Berlusconi czyni cuda – włoska kampania na finiszu

Wybory parlamentarne we Włoszech już za pięć dni. Kampania wyborcza wkracza w decydującą fazę. Trwa walka o każdy głos bo w sondażach Silvio Berlusconi jest coraz bliżej lewicy. W ciągu kilku tygodni zdołał odrobić blisko 10 proc. głosów. Czy uda mu się kolejny raz wygrać wybory? Odpowiedź poznamy już 25 lutego.

Silvio Berlusconi (fot. European People's Party - EPP/Flickr/CC)
Silvio Berlusconi (fot. European People’s Party – EPP/Flickr/CC)

Hasło „Berlusconi u bram” jeszcze niedawno mogło wydawać się nieprawdopodobne dla osób, które były pod parlamentem włoskim w listopadzie 2011 roku, kiedy hucznie świętowano odejście byłego premiera. Początkowe sondaże wskazywały na wyraźne zwycięstwo centrolewicowej koalicji Italia Bene Comune, na czele której stoi Pier Luigi Bersani, lider Partii Demokratycznej (PD). Jednakże im głębiej w kampanię tym bardziej ujawniał się talent byłego premiera Silvia Berlusconiego do uwodzenia i czarowania Włochów. Ostatnie sondaże przed ciszą sondażową (we Włoszech niewolno publikować sondaży przez dwa ostatnie tygodnie przed wyborami) wskazywały, że centrolewicowa koalicja uzyska około 35 proc. głosów, a tuż za jej plecami wyrosła centroprawica z Ludem Wolności (PdL) na czele, która może liczyć na nawet 29 proc. głosów. Berlusconi swoimi obietnicami i urokiem zdołał odrobić ponad 10 punktów procentowych straty do centrolewicy.

O trzecie miejsce walczy koalicja reformatorskich sił centrum na czele, której stoi ustępujący premier Mario Monti. Na centrum chce głosować ok. 15-16 proc. Partia walczy z antysystemowym, apolitycznym Ruchem Pięciu Gwiazd (M5S) komika i bloggera Beppo Grillo, które może liczyć na 14-15 proc. głosów wyborców. Formacja Grillo jest hitem ostatnie kampanii wyborczej. Występuje ona przeciwko całej klasie politycznej i chce wprowadzić nową jakość do włoskiej polityki. Ruch Pięciu Gwiazd jest zdecydowanie przeciwny oszczędnością wprowadzanym przez Unię Europejską i rząd Mario Montiego. Opiera się na charyzmatycznym performerze Beppo Grillo i jego raczej mało znanych i niedoświadczonych entuzjastach.

Berlusconiego obietnic worek bez dna

Silvio Berlusconi mówi Włochom to co chcą usłyszeć. Na trzy tygodnie przed wyborami zapowiedział, że zniesie niedawno wprowadzony podatek od nieruchomości, jedną z kluczowych reform rządu Mario Montiego. Wcześniej podatek został zniesiony dla rodzin posiadających tylko jedną nieruchomość. Od 2012 roku rząd premiera Montiego objął podatkiem również te mieszkania, co spowodowała, że każda rodzina, która posiadała swoje własne lokum musiała zapłacić nawet po kilkaset euro podatku, co zdecydowanie nie przypadło do gustu Włochom. Była to najbardziej odczuwalna reforma oszczędnościowa wprowadzona przez rząd techniczny. Wpływy z tego podatku wyniosły około 4 mld euro.

Trik wyborczy Berlusconiego, jakim niewątpliwie jest zapowiedź zniesienia podatku od nieruchomości, okazał się strzałem w dziesiątkę i przyniósł mu kolejne kilka promili wzrostu notowań. Tym bardziej, że były premier niczym Robin Hood oznajmił, że nie wyklucza zwrotu pieniędzy obywatelom. Przeciwnicy Berlusconiego stwierdzili, że to puste obietnice, a politycy lewicowi pozwolili sobie nawet na porównanie byłego premiera do wróżki obiecującej cuda. Nie da się ukryć, że to zagranie czysto populistyczne, a Berlusconi nie po raz pierwszy udowodnił, że dla odzyskania władzy jest gotów obiecać wszystko. Obecny premier Mario Monti podsumował całą sytuację mówiąc: „Berlusconi rządził przez tyle lat i nie dotrzymał żadnej ze swych obietnic. Teraz próbuje po raz czwarty. Włosi mają dobrą pamięć.”

Kolejne obietnice sypały się już same. Likwidacja w ciągu pięciu lat podatków pobieranych przez władze lokalne od przedsiębiorstw, utrzymanie VATu na tym samym poziomie i nie wprowadzanie podatku dla najlepiej zarabiających ( proponuje to Partia Demokratyczna idąc śladem francuskiego prezydenta Francoisa Hollande’a). Lud Wolności proponuje także zmniejszenie administracji państwowej, zredukowanie liczby parlamentarzystów i zniesienie finansowania partii politycznych z budżetu państwa ( co na pewno nie dotknie partii na czele, której stoi jeden z najbogatszych Włochów).

Sam Berlusconi reklamował się podkreślając, że jeśli wygra wybory nie będzie chciał być premierem, a zadowoli się tylko teką ministra finansów lub gospodarki. Miała to być riposta dla jego krytyków, którzy wytykali jak wiele razy funkcję premiera sprawował prezes AC Milan. Berlusconi namawiał prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego by to ten stanął na czele potencjalnego przyszłego rządu. Można jednak przypuszczać, że jeśli Berlusconi wygrałby wybory zostałby premierem twierdząc, że nikt inny nie chciał się podjąć tego wyzwania, a on ma predyspozycje i doświadczenie by piastować to stanowisko i robi to „tylko dla dobra ojczyzny”.

Wzrost notować Lud Wolności premiera Berlusconiego zawdzięcza również zakupowi przez klub byłego premiera AC Milan słynnego i kontrowersyjnego piłkarza włoskiego Mario Balotellego. Według ośrodków badań opinii publicznej PdL zyskało na tym zakupie 0,3-0,5 proc. głosów.

Jedyną wyraźniejszą wpadką byłego premiera było niefortunne stwierdzenie, że Benito Mussolini uczynił wiele „dobrych rzeczy”. Wiązało się to z mediolańskimi obchodami Dnia Pamięci o Zagładzie. Podczas uroczystości byłemu premierowi zebrało się refleksje historyczne, podczas, których stwierdził, że „Ustawy rasowe są najcięższą winą Mussoliniego, który jednak pod wieloma względami zrobił dobre rzeczy”. Czarę goryczy przelał fakt, że słowa padły podczas dnia pamięci o ofiarach Holokaustu. Faszyzm pozostaje we Włoszech nierozliczony. Po II Wojnie Światowej politycy włoscy skupili się na uniemożliwieniu przejęcia władzy przez komunistów i pozostawili tę kwestię bez większej dyskusji. Dzięki temu partie postfaszystowskie przez lata działały legalnie. Wypowiedź wywołała burzę we Włoszech, ale nie odbiła się na notowaniach Berlusconiego, który puścił tym sposobem oczko do najbardziej skrajnego prawicowego elektoratu.

Wpadki i słabości włoskiej lewicy

Jak to możliwe, że Berlusconi radzi sobie tak dobrze? To nie tylko zasługa jego niebywałego talentu uwodziciela, mistrza negocjacji i showman. To także potknięcia głównego rywala w wyborczym wyścigu – Partii Demokratycznej. Wielkimi nadziejami były rozpisane przez lewicę prawybory na kandydata na premiera. Nieoczekiwaną gwiazdą stał się młody i przebojowy Matteo Renzi, zaledwie 37-letni burmistrz Florencji, który ostatecznie zajął drugie miejsce. Wygrał szef partii Pier Luigi Bersani, dawny komunista, który był już kilkukrotnie ministrem. Był to swoisty policzek dla nadziei Włochów na zmiany. Do władzy ma dojść kolejny stary wyjadacz.

Najdotkliwszym ciosem dla włoskiej lewicy była afera w słynnym banku Monte dei Paschi di Siena. To najdłużej nieprzerwanie działający bank świata – jego korzenie sięgają XV wieku. Bank jest znany z poważnych powiązań z członkami Partii Demokratycznej. Kontrolowany jest on przez lokalny samorząd, któremu od lat przewodzą członkowie tejże partii. W ostatnim czasie zaczął on przynosić wielkie straty. Bank musiał zgłosić się do Banku Włoch po pomoc w wysokości blisko 4 mld euro. Ujawniono, że w zeszłym roku banku mógł stracić nawet 720 mld euro. Monte Paschi można zarzucić także poważne nieprawidłowości w funkcjonowaniu banku i korzystanie z ryzykownych instrumentów finansowych, które przyniosły w pierwszych latach kryzysu poważne straty. Ujawnienie tego skandalu okazało się świetną okazją dla Berlusconiego dla wytknięcia powiązań PD ze słynnym bankiem, jak również skrytykowanie obecnego premiera za przyznanie pomocy bankowi.

Monti jednak zawodzi

Zawodem dla wielu mogą być notowania koalicji centrowej Mario Montiego. Obecny szef rządu prawdopodobnie nieco przecenił swoje poparcie wśród Włochów. Popierany przez Unię Europejską, Niemcy i Watykan „Super Mario” miał być alternatywą pomiędzy przeciwnikami lewicy, a zmęczonymi ciągłymi wyskokami Berlusconiego. Jednakże wyraźna polaryzacja włoskiej sceny politycznej daje nadzieję siłom centrowym, że zwycięzca wyborów, niezależnie czy będzie to lewica czy prawica, może potrzebować Mario Montiego do stworzenia większości parlamentarnej, a to może otwierać drogą nawet do ponownego premierostwa dla profesora Montiego.

Jednym z gorących tematów pojawiających się we włoskiej kampanii była kwestia związków partnerskich i homoseksualizmu. Berlusconi przez lata mógł liczyć na poparcie Episkopatu Włoskiego, gdyż był gwarantem blokady liberalizacji in vitro i legalizacji związków partnerskich przez homoseksualistów. Prowadzenie w sondażach Partii Demokratycznej, która popiera wprowadzenie związków partnerskich skłoniło byłego premiera do wysyłania do swego elektoratu sygnałów, że nieco złagodniał w tej kwestii, ale czego się nie robi dla kilku punktów wyborczych. Mario Monti bagatelizuje sprawę podkreślając, że istotniejsza w tym momencie od spraw światopoglądowych jest gospodarka, ale dla spokoju umieścił na swoich listach dwóch znanych działaczy gejowskich. Sztuka uprawiania kampanii wyborczej polega bowiem na zaspokajaniu apetytów każdej możliwej grupy elektoratu.

Sondaże nie wskazują wyraźnego zwycięzcy, więc przebieg wyborów staje się wielką zagadką. Można jednak ostrożnie stawiać na lewicę, bowiem Berlusconi prawdopodobnie odrobił już to co mógł i na więcej go nie stać. Możliwa w zaistniałej sytuacji jest koalicja lewicy z Mario Montim. Wszystko zależy jednak od rozmów między partiami tworzącymi obie koalicje – centrową i centrolewicową. Niewykluczona jest także sytuacja gdzie wybory do Izby Deputowanych wygra Partia Demokratyczna, a w Senacie większość zdobywa Berlusconi, który doprowadzi do pata politycznego i uniemożliwi centrolewicy sprawne rządzenie. Nie można wykluczyć zatem, że wkrótce Włochów czeka ponowna wizyta przy urnach wyborczych. Pamiętać należy także, że już w maju obie izby parlamentu będą wybierać Prezydenta Włoch, a mając na uwadze talent negocjacyjny Berlusconiego i fakt, że podkreślał, że nie chce być już premierem nie można wykluczyć żadnego scenariusza…