Cameron o Europie. Wielka Brytania poza Unią Europejską?

Wczorajsze wystąpienie brytyjskiego premiera Davida Camerona poświęcone Unii Europejskiej wywołało małą burzę na kontynencie. Niestety, banalizacja mediów postępuje, więc i komentarze po przemówieniu były banalne i przewidywalne.

David Cameron, premier Wielkiej Brytanii (Flickr:  The Prime Minister's Office)
Flickr: The Prime Minister’s Office

Wystąpienie brytyjskiego premiera Davida Camerona poświęcone Unii Europejskiej skupiło uwagę obserwatorów życia politycznego na Starym Kontynencie (pełny tekst tutaj). Komentarze po przemówieniu były przewidywalne. Niestety, banalizacja mediów postępuje. Znów ci źli i niewdzięczni Brytyjczycy i bezczelny Cameron, który nie rozumie ducha integracji europejskiej. Unia to nie restauracja, w której można wybrać sobie dania z karty i, po posiłku, trzasnąć drzwiami – to z grubsza dominujący przekaz.

Co naprawdę powiedział Cameron?

Przede wszystkim zarzekał się, że nie popiera wyjścia swojego kraju z Unii Europejskiej. Wręcz przeciwnie, rozumie wady takiego rozwiązania i chciałby ich uniknąć. Główne dylematy Camerona celnie ujął publicysta „Polityki” Wawrzyniec Smoczyński:

Narzekając na Unię, ale pozostając jej członkiem, Brytania ma mocniejszą pozycję w Europie, niż gdyby wybrała radosną izolację. Członkostwo podnosi też jej znaczenie w świecie – Amerykanie przypomnieli niedawno Brytyjczykom, że ich „specjalny związek” wynika również z wpływu, jaki Londyn daje Waszyngtonowi w Brukseli. Zerwanie nie opłaca się także ze względów gospodarczych: 40 proc. brytyjskiego eksportu trafia do krajów Unii, a wyjście oznaczałoby utratę wpływu na politykę handlową całego bloku, choćby na nadchodzące negocjacje umowy o wolnym handlu z USA. Brytania jest bardziej powiązana z Europą, niż sami Brytyjczycy są gotowi przyznać”.

Wielka Brytania nie jest Norwegią ani Szwajcarią, nie może pozwolić sobie na próbę odgrywania roli któregoś z tych dwóch państw. Londyn to dawna potęga o zasięgu globalnym, nadal zdolna do prowadzenia globalnej polityki. Norwegia ani Szwajcaria nigdy takiego statusu nie osiągnęły. Cameron zdaje sobie sprawę z tego, że głos Londynu silniej wybrzmiewa w towarzystwie europejskich sojuszników, a w odległej Azji czy Ameryce Południowej, miejscowi liderzy oczekują stanowiska Unii Europejskiej, a nie 27 (wkrótce 28) państw członkowskich.

Stąd też Cameron chciałby więcej Unii w polityce zagranicznej, by skuteczniej realizować brytyjskie interesy (a także europejskie, ale to na drugim miejscu). W kwestiach gospodarczych kluczowy jest dostęp do wspólnego rynku. Wyjście z UE oznacza poważne komplikacje, zapewne utratę wielu miejsc pracy z powodu utraty konkurencyjności brytyjskich produktów i usług. Będąc w Unii ma się wpływ na kształtowanie regulacji. Będąc poza nią można tylko patrzeć, jak inni decydują za nas.

Cameron podkreślił, że Brytyjczycy są od stuleci zaangażowani w wydarzenia na Starym Kontynencie, są krajem europejskim i – mimo wyspiarskiej mentalności znajdującej odbicie w przywiązaniu do suwerenności i niepodległości – zamierzają w Europie pozostać. To jest zresztą oczywiste, bo gdzie niby mieliby pójść?

Nowa wizja zjednoczonej Europy

Drugim zagadnieniem, na którym warto się skupić, jest przedstawiona przez Davida Camerona wizja nowej Unii. Cameron przedstawił pięć filarów takiej konstrukcji: konkurencyjność, elastyczność, więcej władzy dla państw członkowskich, demokratyczna odpowiedzialność, sprawiedliwość (rozumiana jako równe traktowanie). Sprowadza się to do wstrzymania centralizacji podejmowania decyzji w rękach Brukseli (Komisji, która do tego jest za duża), zwiększenia roli narodów (poprzez parlamenty) w podejmowaniu decyzji (tutaj ważna uwaga Camerona: nie istnieje coś takiego jak europejski demos. Podważa więc sensowność funkcjonowania Parlamentu Europejskiego) i ustanowienia modelu unii wielu prędkości jako podstawy dalszego istnienia UE.

Brytyjczycy proponują, by państwa samodzielnie decydowały o większej integracji, w szczególności politycznej. Mniej nakazów i obligatoryjności, więcej inicjatywy ze strony członków europejskiego klubu. Jako przykłady podawał m.in. strefę Schengen, wspólny rynek czy pakt fiskalny. Tutaj pojawia się jednak główna słabość koncepcji Camerona: jak pogodzić zacieśnioną współpracę z równym traktowaniem państw pozostających poza nią? Dlaczego integrujący mają godzić się na ponoszenie ciężarów dla wspólnego zysku i dopuszczać do niego tych, którzy tych ciężarów nie ponoszą? Równe traktowanie bez równych obowiązków? Na pewno nie na tym polega sprawiedliwość. Wymaga to wyjaśnień ze strony Camerona.

Europa wielu prędkości, z istotniejszą rolą parlamentów narodowych, to w pewnych dziedzinach Europa bardziej podzielona i różnorodna. Cameron chce większej jednolitości tylko na wspólnym rynku, który uznaje za główne osiągnięcie Unii Europejskiej. Domaga się też przywrócenia swobody decydowania w sprawach pracowniczych czy socjalnych. I apeluje, by zbadać zakres kompetencji Komisji Europejskiej i zastanowić się, czy powinna robić tak dużo (i czy nie wykracza poza swoje traktatowe uprawnienia).

W Polsce zazwyczaj boimy się Europy wielu prędkości. W mediach dominują komentatorzy i eksperci wypowiadający się z przestrachem o ewentualnym pozostaniu z boku czy poza głównym jądrem UE. Dużo w tym przesady i stadnego myślenia. W zjednoczonej Europie pociągi nie uciekają. Ta straszna Europa wielu prędkości została oficjalne dopuszczona w Traktacie Lizbońskim (procedura wzmocnionej współpracy) i jest elastycznym narzędziem pozwalającym zainteresowanym państwom na bliższą integrację. Decyduje tu interes narodowy. W takich kategoriach rozumuje Cameron. W takich kategoriach powinniśmy rozumować w Polsce.

Co dalej?

Najbliższe lata nie przyniosą większych zawirowań ani istotnych decyzji. David Cameron zapowiedział, że – w ślad za szefem KE Jose Barroso – chce rozmawiać o nowym traktacie na nowe czasy. Niekoniecznie punkt widzenia obu panów się zgadza, ale Cameron mocno wchodzi do debaty o Unii na najbliższe dekady. Dyskusja o Unii ma potrwać do wyborów parlamentarnych w 2015 roku, a ewentualne referendum dotyczące dalszego członkostwa (wyjście lub udział na nowych, wynegocjowanych w ramach traktatu albo z pozostałymi członkami UE zasadach) ma odbyć się w pierwszej połowie kolejnej kadencji. Zależy to od układu sił w nowym parlamencie. Cameron wcale nie musi wygrać.

De facto brytyjski premier sprytnie odłożył dyskusję o coraz bardziej gorącym temacie członkostwa w UE na kilka lat. Teraz priorytetem jest przywrócenie gospodarki na ścieżkę wzrostu. Oczywiście, od debaty na tematy unijne nie będzie ucieczki, lecz napięcie zmalało i powinno zostać utrzymane na dającym się przeżyć poziomie.

Na ile realne są oczekiwania Camerona względem UE? Na pierwszy rzut oka są absolutnie niemożliwe do spełnienia. Potencjalnie mogą być niebezpieczne, gdy inne państwa zażądają adekwatnych ustępstw na własną rzecz. Z drugiej strony, takie roszczenia nie są nowe, a w dyskusji nad nową perspektywą finansową zostały odnotowane. Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku miała się odbyć ogólnoeuropejska debata na temat przyszłości UE. Wystąpienie Camerona trafiło w punkt. Zawiera propozycje z gatunku ciekawych, kontrowersyjnych oraz mało realnych. Warto jednak pamiętać, że w polityce nie ma rzeczy niemożliwych. Potępianie Camerona w czambuł niczemu nie służy. Lekceważenie go również byłoby błędem.

Propozycjom brytyjskiego premiera trzeba się przyjrzeć, przemyśleć i konfrontować je z propozycjami płynącymi z innych stron. Polska w tej dyskusji powinna myśleć o swoich interesach i o tym, gdzie lepiej działać wspólnie, a gdzie warto zostać na uboczu. Tego powinna dotyczyć debata publiczna w naszym kraju.