Jak oceniać przyjęty przez Radę Europjejską projekt budżetu Unii Europejskiej?

Po unijnym szczycie, na którym przyjęto projekt budżetu na lata 2014-20, polski rząd ogłosił wielkie zwycięstwo – blisko 106 mld euro na przypaść Polsce. Ale czy jest z czego się cieszyć? Z punktu widzenia Unii ten budżet jest anachroniczny.

Premier D. Tusk na konferencji prasowej po szczycie (fot. Maciej Śmiarowski/KPRM)
Premier D. Tusk na konferencji prasowej po szczycie (fot. Maciej Śmiarowski/KPRM)

Łącznie ok. 106 miliardów euro na lata 2014-2020 przywieźli z Brukseli polscy negocjatorzy. W poprzedniej perspektywie mieliśmy do dyspozycji ok. 101,5 miliarda. Zwiększył się – w liczbach bezwzględnych – zarówno przyznany Polsce pułap na Fundusz Spójności (72,8 miliarda euro) oraz na Wspólną Politykę Rolną (28,5miliarda euro). W poprzedniej perspektywie braliśmy mniej więcej 10,5% całego budżetu, teraz nasz udział wzrósł do ok. 12% (licząc wydatki w 2007-2013 na 975 mld, a w 2014-2020 na 959 mld)

W tych warunkach – udany dla Polski szczyt

Pewnie mało który z polskich polityków się do tego przyzna, ale nawet mniejsza kwota byłaby dla Polski do zaakceptowania, bo Polska przede wszystkim potrzebowała porozumienia i stabilizacji. Lepsze byłby mniejsze, pewne pieniądze niż problemy z rocznymi budżetami, choć potencjalnie dałoby to szanse na większe kwoty. Trzeba pamiętać o tym, że te pieniądze wcale nie są nigdzie zagwarantowane.  Kto zmusi Brytyjczyków, Francuzów czy Niemców do płacenia? Unia sama się nie finansuje – na budżet muszą się zrzucić najbogatsze państwa UE ( ok. 76% przychodów to składka) i to z tych pieniędzy korzystają Polacy.

Nie tylko jednak oni. Oddajmy głos Elżbiecie Bieńkowskiej, polskiej minister rozwoju regionalnego:

“- Wyraźnie to widać na przykładzie Polski. Sztandarowy przykład to relacja z Niemcami, naszym najważniejszym partnerem gospodarczym. Z każdego euro wpłaconego do Polski Niemcy odzyskują 86 eurocentów. Za to z każdego euro wpłaconego przez Niemcy do krajów Grupy Wyszehradzkiej (Polska, Słowacja, Czechy, Węgry), odzyskują 125 eurocentów, a więc odzyskują więcej niż wpłacają. To są argumenty, które pokazują, że jeśli ktoś mówi np. w Niemczech, państwie płatniku netto, że wpłacają za dużo (do budżetu), to my mówimy: uważajcie, strzelacie w kolano sobie i swoim przedsiębiorcom – powiedziała Bieńkowska.”

Niemcy potrafią liczyć i wiedzą, że akurat na Polsce nie należy oszczędzać, bo, jako największy partner handlowy, będą czerpać z tego korzyści. Przedsiębiorcom – w tym zachodnim – łatwiej działa się na rynkach, które są jeszcze otwarte i wymagają inwestycji – witamy w Polsce. Mieliśmy zatem do czynienia z komiczną sytuacją, w której Berlinowi zależy na względnie wysokim Funduszu Spójności i jednocześnie na cięciach w całym budżecie (przede wszystkim we Wspólnej Polityce Rolnej). Cały “deal” związany z funduszami polega właśnie na tym, że nie jest to jedynie gest solidarności, ale także impuls dla gospodarek. Właśnie dlatego Francois Hollande bronił czegoś, co nazywa się ideą “prowzrostowego budżetu”. Ta różnica, w postrzeganiu przyszłości Europy, między nim a Angelą Merkel ujawniła się już przy okazji Paktu Fiskalnego.

Korzystne dla Polski liczby w ramach Funduszu Spójności (prawie 1/4 całego budżetu idzie na Polskę!) nie byłyby możliwe, gdyby nie fakt, że fundusze dla Polski Europie się opłacają. Nie tutaj trzeba było szukać oszczędności, zwłaszcza że któryś z beneficjentów, z tzw. Klubu Przyjaciół Kohezji, mógłby nie zgodzić się na takie porozumienie stwierdzając, że dostaje za mało. Tutaj należy postawić plus polskiej dyplomacji – udało się zorganizować grupę państw broniących Spójności, a jednoczesne rozmowy z Berlinem i Paryżem stabilizowały naszą pozycję w negocjacjach. Wygląda na to, że na szczycie obyło się bez grożenia wetem i rozdzierania szat, bo Polska dość szybko wynegocjowała to, czego oczekiwała, a potem pozostało liczenie na to, iż Merkel z Cameronem przekonują do tego budżetu prezydenta Francji.

Wynik szczytu każdy może ocenić sam na podstawie infografik ze strony Kancelarii Prezesa Rady Ministrów:

Pierwsza infografika wskazuje wyraźnie, jaki był polski priorytet negocjacyjny:

Budżet UE 2014-2020 - polityka spójności (źródło: KPRM.gov.pl)
Budżet UE 2014-2020 – polityka spójności (źródło: KPRM.gov.pl)

Druga infografika wskazuje na wzrost we Wspólnej Polityce Rolnej, ale jednocześnie pominięta jest informacja o spadku – w liczbach bezwzględnych – na rozwój obszarów wiejskich.

Budżet UE 2014-2020 - wspólna polityka rolna (źródło: KPRM.gov.pl)
Budżet UE 2014-2020 – wspólna polityka rolna (źródło: KPRM.gov.pl)

Trzecia inforgrafika podsumowuje łączny wynik:

Budżet UE 2014-2020 - całość (źródło: KPRM.gov.pl)
Budżet UE 2014-2020 – całość (źródło: KPRM.gov.pl)

Trzeba również pamiętać o tym, że Polska, będzie wpłacać do Unii Europejskiej składkę członkowską, co spowoduje, iż w de facto otrzymujemy kwotę o wiele niższą. Tutaj jednak warto zastanowić się, dlaczego tak jest?

Składka zależna jest od naszego rozwoju gospodarczego. Im jesteśmy bogatsi, tym więcej płacimy (1% Produktu Narodowego Brutto). Według PAP  nasza składka wyniesie ok. 3,7-3-8 miliarda euro rocznie. Sprawa ta jednak budzi kontrowersje, dlatego warto poczekać na bardziej szczegółowe informacje dotyczące kwoty, który zostanie wpłacona do UE. W aspekcie inflacji (jeden i drugi budżet podawany jest w cenach bieżących z 2011 roku) oraz składki zachęcam do lektury wpisu Piotra Serafina, polskiego wiceministra spraw zagranicznych, które był odpowiedzialny za negocjacje.

O wiele więcej otrzymujemy niż wpłacamy.. W przyszłej perspektywie budżetowej wynegocjujemy mniej korzystne warunki, bo nasze województwa nie będą wymagały już takiego wsparcia. Tak działa Unia – wsparcie dostają biedni, a że my – w porównaniu do “Starej Europy” – tacy jesteśmy, możemy liczyć na pomoc. Co prawda wzrosły nam fundusze w liczbach bezwzględnych, ale jednocześnie od 2007 roku zwiększyła się również składka.

Można postawić więc tylko pytanie: czy wolelibyśmy wpłacać dużo mniejszą składkę mając mniejszy PNB? Ja jednak pozwolę sobie wsiąść do tego pociągu i się bogacić, nawet jeżeli w przyszłości będzie to oznaczać spadek przepływów finansowych z Brukseli.

Trzeba też pamiętać, że oceniając ten wynik należy wziąć pod uwagę warunki. To znaczy np. licząc składkę, można dojść do wniosku, że wcale aż tak dobrze nie jest w porównaniu z 2007 rokiem, ale nie wolno zapominać o tym, że sam budżet się ewidentnie zmniejszył, a prawie wszystkie państwa wynegocjowały kwoty mniejsze niż wcześniej. Być może Polska mogła jeszcze urwać jakieś pieniądze, ale wynegocjowane warunki uważam za dobre patrząc na środowisko i ograniczenia, jakie miały miejsce w tych negocjacjach. Wobec Polski zastosowano wyjątek – tj. cały budżet jest oszczędnościowy, a w przypadku Polski – prowzrostowy. Oczywiście, poszczególne – mniejsze – państwa uzyskały lepsze kwoty w przeliczeniu na mieszkańca. Litwa ma ok. 4300 euro per capita. Gdybyśmy wynegocjowali tyle samo, uzyskalibyśmy 172 miliardy. Realne? Raczej nie. Trudno uznać za porażkę nawet delikatny wzrost na obszarze Wspólnej Polityki Rolnej, gdy wydatki całkowite budżetu na ten cel spadają o 40 miliardów euro.

Co dalej z Europą?

O ile polska dyplomacja ma powody do radości, o tyle sam budżet, z punktu widzenia Unii Europejskiej, jest po prostu słaby, anachroniczny i nieperspektywiczny. Trudno się dziwić Martinowi Schulzowi, przewodniczącemu Parlamentu Europejskiego, że chciałby jego upadku.

Znowu okazuje się, że niemalże najważniejsze w UE jest rolnictwo, które pochłania ok. 1/3 zobowiązań wytwarzając jednocześnie ok. 2% PKB. Francuzi w ramach Wspólnej Polityki Rolnej otrzymają ok. 55 mld euro. Płacą za to wydatki na konkurencyjność, które ucięto na szczycie. Kompromis okazał się zatem ważniejszy od przyszłości Unii Europejskiej. Oczywiście, rolnictwo to sektor strategiczny, ale czy powinno być dofinansowane setkami miliardami euro? Czy tych pieniędzy nie można by spożytkować w lepszy sposób?

Kolejną kwestią jest zakładany deficyt. Albo Unia oszczędza albo wydaje. Zawarto zabawny kompromis – Hollande dostał wyższy poziom wydatków, a Cameron z Merkel mniejszą kwotę płatności. Słowem: Unia wyłoży 959 miliardów euro, ale przewidywane płatności wyniosą 908 miliardów euro. O brakujące pieniądze będziemy się martwić później. Efektem będzie zadłużanie się, a bilans miał być przecież zrównoważony. Idąc w stronę zakładanego deficytu, odkładamy problem na potem, zamiast go rozwiązywać.

Parlament Europejski odgraża się, że nie zaakceptuje nowego budżetu, ale łatwo można sobie wyobrazić naciski, jakie będą wywierane na europosłach przez poszczególne partie rządzące. Schulz w ciemno mówił o stanowisku PE nie wiedząc, jak rozłożą się głosy. Tutaj trzeba jednak zauważyć, że jeżeli Parlament coś ugra, to z korzyścią dla Polski, ponieważ parlamentarzyści chcą wzrostu wydatków. Tylko właśnie – problem jest taki, że chcieć zawsze można, ale poszczególne państwa trzeba przekonać do zwiększenia wpłat.

Wygranym całego szczytu jest zdecydowanie David Cameron, który zmniejszył skutecznie budżet oraz oszczędził pieniądze brytyjskiego podatnika. Opłaciła się gra na eurosceptyka. W swoich celach wykorzystała go również Angela Merkel, zwolennik większej dyscypliny budżetowej. Przegrał Hollande i to podwójnie. Nie uratował wysokiego budżetu, wydatki na Wspólną Politykę Rolną spadły, a w dodatku Francja pozostała zwolennikiem anachronicznej wizji Europy, w której rządzą rolnicy.