Czy Chiny nie mogą zrobić „czegoś” z Koreą Północną?

Tytułowe pytanie powraca niczym bumerang po kolejnych „wybrykach” królestwa Kimów. Nie inaczej było ostatnio, gdy 12 lutego br. Korea Północna przeprowadziła trzeci w swej historii test atomowy (co więcej, jak chwalił się reżim, z wykorzystaniem zminiaturyzowanej głowicy).

Korea Północna (fot. taylorsloan)
fot. taylorsloan

Chiny znowu zostały postawione w niezręcznej sytuacji, a ich stanowcze potępienie postępowania Pjongjangu mogło co najwyżej wywołać zażenowanie partnerów międzynarodowych. Sytuacja nie jest jednak tak prosta, a Chiny mają ograniczony wpływ na działania swego sąsiada.

Przewaga klienta nad patronem

Na temat stosunków chińsko-północnokoreańskich pisałem in extenso w maju 2010 r. Ukazywałem je jako przykład relacji patron-klient w polityce międzynarodowej (o tym koncepcie pisałem więcej w lipcu 2009 r.). Jak się okazuje, wpływ patrona na państwo klienckie jest mocno ograniczony, a klient ma spory margines swobody. Dotyczy to zarówno relacji Chin z Koreą Północną, jak też USA z Izraelem czy Iranu z Hezbollahem.

Ten ostatni przykład, mimo że dotyczy relacji państwa z aktorem niepaństwowym, jak najbardziej wpisuje się w generalne zasady układu patron-klient. Pozwala też przypomnieć o tym, że patron czasem może przymusić klienta do dogodnego dla siebie zachowania. Hezbollah został tak przyciśnięty na początku lat 90. ubiegłego tysiąclecia, gdy Iran wymusił na nim uwolnienie porwanych zagranicznych cywilów. Nie było łatwo, ale Iran porozumiał się ze Stanami Zjednoczonymi i wywiązał się ze swojej części umowy. Jednakże Hezbollah nie mógł, i nadal nie może sobie pozwolić na zadrażnienia w stosunkach z Iranem. Jest to główny sponsor i dostawca uzbrojenia dla organizacji. Nie ma alternatywnego patrona (Syria jest za słaba), a poczucie zagrożenia ewentualnym starciem z Izraelem jest znaczna.

Co z tą Koreą?

W interesującym artykule prof. Steve Tsang z University of Nottingham proponuje Chinom, by przycisnęły Pjongjang do ściany i zakomunikowały Kim Dzong Unowi, że nie pozwolą na szantaż i wymuszanie pomocy wtedy, gdy może to szkodzić chińskim interesom. Teoretycznie logiczne, natomiast w relacjach patron-klient rzadko się to sprawdza. Co więcej, wbrew temu co pisze Tsang, status quo nadal jest dla Chin mniej kosztowny niż dopuszczenie do upadku reżimu i poniesienie konsekwencji takiego obrotu zdarzeń. Lepsze jest wrogiem dobrego, a przedstawiony przez Tsanga scenariusz jest dla Chin bardzo optymistyczny. Warto jednak pamiętać, że w takich przypadkach dużą rolę odgrywa także „Pan Murphy” (ten od praw) i trzeba jego udział brać pod uwagę.

Dla Korei Północnej posiadanie broni jądrowej jest gwarancją trwania reżimu. Oczywiście nie 100-procentową gwarancją, bo takie w polityce międzynarodowej nie występują. Jest to jednak gwarancja na tyle skuteczna, że gra jest warta świeczki. Chiny nie są działaniami Pjongjangu zagrożone. Jako w zasadzie jedyny partner reżimu prowadzą z nim dialog i dbają o interesy. Na pewno „wybryki” Północy nie są Pekinowi na rękę i krótkoterminowo szkodzą wizerunkowi, lecz nie są to koszty nie do udźwignięcia.