Hollande otworzył malijską puszkę Pandory?

Francuska interwencja w Mali, choć niewątpliwie potrzebna, na razie wydaje się nie mieć konkretnego planu. Czy Francuzi porwali się na coś, czego nie są w stanie dokończyć?

Islamscy terroryści z Mali zagrażają stabilności całej Afryki Północnej i Zachodniej (fot. Flickr: Magharebia)
Islamscy terroryści z Mali zagrażają stabilności całej Afryki Północnej i Zachodniej (fot. Flickr: Magharebia)

Mityczna puszka Pandory miała być karą za zuchwałość Prometeusza, który wykradł olimpijskim bogom ogień i przekazał go ludziom. Gdy Pandora wraz z Epitemeuszem (bratem wspomnianego wcześniej tytana) podnieśli jej wieko, na świat wydostały się wszelkie możliwe nieszczęścia, “(…) wyleciały na świat wszystkie smutki, troski, nędze i choroby i jak kruki obsiadły biedną ludzkość” – pisał Jan Parandowski.

Współczesny świat pełen jest takich puszek. François Hollande, autoryzując militarną interwencję w Mali, otworzył wieko jednej z nich i wprawił w ruch mechanizm, którego konsekwencji nie da się jeszcze przewidzieć. Nie pozostawiono mu jednak wyboru.

Wołanie o pomoc

Mali wołało o pomoc już od wielu miesięcy. Bezskutecznie. Gdy islamiści z Ansar Dine niszczyli unikatowe w skali światowej grobowce sufich w Timbuktu, na Zachodzie porównywano to do barbarzyństwa talibów. którzy w 2001 r. wysadzili w powietrze wiekowe posągi Buddy w afgańskiej prowincji Bamjan. Gdy w zróżnicowanym kulturowe, etnicznie i religijnie społeczeństwie wprowadzano surowe prawa koraniczne, zachodnie serwisy odnotowywały tylko jakie kary szariat przewiduje za kradzież czy cudzołóstwo.

W końcu, w grudniu ubiegłego roku ONZ przyznał mandat zbrojnej interwencji koalicji państw zachodnioafrykańskich (zrzeszonych w ECOWAS). Nie ustalono jednak daty rozpoczęcia interwencji, ale ostrożne szacunki mówiły o jesieni 2013 r. Wielce prawdopodobne, że do tego czasu w Bamako rządziliby już islamiści.

Miałoby to katastrofalne skutki dla całego regionu. Scenariusz, którego bano się najbardziej, czyli powstanie drugiego Afganistanu – bezpiecznej przystani dla organizacji terrorystycznych, dającej im nie tylko schronienie, ale i zaplecze terytorialne i gospodarcze, to tylko jedna z wielu, mało atrakcyjnych z europejskiego punktu widzenia, możliwości. Mali w rękach islamistów stałoby się regionalnym centrum, z którego mogłyby się rozchodzić fale terroryzmu na kraje bardziej znaczące dla UE politycznie i strategicznie: Algierię, Maroko, Tunezję czy pogrążonego we własnych problemach afrykańskiego kolosa, Nigerię.

Jest jeszcze jeden aspekt, często niestety pomijany: utrata Mali oznaczałaby, że jedna z niewielu stabilnych oaz demokracji w Afryce, stawiana od dwóch dekad za wzór dla innych państw kontynentu, może w ciągu roku paść na kolana przed stosunkowo niewielką grupą zawodowych dżihadystów. “Jeśli udało się w Mali, to dlaczego nie miałoby się to powtórzyć u nas?” – to pytanie zadawaliby sobie nie tylko fundamentaliści w innych krajach regionu, ale i legalne władze państw, dla których malijska klęska byłaby potwierdzeniem, że demokracja i rządy prawa niosą za sobą więcej niebezpieczeństw, niż korzyści.

Operacja Serwal: Francja walczy samotnie

Widząc coraz trudniejszą sytuację malijskiego rządu, który przed niecałym tygodniem stracił władanie nad kolejnym miastem, tym razem dającym islamistom strategiczne wyjście na południe kraju, Hollande nie mógł się zachować inaczej, jak tylko ogłosić natychmiastowe rozpoczęcie interwencji. Francja wysłała do Mali kilkuset żołnierzy, wozy opancerzone, a także kilka wielozadaniowych helikopterów oraz samolotów szturmowych. Jak na razie pomoc ta okazała się bezcenna – dzięki niej zahamowano pochód sił fundamentalistów na południe.

Niestety, Paryż w tej wojnie jest dokładnie tak samo osamotniony jak Bamako. Nie może liczyć na pomoc NATO: właściwie jedynie Wielka Brytania zdecydowała się wesprzeć sojusznika zza Kanału La Manche, ale ograniczyła swoją pomoc wyłącznie do logistyki, udostępniając Francuzom dwa samoloty transportowe, z których jeden okazał się początkowo niezdolny do lotu

Ta sytuacja dużo mówi o europejskiej solidarności. Pomocy Francji nie udzieliły Niemcy, lokomotywa integracji i największa potęga na kontynencie. Bardziej skore do pomocy nie okazały się również Hiszpania i Włochy, które z racji swojego położenia i interesów zawsze orędowały za wzmacnianiem polityki śródziemnomorskiej Unii Europejskiej – jak się okazuje, do czasu, gdy zamiast dzielić fundusze przyszło realnie działać.

Interwencja w Mali: syzyfowa praca czy walka z hydrą?

Czyżby nagle region Sahelu okazał się tak mało znaczący dla Europy? A może zadanie przed którym stoi Francja jest, pozostając w kręgu greckiej mitologii, niczym to, które postawiono przed Syzyfem?

Jak na razie Paryż zdecydował się na stosunkowo ograniczoną interwencję, której celem jest raczej powstrzymanie ekspansji islamistów na południe Mali, niż wyzwolenie północy kraju spod ich panowania. Nie znamy ani dokładnego zakresu działań, ani ram czasowych francuskiej interwencji w dłuższej perspektywie. We wtorek Hollande stwierdził tylko: — Musimy mieć pewność, że gdy zakończymy interwencję, Mali będzie bezpieczne, będzie posiadać legalne władze (…), a terroryści nie będą zagrażać integralności terytorialnej Mali.

Kontyngent francuski ma liczyć docelowo ok. 2500 żołnierzy wspieranych ciężkim sprzętem, a większość zadań ma spoczywać na barkach ich afrykańskich sojuszników. Prędzej czy później trzeba będzie jednak podjąć decyzję na temat kształtu tej misji, a zadanie odbicia pustynnego terytorium wielkości niemal Francji z rąk zaprawionych w bojach fanatyków będzie bardzo trudne, co dobitnie pokazuje przykład Afganistanu i Iraku. Wymagać będzie skomplikowanej logistyki i ogromnych nakładów finansowych, a – znając niską wartość bojową wojska Mali – trzeba uznać, że siły francusko-afrykańskiej koalicji na razie są zbyt wątłe, aby temu podołać.

Nawet jeśli uda się opanować główne miasta na północy kraju, interior pozostanie we faktycznym władaniu uzbrojonych islamistów. Zacznie się wojna podjazdowa, w której przewagi wyszkolenia i uzbrojenia wojsk koalicyjnych zostaną zniwelowane przez pomysłowość, bezwzględność i mobilność partyzantów. W takim przypadku dużo będzie zależeć od nastawienia ludności Mali wobec konfliktu – na wrogim sobie terytorium żadna armia, czy to tradycyjna, czy partyzancka, nie jest w stanie przetrwać długotrwałej wojny. Jak na razie ten czynnik działa na korzyść Francji.

Czy w takiej sytuacji na poważnie można brać słowa francuskiego ministra spraw zagranicznych Laurenta Fabiusa, który stwierdził, że wojska jego kraju będą bezpośrednio zaangażowane w walki tylko przez kilka pierwszych tygodni interwencji?

Jakby mało kłopotów przynosiła sama walka na miejscu, w Mali, Francja musi być przygotowana na zagrożenia wewnętrzne. Przywódcy Ruchu na Rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej (MUJAO) zapowiedzieli już “atak w samo serce Francji”. Czy mają do tego odpowiednie środki? Tego nie wiemy, trzeba mieć jednak świadomość, że odwet może odwlec się w czasie.

Plan pilnie potrzebny

Choć nie sposób nie przyklasnąć inicjatywie Francji, w działaniach Paryża na razie nie widać sensownego planu, który pozwoliłby na zakończenie interwencji sukcesem. Trzeba to oczywiście złożyć na karb pośpiechu, z jakim Francuzi ją organizowali. Ubolewać należy za to nad opieszałością innych państw Zachodu, która doprowadziła do sytuacji, w której los Mali zawisł na włosku, bowiem z perspektywy rozwoju wypadków w ostatnich dniach, oryginalny termin jej rozpoczęcia wydaje się być – eufemistycznie mówiąc – bardzo nietrafiony.

Cena interwencji dla Francji może być zatem wysoka i żaden scenariusz nie jest dziś wykluczony, zarówno jeśli chodzi o sam konflikt, jak i jego dalekosiężne konsekwencje. Hollande otworzył więc malijską puszkę Pandory, nie wiedząc co znajdzie w środku: może łatwe zwycięstwo, a może sromotną porażkę.

W antycznym micie jest jednak i krztyna optymizmu. Puszka Pandory miała również zawierać nadzieję. Na samym dnie.