwojoną siłą wybuchają kolejne fale wzajemnej agresji. Dopóki brak jest politycznej woli ze strony Izraela oraz Palestyńczyków, dopóty nawet najlepsze plany pokojowe będą spełzały na panewce. Trudno oczekiwać w najbliższym czasie przełomu politycznego w tej kwestii. Wpływ na to mają wyniki wyborów w Izraelu, które sprawiły, iż sytuacja nadal jest patowa. Izraelskie lobby w stanach Zjednoczonych od dawna wzywa administrację Obamy do usztywnienia stanowiska wobec Hamasu. Pomimo nacisków ze strony Izraela mało prawdopodobny wydaje się jakikolwiek przełom. Trwałego pokoju między Izraelem a muzułmanami nie udało się wypracować żadnemu prezydentowi USA w ciągu ostatnich 20 lat, choć próbowali wszyscy. George Bush senior robił to podczas konferencji w Madrycie, jego syn sześć lat temu w Annapolis. „Mapa drogowa” Billa Clintona mimo sporych sukcesów też nie przyniosła przełomu.

Bardzo ważną kwestią jest również wojna domowa w Syrii, gdzie na oczach bezsilnego świata giną dziesiątki tysięcy ludzi. Jak dotychczas społeczność międzynarodowa pozostaje bierna wobec sytuacji w Syrii. Administracja Obamy również ogranicza się do polityki gestów oraz wsparcia szkoleniowego i finansowego dla powstańców. Trudno obecnie wyobrazić sobie jakiekolwiek bezpośrednie zaangażowanie Waszyngtonu w Syrii. Bardziej prawdopodobny wydaje się  „model libijski” – wsparcie finansowe oraz militarne bez bezpośredniego zaangażowania. Wojna domowa w Syrii wpływa także destabilizująco na sytuacje całego regionu, co ma duży wpływ na aktywność USA na Bliskim Wschodzie. Zdaniem komentatora „Washington Post” Jacksona Diehla bierność Obamy grozi  „strategiczną katastrofą: wojną w sercu Bliskiego Wschodu, która może się stopniowo rozlać na kraje-sojuszników USA, jak Jordania i Turcja, i do ich niestabilnych sąsiadów, jak Irak i Liban”. Twierdzi on, iż polityka prezydenta wobec syryjskiego kryzysu „pokazuje wszystkie słabości jego polityki zagranicznej – od nadmiernej wiary we ‚wciągnięcie do współpracy’ przywódców innych państw, poprzez multilateralizm jako cel sam w sobie, aż po samobójczą ostrożność w stosowaniu siły”. Kwestią utrudniającą podjęcie jakichkolwiek kroków w stosunku reżimu Assada jest sprzeciw Rosji, dla której Syria jest ostatnim przyczółkiem w regionie Morza Śródziemnego.

Niepokojąca kwestią jest także brak stabilności wewnętrznej w Jemenie, co ma oczywiście wpływ na cały region. Destabilizacja wewnętrzna kraju oraz podział na dwa antagonistyczne terytoria sprawia, iż kraj ten jest podatny na irańskie wpływy. Niedawny bliski sojusznik USA w wojnie z terroryzmem, jakim bez wątpienia był Jemen, może na nowo stać się wylęgarnią ekstremistów oraz bazą organizacji terrorystycznych. Państwo to jest kluczowe dla irańskiego handlu morskiego. Ponadto wpływanie na stabilność polityczną wewnątrz kraju zdaje się być zemstą Teheranu za bliskie relacje z USA. Swoją grę względem Jemenu prowadzi także Al-Kaida. Amerykańskie działania w kontekście stabilności wewnętrznej sojusznika ograniczają się do wsparcia militarnego oraz ekonomicznego. W najbliższym czasie możliwe jest jednak wzmocnienie amerykańskiej obecności w Jemenie, gdyż secesja i powstanie dwóch bardzo słabych organizmów państwowych nad cieśniną Ormuz jest ostatnią rzeczą, jakiej potrzeba w tym jakże zapalnym i niestabilnym regionie.

Bliski Wschód tradycyjnie już spędza sen z powiek kolejnym amerykańskim prezydentom. Nie inaczej jest również w przypadku Baracka Obamy. W drugiej kadencji nie należy spodziewać się wielkiego przełomu w polityce wobec Bliskiego Wschodu. Eksperci są zgodni: dwa główne filary polityki USA w regionie to kontynuacja i ostrożność. Czas pokaże na ile okaże się ona skuteczna i jak szybko zostanie przerwana przez amerykańskie F16 niosące Irańczykom pokój i demokrację.